20 października 2014

Lindsey w Warszawie


Byłem na koncercie Lindsey Stirling w hali Torwar w Warszawie.

Wcześniej byłem już na paru koncertach. Widziałem U2 na stadione w Chorzowie w trasie 360 Tour. Widziałem ośmiogodzinny koncert czterech artystów między metalem a progrockiem, zwieńczony występem zespołu Arena, uwiecznionym na DVD. Widziałem dwa razy The Legendary Pink Dots i trzy razy Pendragona, w tym koncert na 30-lecie zespołu w Teatrze Śląskim, także uwiecziony na DVD. Widziałem wreszcie megaspektakl rockowy "The Wall" Rogera Watersa na Stadionie Narodowym. Więc co może dać mi skromna, 28-letnia Mormonka, grająca na skrzypcach?

W sensie, co poza NAJLEPSZYM KONCERTEM, NA JAKIM W ŻYCIU BYŁEM?

***
Fot. Arkadiusz Chomik
Lindsejkę poznałem jakoś na początku roku. Gdzieś na fejsach zobaczyłem filmik z dwojgiem ludzi, którzy za pomocą jednego głosu (120 ścieżek) i jednych skrzypiec przerobili muzykę ze "Skyrima". Nie wiem nawet, czemu kliknąłem - Skajrima nie mam, nie znam, nigdy nie grałem (pewnie kiedyś zagram), ale muzyka opatrzona była bardzo fajnym teledyskiem, w którym obydwoje o Peter Hollens i sympatyczna dziewczynka ze skrzypcami biegają po lasach i po śniegu, a nawet walczą ze sobą - on mieczem, ona smyczkiem. Musiałem się dowiedzieć, kim ona jest. I tak poznałem Lindsey Stirling.

Dalej poszły kolejne kawałki - także z Hollensem muzyka z Gwiezdnych Wojen i Gry o Tron, z Piano Guys fantastyczny Mission Impossible, i solo: Władca Pierścieni, Assassin's Creed. A wreszcie jej oryginalne kawałki z pierwszej płyty, zatytułowanej po prostu "Lindsey Stirling" (którą niedługo oczywiście nabyłem drogą kupna) i wydanej w ubiegłym roku. Poznałem jej historię, początki w amerykańskim Mam Talent w 2010 i późniejszą, pracowitą autopromocję na YouTube. Nawet, jeśli na początku nie do końca podchodziło mi połączenie skrzypiec z muzyką taneczną, hip hopem i dubstepem, to oczarowała mnie jej osobowość dziewczyny z sąsiedztwa, uśmiech i niesamowita otwartość do swoich fanów, do których prędko dołączyłem. Jej płyta potrzebowała chwili, żeby mnie do siebie w pełni przekonać, ale teraz doceniam nie tylko najbardziej znane "Crystallize", "Trancendence" i "Elements" (a jakże!), które w wersji deluxe albumu występują też w lepszych moim zdaniem wersjach orkiestrowych, ale też kapitalne "Moon Trance" (ukłon w stronę "Thrillera" Michaela J.) i "Stars Align" z teledyskiem wartym poznania nawet nie ze względu na efekty specjalne, co na genialnych tancerzy, którzy jej w nim towarzyszą.

Z resztą jej teledyski zasługują na osobny artykuł - wszystkie dopieszczone w najmniejszych szczegółach, pomysłowe, świetnie zmontowane (często przez nią samą), pełne wymyślnych i adekwatnych strojów, pięknych wnętrz i krajobrazów oraz, oczywiście, tańca. Bo Lindsey jest skrzypaczką która gra i tańczy jednocześnie. Złośliwi twierdzą, że za bardzo wymachuje nóżkami, ale do diaska, czym ma wymachiwać, jeśli w rękach ma skrzypce i smyczek? Jasne, mogła stać w miejscu, ale wtedy nie byłaby Lindsey Stirling, tylko, dajmy na to, Vanessą Mae.

***

Gdy tylko rzucili bilety na europejską trasę, już pięć minut później miałem w ręku (wirtualnie) swój. W międzyczasie Lindsey wydała swoją drugą płytę i kilka teledysków do materiału z niej. Otwierający "Beyond the Veil", tytułowy "Shatter Me" z mocnym wokalem Lizzy Hale oraz epicki "Master of Tides", do którego wizualizacja powala - polecam, mając na uwadze podczas oglądania, że to nie jest teledysk, tylko flash mob, to zostało zarejestrowane NA ŻYWO.

Druga płyta jest lepsza od pierwszej. Miła odmiana po rozczarowujących drugich płytach artystów, których pierwsze pokochałem w ostatnich latach (Caro Emerald, Florence i nawet Lana Del Rey rozczarowały). Tutaj jest lepiej - płyta jest znacznie bardziej różnorodna, utwory są odważniejsze i ciekawsze. Gdzie na "Lindsey Stirling" trzeba było się natrudzić, żeby rozpoznać, który utwór akurat słyszymy, na "Shatter Me" to znacznie bardziej wpada w ucho. Nawet nie tylko utworzy z wokalem - tytułowy i "We Are Giants" - ale też otwierający z potężną perkusją (ach, jak to brzmiało na koncercie...) "Beyond the Veil", irlandzko brzmiący "Roundtable Rival" (do którego westernowo-steampunkowy teledysk został właśnie wrzucony w sieć, a moja głowa eksplodowała), inspirujący "Take Flight", trzymający w napięciu "Heist" czy lekko szantowy "Master of Tides" - nie muszę już sprawdzać w odtwarzaczu, którego utworu właśnie słucham. Ciężko mi jest też wrócić do pierwszej płyty, słucham teraz tylko drugiej, trochę jak z Nolana filmami o Batmanie - "Shatter Me" jest dla debiutu tym, czym "Dark Knight" dla "Batman Begins". Mam tylko nadzieję, że ciąg dalszy nie będzie jak u Nolana...

***

Widząc to wszystko spodziewałem się, że koncert będzie niesamowitym show. Spodziewałem się świateł, wizualizacji, strojów, tancerzy i Lindsey biegającej po całej scenie. Gdy tydzień temu wszedłem do warszawskiej hali Torwar, zobaczyłem niewielką, płytką scenę pełną instrumentów. Pomyślałem, że będzie jednak inaczej - Lindsey widocznie jeździ z zespołem, a tańczy tylko w teledyskach. Dopiero potem przypomniałem sobie, że przecież jest support...

Słówko o chłopakach - A Great Big World są młodym zespołem indie rockowym, który ewidentnie nasłuchał się duuuużo Queena. Zagrali sześć kawałków (w tym jeden Beatlesów) i całkiem się podobali. Szczególnie ucieszyła mnie piosenka, jaką napisali dla swoich znajomych z serwisu everyoneisgay.com, jak to sami ujęli, "The Gayest Song Ever", oraz reakcja na tą piosenkę - zebrana publiczność (bardzo młodzi wiekiem ludzie) byli zachwyceni taką gejowską propagandą! Coś fantastycznego.

Po ich występie scena została opróżniona z instrumentów i zaczął się właściwy koncert... i byłem bardzo zadowolony, gdy okazało się, że moje oczekiwania zostały spełnione - scena była płytka, bo resztę zasłaniała kotara, która opadła podczas pierwszego utworu, "Beyond the Veil" (adekwatnie!), odsłaniając ekrany multimedialne, podesty i więcej przestrzeni dla Lindsey, jej dwóch tancerzy i dwóch instrumentalistów - perkusistę i klawiszowca.

Było fantastycznie. Było głośno i potężnie, w werwą i wariactwem w tańcu i graniu. Było lirycznie i spokojnie w części akustycznej. Było personalnie i przyjacielsko w pogaduchach między piosenkami. Było śmiesznie i ironicznie podczas przebieranek. Było prawdziwie i naturalnie przy drobnych pomyłkach i improwizacjach. Było romantycznie ("All of me"), było rockowo ("Roundtable Rival"), zabójczo ("Moon Trance") i nieziemsko ("Stars Align" na bis). Żyję tym koncertem nieprzerwanie już od tygodnia, mój zachwyt skromną w gruncie rzeczy gwiazdką ze Stanów wzrósł wykładniczo. Nie mogę się doczekać kolejnych koncertów, których już sobie obiecałem, że za nic nie opuszczę.

PS. W czeluściach YouTube udało mi się znaleźć ten koncert, co prawda w wersji z San Francisco z maja, ale to ten sam koncert. Nagranie jest, rzecz jasna, tylko namiastką, i u nas było lepiej, bo bardziej swojsko, z lepszymi pogaduchami i ukłonami w stronę polskiej publiczności (bis zagrany w koszulce polskiej reprezentacji), ale jeśli się nie było, warto zobaczyć choć tyle, żeby następnym razem nie przegapić. 

17 listopada 2013

"Człowiek ze Stali", czyli czy złe recenzje mogą uczynić film dobrym

Właśnie obejrzałem "Man of Steel", czyli nowy gritty reboot historii o Supermanie, na który obowiązkowo przyszła pora po wszystkich poprzednich gritty rebootach innych znanych i lubianych postaci popkultury (Batman i James Bond przede wszystkim).

Film dostarczył nam wymarzony w tej sytuacji duet: scenarzysta Christopher Nolan, który wcześniej jako reżyser i scenarzysta odkurzył Batmana w bardzo dobrym "Batman Begins" i genialnym "The Dark Knight" (szkoda tylko, że zakończył trylogię rozczarowującym "The Dark Knight Rises") i reżyserk Zack Snyder, który "300" i genialnymi* "Watchmenami" udowodnił, że jak nikt potrafi ekranizować komiksy. Taki duet bardzo dużo obiecywał.

Jednak po premierze wszelkie recenzje, na które trafiałem (uściślę: amerykańskie wideorecenzje autorstwa ludzi, którzy wychowali się na komiksach o superbohaterach) okazywały się dla filmu miażdżące, a filmowi żartownisie w stylu The Editing Room, How It Should Have Ended czy Honest Trailers nie pozostawili na filmie suchej nitki. Dlatego też postanowiłem nie iść na niego do kina i dopiero teraz zobaczyłem go w domu.

I muszę przyznać, że to jest kolejny dowód na to, że im mniej się słyszy o filmie przed jego obejrzeniem, tym czystsza będzie jego ocena, bo gdy słyszy się jakiekolwiek opinie, zawsze to jakoś na nasz odbiór jakoś wpływa. Gdy słyszymy same superlatywy i spodziewamy się nie-wiadomo-czego, łatwo się rozczarować, a gdy na wstępie spodziewamy się rozczarowania - możemy się pozytywnie zaskoczyć (tak, jak ja niedawno "Atlasem Chmur"). Tutaj był podobnie - po wszystkich tych recenzjach i opiniach nie spodziewałem się za wiele, i może właśnie dlatego film mi się naprawdę podobał.

Daleko mu do gritty rebootów Bonda czy Batmana, ma swoje problemy (choć nie zgadzam się z częścią zarzutów, jakie mu stawiali wszyscy cytowani recenzenci), ale zły nie jest. A na pewno jest lepszy niż ostatni z Batmanów Nolana, przykro mi. I tutaj kolejna refleksja - niestety, z takimi filmami jak te o Batmanie czy Supermanie naprawdę trudno uniknąć jakichkolwiek informacji i ciężko nie wyrobić sobie nastawienia w ten czy inny sposób. Nawet, jeśli uda się uniknąć wszelkich recenzji, same trailery potrafią wiele obiecać, i to też zaburza odbiór. Dlatego właśnie rozczarowanie "The Dark Knight Rises" było tak silne, bo trailery obiecywały bardzo wiele. Trailery "Man of Steel" traktowałem z dużym dystansem, co w połączeniu z miażdżącymi recenzjami obniżyły moje oczekiwania tak bardzo, że ostatecznie film mi się po prostu podobał. Był świetny wizualnie, wciągający i po prostu dobrze spędziłem czas. Według mojej Zrewidowanej Skali Ocen przyznaję mu mocne 5/10 ("czas stracony z przyjemnością").

Uważny widz dostrzeże w filmie przygotowania wytwórni do filmu o Justice League, czyli zjednoczonej grupie superbohaterów z komiksowej stajni DC (Superman, Batman, Wonder Woman, nie wiem, kto jeszcze), który ma być odpowiedzią na wszystkie filmy o Avengersach. Pomiędzy bolesnym product placementem telefonów Nokii, aparatów Nikon, sklepów Sears i restauracji IHOP dostrzec można także cysterny Lexcorpu (Lex Luthor to arcynemezis Supermana) i satelitę Wayne Enterprises (Bruce Wayne to Batman). Czekamy więc, jaki będzie pierwszy wspólny film Człowieka ze Stali i Mrocznego Rycerza, którego - według najnowszych doniesień - ma zagrać Ben Affleck.


* żeby nie było, że nadużywam tego słowa, spieszę wyjaśnić - zarówno "Dark Knight" jak i "Watchmen" są absolutnie rewelacyjne. Gdyby je porównać, każdy wygrywa w swojej kategorii: "Watchmen" jest lepszym filmem komiksowym, "Dark Knight" jest lepszym filmem w ogóle.

11 listopada 2013

Deus eX: Human Revolution - Director's Cut

Wiele się wydarzyło w czasie, gdy mnie tu nie było, ale jednym z większych wydarzeń było wydanie w sierpniu 2011 roku trzeciej części mojej Gry Wszechczasów - "Deus eX: Human Revolution".

Czekałem na nią z wypiekami na twarzy. Miałem ją zamówioną i opłaconą na Amazonie już pół roku przed premierą (miała wyjść w kwietniu, ale opóźnili) i gdy tylko wyszła, przez tydzień nie było mnie dla świata. Co było o tyle kłopotliwe, że nie minął nawet miesiąc od mojego ślubu. No, ale, kaman, Deus eX.

Gra okazała się dobrą kontynuacją Gry Wszechczasów. Jest przepiękna wizualnie, pełna jest interesujących postaci, ciekawej fabuły i ma świetną muzykę, choć nie tak dobrą, jak oryginał. Ale właściwie to wszystko można powiedzieć o całej grze: wszystko jest dobre, ale nie tak dobre, jak pierwszy Deus eX. Przekonałem się o tym ponownie dopiero co, gdyż właśnie została wydana jej Wersja Reżyserska, którą natychmiast kupiłem, bo, kaman, Deus eX.

Wersja Reżyserska zawiera kilka ulepszeń w stosunku do "Human Revolution": wkleja wydany kilka tygodni po premierze gry dodatek "The Missing Link" w ciągłość rozgrywki, zawiera opcjonalne komentarze twórców oraz poprawia jedną z poważnych wpadek DX:HR, jaką był walki z bossami.

Komentarze dla mnie posłużyły udowodnieniu tezy, jaką od DX:HR miał mój kolega, który sam pracuje w branży (i pisze "Wiedźmina 3"), mianowicie, że twórcy mieli masę pomysłów, ale skończył im się budżet i czas, więc końcówka gry jest zamknięta na siłę i doklejona na szybko, i z tego samego powodu walki z bossami były outsourcowane do jakiegoś podwykonawcy, który zrobił je takie, jakie zrobił.

Był to jeden z dwóch głównych zarzutów wobec gry, które miałem, a które potem powtórzył w swojej recenzji Ben 'Yahtzee' Croshaw (drugim było samo zakończenie): po kilkudziesięciu godzinach prawdziwie deuseksowej rozgrywki, gdzie każdą przeszkodę można pokonać na wiele sposobów (dialogiem, walką, sprytem, hakowaniem, włamaniem, skradaniem, przekupstwem itd. itp.), natrafiamy nagle na potężnego przeciwnika w zamkniętej przestrzeni, i jedyne, co możemy, to ładować do niego z najpotężniejszej broni, jaką mamy, i nie zginąć. Brakowało tutaj alternatywnych, prawdziwie deuseksowych form walki: chowania się w wentylacji, korzystania z wieżyczek armatnich, korzystania ze sprytu i technologii.

Wersja Reżyserska poważnie tą lukę uzupełnia, bardzo sprytnie owe znane przestrzenie rozszerzając i dając tym samym graczowi nowe możliwości pokonania bossa. Brakuje jedynie (choć to już nitpicking) znanej (choć cholernie trudnej) z oryginalnego Deus eXa możliwości uniknięcia owej walki całkowicie i po prostu ominięcia przeciwnika.

DLC "The Missing Link", czyli dodatkowa misja wklejona w środek oryginalnej fabuły, wydana dwa miesiące po premierze jako osobna gra (choć za odpowiednio niższą cenę), w Wersji Reżyserskiej jest też sprytnie wklejona w całość fabuły i tworzy jedną ciągłość. DLC było o tyle fajne, że tamtejsza walka z bossem była dokładnie taka, jakiej się po Deus eXie spodziewałem: boss jest po drugiej stronie pomieszczenia pełnego rozmaitych wrogów, mogę się do niego dostać na wiele sposobów (walczyć, unikać, przekradać się itp.), ale gdy się dostanę, mogę go położyć jednym, dobrze wymierzonym ciosem. Cudownie! Tak ma być!

W skrócie: jeśli kogoś ominął Deus eX: Human Revolution, to warto zagrać od razu w Director's Cut. Bo gra jest naprawdę dobra, i ładna, i ciekawa. Wiele jej brakuje do niedoścignionego oryginału, ale na pewno o tym będę jeszcze pisał, bo grając w nią ostatnio czuję, że doszedłem do sedna tego, co oryginał czyniło tak wyjątkowym, a czego w DX:HR zabrakło.

A najchętniej to bym zobaczył remake oryginału taki, żeby miał tą samą fabułę, ale wyglądał, jak najnowsza odsłona serii. Każde pieniądze bym za to dał. A więc, modderzy, do roboty!



PS. Jedną z poważniejszych zmian w ostatnich latach u mnie jest zmiana medium, na którym się skupiam - już od jakiegoś czasu filmy nie kręcą mnie już tak, jak gry wideo, którym poświęcam coraz więcej czasu i uwagi (zwłaszcza, że przy swoich kilkudziesięciu godzinach gameplayu są znacznie bardziej absorbujące, niż dwugodzinne filmy). Stąd też spodziewajcie się, że będzie o nich na blogu teraz znacznie częściej.

31 października 2013

Atlas Chmur

Przeczytałem "Atlas Chmur".
***

Film widziałem rok temu, gdy był w kinach. Mimo, że w trailerach i na plakatach bardzo próbowali mnie przekonać, że rozmaite historie w filmie będą się ze sobą splatać, ja nie dałem temu wiary i nie pozwoliłem sobie na rozbuchanie oczekiwań w kwestii jakiejś metafizyki. Szedłem na film właściwie w ciemno, nie wiedząc, czego się spodziewać. Odkrywam, że tak się ogląda filmy najlepiej. Najłatwiej tak uniknąć rozczarowania.

I nie rozczarowałem się. Film był dobry. Właściwie było to sześć filmów w cenie jednego, każdy inny: jest historyczna opowieść podróżnicza, jest kameralny dramat kostiumowy, sensacja a'la "Chiński Syndrom", współczesna komedia a'la "Porachunki" oraz dwie odmiany Sci-Fi: antyutopijna i postapokaliptyczna. Historie na ekranie się przeplatają, zgrabnie przechodząc jedna w drugą. Powiązania między nimi faktycznie występują, ale są nienachalne i subtelne.

Dodatkowym atutem są ci sami aktorzy w różnych historiach grający zupełnie odmienne postacie, często innych ras czy płci (Halle Berry bywa biała, Jim Sturgess bywa Azjatą, Hugh Grant bywa pomalowanym dzikusem a Hugo Weaving bywa kobietą) i wypatrywanie, kto jest kim w której historii, dostarczyło mi kupy zabawy.

Wiedziałem, że jest książka, choć słyszałem o niej różne opinie. O filmie zresztą także - zauważyłem, że zdania na jego temat mają dość szerokie spektrum, mocno związane z tym, czy widzowie a) oczekiwali jakichś metafizycznych powiązań między historiami oraz, niezależnie, czy b) takowych powiązań się doszukali. Ja byłem w sytuacji najlepszej: nie miałem żadnych oczekiwań, a czegoś tam się doszukałem, ale nie na tyle, żeby waliło po oczach. Stąd moja wysoka ocena "Atlasu Chmur", filmu trzech reżyserów (rodzeństwo Wachowskich + Toma Tykwera), co daje mniej więcej pół reżysera na historię.
***
Książkę dopadłem na wyprzedaży i natychmiast się na nią rzuciłem. Po zdaniach, z jakimi się spotkałem, jak i po samym filmie, spodziewałem się, że pierwowzór literacki Davida Mitchella będzie równie zakręcony, że będzie układanką, w której łatwo się będzie pogubić.

Nie jest tak. Książka także zawiera sześć historii, ale jej konstrukcja jest szkatułkowa. Właściwie odwrotnie-szkatułkowa, ponieważ to nie bohaterowie jednej historii zaczynają kolejną, ale raczej każda jest odkrywana przez bohaterów kolejnej, chronologicznie późniejszej. Czyli: dziennik pacyficznej podróży filmowego Jima Sturgessa wpada w 1931 roku w ręce ubogiego kompozytora Bena Wishawa, jego listy znajduje w 1972 reporterka Halle Berry itp. Aż do gawędy Toma Hanksa, którego historia w środku książki opowiedziana jest od początku do końca, i dopiero po jej zakończeniu wracamy do przerwanego wywiadu z Dooną Bae, a gdy ten się zakończy - do filmu o Jimie Broadbencie w upiornym domu starców, i tak dalej.  Pomysłowa konstrukcja.

Na uznanie zasługuje różnorodność gatunków literackich (pamiętnik, epistoły, powieści, gawędy) oraz zróżnicowany język w każdej z opowieści: od archaicznego przez współczesny (język historii o Timothym Cavendishu jest tak zabawny, że żona kazała mi iść czytać w innym pokoju, bo wybuchami śmiechu przeszkadzałem jej w pracy) do kapitalnej ekstrapolacji tego, jak język będzie wyglądał w przyszłości. Szczególnie zachwycony (i przerażony jednocześnie) byłem językiem rozmowy z Sonmi-451, z jego pisownią i słownictwem (w przyszłości nie będzie laptopów, kawy, samochodów czy filmów; będą sony, starbaxy, fordy i disneje). Generalnie po książce widać, że autor naprawdę odrobił pracę domową.
***
Po skończeniu wczoraj książki sięgnąłem ponownie do filmu, żeby sobie jedno z drugim porównać. Nie będzie zaskoczeniem, jak powiem, że książka lepsza: każda z sześciu fabuł jest w niej pełniejsza, bardziej rozbudowana, mniej jednoznaczna. Historie w filmie są też bardziej spuentowane, ale takie prawo filmowej adaptacji: trzeba na ekranie pokazać, że jednak ci bohaterowie się pobrali a tamci dotarli do celu. Nie można tego zostawić tak zawieszonego, jak na papierze. Inne medium, inne reguły.

Czytając książkę dużą uwagę zwracałem na opisy wyglądu postaci, ze szczególnym uwzględnieniem ras. W książce w ogóle nie jest to wspomniane, nie wiemy, czy Luisa Rey była czarna, jakiej właściwie rasy był Autua czy żona Ewinga. Bardzo doceniłem film za to, że gdy siłą rzeczy musiał wypełnić takie luki przy adaptacji z książki do medium wizualnego, zrobił to w tak kreatywny sposób, dodając przesłaniu więcej głębii.

Bo taka była moja pierwsza myśl po zamknięciu książki: to jest powieść głęboko humanistyczna. Rasy, płcie, narodowości, preferencje seksualne - to wszystko nie ma znaczenia. Znaczenie ma, jakimi jesteśmy ludźmi, co nami kieruje, jakich wyborów dokonujemy. Opowiada o tym wszystkie sześć historii razem, i każda z osobna. Filmowi udaje się tego nie zgubić. I dlatego szczerze polecam jedno i drugie.

29 października 2013

Sir Galahad się zestarzał

Śmiesznie się składa, że po trzech i pół roku wracam na bloga z wpisem o zespole, od którego (prawie) blogowanie zacząłem. We wrześniu 2007 roku napisałem, jak to płytą "Empires Never Last" zespół Galahad pokazał, że z autora pastelowych kawałków z płyty "Nothing Is Written"* przerodził się w prawdziwie rockowy zespół z prawdziwym pazurem i Czymś Do Powiedzenia.

Przez tych ostatnich sześć lat jednak jeszcze trochę się muzyki nasłuchałem, tekstów naczytałem, filmów naooglądałem, i teraz patrzę uchem na ową płytę przez przyzmat tego, jak aktualnie ukształtowane są moje wiecznie fluktuujące gusta.

Pięć dni temu byłem na koncercie Galahada w Ośrodku Kultury "Andaluzja" w Piekarach Śląskich. Mały koncert w śmiesznej, małej salce, ale zorganizowany przez dyrektora Ośrodka, sympatycznego grubaska, który zna się na dobrej muzyce i postawił sobie za cel sprowadzić ją do swojego centrum kultury Pośrodku Niczego. Galahad był supportowany przez zespół Lilith z Poznania (co mnie rozbawiło, jako, że znam jedną Lilith z Poznania) i, przyznać muszę, że o ile sześć lat temu uznałem, że sir Galahad zmężniał, to teraz zobaczyłem wyraźnie, że już się mocno postarzał.

Chłopaki mają już pod sześćdziesiątkę i wyglądają jak starzy rockmani, jednak na scenie już ledwo zipią. Na początku koncertu wokalista zapominał tekstów z piosenek z najnowszej płyty i dostawał zadyszki. Ale gdy sięgnął do piosenek starszych, a część widowni (a ja razem z nimi) dała się porwać żywiołowi muzyki i tańczyła przed sceną, wyraźnie się rozkręcił i dalej było już lepiej.

Generalnie muszę przyznać, że koncert wart był swojej ceny - pięćdziesięciu złotych. Szału nie było, ale była dobra zabawa i naprawdę niezła muzyka. Niezła, lecz nie rewelacyjna.

Bo Galahad z perspektywy czasu nie brzmi dla mnie już tak dobrze, jak kiedyś. Parę miesięcy temu w krakowskim Media Markcie dałem sobie wcisnąć ich najnowszy album, "Beyond the Realms of Euphoria" za porażającą cenę 79 złotych. Poczułem się oszukany, bo ta płyta stanowczo NIE JEST tyle warta, zwłaszcza, że choć trwa 55 minut, materiału zawiera de facto połowę z tego - reszta dopchana jest sztucznie rozdętymi utworami, reprise'ami i nową wersją starego utworu ("Richelieu's Prayer" z ich debiutanckiej płyty).

Nawet "Empires Never Last" po paru latach słuchania odkrywa swoje słabe strony: męczący "I Could Be God", sztuczne wydłużony "Sidewinder", słabe teksty, których proste słownictwo, leniwe rymy i tanie metafory sprawiają wrażenie, jakby były pisane przez kogoś, dla kogo język angielski nie jest językiem ojczystym (podobne przekleństwo wisi nad tekstami zespołu Millenium, ale to są Polacy piszący po angielsku, więc można im to wybaczyć). Dalej jednak bronią go niezłe "Termination", porywający utwór tytułowy oraz klamra w postaci świetnego zwieńczenia płyty "This Life Could Be My Last" i fantastycznego chóru w "De-Fi-Ance" (czasem słucham tylko jego).

Taki jest Galahad - po latach zapoznawania się z muzyką progresywną dochodzę do wniosku, że nie jest to w żadnej mierze zespół genialny. Nie są też źli - są po prostu mediocre. Ni mniej, ni więcej.


* bonusowa drobinka nikomu niepotrzebnej wiedzy: tytuł płyty "Nothing is Written" oraz cała zawarta na niej piosenka "Aqaba (A Matter of Going)", w której tekście ów tytuł się pojawia, inspirowane są klasycznym filmem "Lawrence z Arabii" z Peterem O'Toolem z 1962 roku i zdaniem, które w owym filmie pojawia się kilkakrotnie.

04 marca 2010

Only Right Medicine

199 post na tym blogu. Jednego brakuje do okrągłej dwusetki, ale chyba do niej nie dobiję, a w każdym razie - nie tutaj.

Od listopada nic tutaj nie napisałem. Wena jakoś nie przychodziła, a to dlatego, że chyba za mocno jej szukałem. Po jakimś czasie postanowiłem dać spokój i pozwolić jej odnaleźć mnie.

Odnalazła jakiś miesiąc temu, ale postawiła kilka warunków. Powiedziała, że potrzebuje odmiany, że forma topographic oceans jest dla niej przytłaczająca i ciężka. Jest tu ciemno, marudnie i grafomańsko. Zamiast przyjść tu i zostać, złapała mnie za rękę i zaprowadziła w nowe miejsce.

To miejsce to http://onlyrightmedicine.wordpress.com . Ochoczo ruszyłem za nią i teraz możecie mnie znaleźć tam, nie tutaj.

Wpadnijcie czasem :)

13 listopada 2009

Jedyna Słuszna Muzyka wg cracked.com

Długo, długo nosiłem się z artykułem (wpisem) przybliżającym wszystkim tajniki i niuanse Rocka Progresywnego. Tak długo, że serwis cracked.com (taki amerykański joemonster.org) zrobił to za mnie niezwykle trafnie:

http://www.cracked.com/funny-2359-progressive-rock/

Polecam :)

Jedyna Słuszna Muzyka wg Google

Interesujące... ;)

17 października 2009

Szabelka

Od półtora miesiąca pracuję sobie w Sabre i wszyscy pytają mnie, jak tam jest. Oto więc, jak jest:

Jest inaczej. Pod każdym możliwym względem. Zupełnie, diametralnie inaczej, niż było w JCo.

  • Inne są warunki pracy – zamiast pokoików mamy open space. Nie jest tak źle – nie mamy boksów rodem z Dilberta, tylko biurka pogrupowane czwórkami. Koło mnie siedzi mój buddy – kolega, który jest ze mną w projekcie i wprowadza mnie w tajniki pracy w nim i w samym Sabre – i drugi kolega, który jest moim lokalnym... no, nie managerem, raczej kimś, kto przyklepuje moje urlopy i inne takie.
  • Bo generalnie jest to korporacja, a nie mała firma, i to się czuje – są procedury, jest inercja, jest łańcuch odpowiedzialności i takie tam. Na razie nie czuję, żeby mi to w jakikolwiek sposób przeszkadzało, ani nie czuję się od tego głupszy czy ubezwłasnowolniony. Wręcz przeciwnie – po tygodniu pracy udało mi się namówić managera, żeby mnie puścił na konferencję JDD (wczoraj byłem), a po miesiącu pracy dostałem urlop na koniec Października (jadę do Malmo!!! :)
  • Projekt jest superciekawy – rozwijająca się od ponad 10 lat aplikacja, właściwie całe środowisko developerskie dla różnych, związanych z podróżami klientów. Aplikacja desktopowa, bardzo wielowarstwowa – jest warstwa prezentacji w Swingu, którego uwielbiam (tak, napiszę to jeszcze raz, dla niedowiarków: UWIELBIAM SWINGA), jest warstwa logiki, są połączenia przez RMI, są interfejsy do porozumiewania się z różnymi nietypowymi urządzeniami, jakie można spotkać na lotniskach czy w biurach podróży... no, po prostu żyć nie umierać!
  • Jako, że jest to aplikacja desktopowa, żegnaj, J2EE! Było fajnie, ale jednak niezmiernie się cieszę, że wreszcie jestem w środowisku, w którym WIEM, CO SIĘ DZIEJE. Jadę sobie po kodzie debuggerem, linijka po linijce, metoda po metodzie, i zawsze wiem, gdzie jestem! Żadnych pieprzonych interceptorów, żadnego zgadywania, gdzie postawić kolejny breakpoint... Flow aplikacji jest wreszcie sensowny, przejrzysty i zrozumiały. Bardzo, bardzo mi tego w J2EE brakowało.
  • Zupełnie inne są narzędzia pracy, dzięki czemu poznaję nowe: zamiast Eclipse – IntelliJ Idea, zamiast SVNa – ClearCase, zamiast Mavena – Ant, zamiast Jiry – Version One, zamiast MS Projecta – Primavera...
  • Sam kod jest bardzo różny – jako, że aplikacja rozwija się od czasów Javy 1.2, nie napotkałem jeszcze w ponad 3000 klas ani pół enuma czy adnotacji... Brakuje mi ich trochę, no, ale taka specyfika. Dobrze, że generiki są ;)
  • No i wreszcie – inna metodologia. Po pierwsze – Test Driven Development, wreszcie. Przy szaleńczym tempie pracy w JCo żywcem nie było czasu na unit testy, testy funkcjonalne ani nic z tych rzeczy. Tutaj każda linijka kodu musi być przetestowana. Zaczyna mi to wchodzić w krew do tego stopnia, że znalazłem lukę w instrukcji korzystania z naszej sabrowskiej kuchni (jeden nieobsłużony przypadek testowy). Po drugie – AGILE, czyli iteracje, scrumy, a przede wszystkim code review, na co też w JCo niestety nie było czasu. I dzięki temu mogę się bardzo wiele o dobrych praktykach kodowania nauczyć.
  • Na koniec – płaca. Ale o tym nie będę mówił, bo dżentelmeni o tym nie rozmawiają ;) Blaze mnie spytał: "Nie żałujesz, że się przeniosłeś?" Popatrzyliśmy na siebie, a potem wybuchnęliśmy śmiechem...

Specyfika pracy w międzynarodowej korporacji przejawia się też tym, że z mojego projektu tylko 2-3 osoby są w Polsce (w tym ja). Reszta siedzi w Stanach, co się przekłada na to, że stand-up meetingi odbywają się przez telefon o godzinie 16 (w Stanach jest 9 rano), więc nie mam co marzyć o wychodzeniu do domu np. o 16:30, jak planowałem. Ale za to z tygodnia na tydzień coraz lepiej w projekcie się czuję, coraz lepiej się odnajduję i coraz więcej robię – w tym tygodniu miałem dwa dwugodzinne telefoniczne meetingi w których już nie tylko słuchałem, ale które prawie że prowadziłem, przedstawiając wyniki rozpoznań, testów, prób i tzw. spike'ów, a potem uczestniczyłem w dyskusji co z tymi wynikami zrobić. Miło było też usłyszeć słowa uznania od architekta projektu.

Naprawdę się tam odnajduję :)

A z JCo najbardziej brakuje mi chyba tylko ludzi, z którymi na szczęście kontakt trwa (w zeszłym tygodniu byliśmy w knajpie i świetnie się bawiliśmy, dzisiaj – dwie koleżanki maja parapetówkę). Ale coraz więcej z nich widuję już na korytarzach w Sabre, i wygląda na to, że ta tendencja się utrzyma ;)

30 września 2009

To był dobry dzień

Kasia prowadzi bloga. Zaskoczyło mnie to, gdy się dowiedziałem, i rozbawiło – cynicznie/sarkastycznie pomyślałem sobie, że chyba ma za dużo roboty w domu, że aż zabiera się za prokrastynację tego formatu. Po lekturze kilku notek stwierdziłem jednak, że to fajne jest, co ona robi. Że w każdej notce na zakończenie dnia potrafi zawrzeć w niej wyciągnięte z doświadczeń tegoż dnia rzeczy pozytywne. Tyle mamy blogów, w których ludzie na wszystko narzekają (nie będę wskazywał palcem ;), wyrażają swoje niezadowolenie albo psioczą na wszystko, co się rusza (twierdząc jednocześnie, że wszystko się totalnie zlewa) – nie ukrywam, sam nie jestem bez winy i zdarza mi się nabluzgać na tych czy owych – że taki promyk nadziei, uśmiechu i czystej pogody ducha w blogosferze jest czymś wartym uwagi i docenienia.

Muszę też powiedzieć, że Kasi zazdroszczę. Najbardziej – determinacji. Nie w tym, żeby w problemach codzienności doszukiwać się pozytywów, bo wiem, że nie jest to wcale takie trudne – sam wyznaję filozofię Korbena Dallasa z "Piątego Elementu", że w każdej, nawet najgorszej sytuacji można doszukać się czegoś dobrego. Determinacji w tym, żeby codziennie wieczorem o tym napisać, oraz – co stanowi mój bardzo poważny problem – w owym pisaniu nie zagubić się w meandrach grafomanii, pisząc notki rozwlekłe, pompatyczne i zwyczajnie nudne.

Dlatego dzisiaj postanowiłem spróbować:

  1. Zjadłem najlepszy chyba obiad, jaki kiedykolwiek zabrałem do pracy – boef-strogonow (czy jak to się pisze), przyrządzony przez mamę Ani, nikt nie potrafi przyrządzić wołowiny tak, jak ona. Kawał szczęściarza ze mnie :)
  2. Kupiłem nowy "Film", który nie dość, że zawiera kilka bardzo ciekawie zapowiadających się artykułów (o mokumentach, o Google'u, o pop-pocieszaniu – na kanwie ekranizacji Coelho z Sarą Michelle Gellar, która wchodzi do kin za tydzień – oraz o tajemnicach polskiego rynku dystrybutorskiego), to jeszcze można go kupić w wersji z filmem, którym jest nic innego, jak arcydzieło Wellesa, "Obywatel Kane";
  3. Zamknąłem dwie story w pracy;
  4. Dostałem urlop na koniec października i kupiłem bilety do Malmo, do którego wtedy lecę;
  5. Dzisiejsze spotkanie Toastmasters bardzo się udało - mieliśmy jednego gościa, który wyszedł zadowolony i obiecał, że się pojawi za tydzień, Mikołaj przygotował kapitalne pytania, a temat speecha Magdy idealnie się zgrał z tematem spotkania;
  6. Czekają mnie jeszcze w październiku – poza wyjazdem do Szwecji – dwa, a może nawet trzy koncerty (Archive, Raz, Dwa, Trzy i, jeśli się uda, Lubelska Federacja Bardów w Tyńcu) oraz – mam nadzieję – spektakl "Skrzypek na Dachu".

Tak, to stanowczo był dobry dzień :)

25 września 2009

Galerianki

Byliśmy dziś z Anią na "Galeriankach". Prosto z kina udaliśmy się (rzecz jasna) do Galerii Krakowskiej i jakoś obydwoje nie mogliśmy się powstrzymać za wyglądaniem wystrzałowo ubranych, wulgarnych gimnazjalistek. Co mijaliśmy jakąś supermodną laskę, zastanawialiśmy się, czy ona przypadkiem się za te ciuchy nie puściła...

To robi z ludźmi film Katarzyny Rosłaniec. Usłyszałem o nim jakiś miesiąc temu. Zobaczyłem trailer, potem obejrzałem etiudę filmową pani Rosłaniec pod tym samym tytułem, półgodzinną, nakręconą jako praca dyplomowa na zakończenie Warszawskiej Szkoły Filmowej (jest dostępna za darmo choćby na Youtube). Wiedziałem wtedy, że na film pójdę do kina, jak tylko się pojawi.

Film kinowy stanowi raz że adaptację etiudy na coś o większej precyzji wykonania i większym budżecie, przeznaczonym na większy ekran, a dwa, że rozwinięcie i domknięcie wątków. Etiuda była jakby ekspozycją i pierwszym punktem zwrotnym – opisem, jak bohaterka wchodzi w ten świat. Pełen metraż dawał nadzieję na pokazanie, że można z niego wyjść. Z taką myślą poszedłem do kina i właściwie nie zawiodłem się.

Podczas seansu w pewnym momencie poczułem, że o, w tym momencie ten film mógłby się skończyć i ja byłbym usatysfakcjonowany. Ale się nie skończył, szedł dalej, a ja byłem zaniepokojony, że zaraz coś schrzanią. Nie schrzanili, przyszedł kolejny punkt, w którym myślałem, że to już koniec... ale nie, film szedł dalej. Ciągle bałem się, że kolejne przeciągnięcie tego filmu przyniesie jakieś potężne rozczarowanie, ale na szczęście tak się nie stało – jeden z tych punktów, które się nadawały na zakończenie historii, faktycznie się nim okazały.

Pani Rosłaniec nakręciła film bardzo aktualny i bardzo potrzebny. Temat gimnazjalistek, sprzedających się za nowy ciuch albo komórkę ("Tylko se nie myśl, że ja jestem taka, co za seks biorę sto złotych, bo taki facet wydaje na mnie nawet dwieście, trzysta", mówi jedna z bohaterek, co jest ekwiwalentem powiedzenia, że nie jest jakąś tam tanią dziwką, tylko jest dziwką trochę droższą*), jest żywy i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej, a ludzie zniesmaczeni wulgarnością filmu niech sobie wyobrażą, że w rzeczywistości jest jeszcze gorzej, niż to zostało ukazane – bo jest, jestem o tym więcej niż przekonany.

Ale przy okazji pani Rosłaniec nakręciła film bardzo autentyczny. Bałem się trochę, że film będzie jechał sztucznością na kilometr, ale gra nastoletnich aktorek i aktorów jest doprawdy na niewyobrażalnym (szczególnie w Polsce) poziomie. Dialogi – choć siedzące za nami w kinie dziewczyny (niewiele chyba od bohaterek filmu starsze) twierdziły, że "nikt tak nie mówi" – brzmiały bardzo naturalistycznie i, jak to określiła Ania, "tchnęły Masłowską". To prawda, niedługo po lekturze filmowej "Wojny Polsko-Ruskiej" podobieństwo rzuca się w oczy (a raczej uszy), ale ja myślę, że to nie tyle Rosłaniec brała z Masłowskiej, co obydwie panie brały z codzienności.

Autentyczna była w filmie szkoła, autentyczne były relacje rodzinne, autentyczny był chłopak zakochany w głównej bohaterce, cudownie odżywczy był prawie całkowity brak największej chyba zmory polskiego kina komercyjnego ostatnich lat, jaką jest product placement (dostrzegłem go tylko w jednej scenie, i to bardzo się wysilając). Nawet, wbrew wszelkim oczekiwaniom po nowym polskim filmie z nastolatkami w jako bohaterami, wątek – z braku lepszego słowa – lesbijski był bardzo autentyczny i ani trochę nie czułem w nim sztuczności.

"Zachwycony" to złe słowo, bo film jednak jest naturalistyczny, prawie paradokumentalny, i generalnie dość ciężki w tematyce i sposobie jej ukazania. Ale nie wyobrażam sobie, co by w nim można było ulepszyć. Pani Rosłaniec zadebiutowała na niespotykanym poziomie, wspaniale rokuje na przyszłość (czytałem z nią kilka wywiadów i podoba mi się jej artystyczna może nie dojrzałość, co właśnie świadomość niedojrzałości, dzięki czemu możemy mieć gwarancję, że póki nie będzie gotowa, będzie kręciła dobre filmy o rzeczach jej znanych, a nie rzucała się z motyką na słońce w postaci jakiegoś za dużego dla niej jeszcze tematu). Bardzo, bardzo jej gratuluję, bardzo za "Galerianki" i nadzieję z nimi związaną (zarówno dla polskiego kina, jak i dla samych galerianek) dziękuję i bardzo trzymam kciuki.

A film bardzo polecam.


* w Bristolu na murze znalazłem jedną genialną sentencję: "In a rat race you're always a rat. Even when you win the race, you're still a rat."

31 sierpnia 2009

Zmiany (część druga) – Sabre, here I come!

Jutro wielki dzień nie tylko dlatego, że mamy 60. 70. rocznicę wybuchu II Wojny Światowej, ale też dlatego, że obydwoje z Anią wyruszamy na nasze własne, może nie wojny, ale zmagania z przyszłością. Ania zaczyna rok szkolny już jako pełnoetatowa nauczycielka (a nawet ponadetatowa), na szczęście jednak nie ma wychowawstwa. Ja natomiast jutro zaczynam pracę w nowej firmie.

Około miesiąc temu odezwała się do mnie miła pani z Modisa, która postanowiła mnie zarekrutować do Sabre Polska. Proces rekrutacji był długi, żmudny i stresujący – składał się z kilku rozmów telefonicznych, częściowo behawioralnych, ale bardziej technicznych, częściowo też po angielsku. Potem był trzygodzinny test przez sieć (musiałem się zwolnić z pracy, żeby go w spokoju napisać, a i tak Mahomet – nasz PM – zadzwonił do mnie dwa razy ;), następnie dwie godzinne rozmowy na miejscu, a wreszcie godzinna rozmowa telefoniczna z menedżerką projektu, która dzwoniła ze Stanów. Ten ostatni etap, wbrew pozorom, był najprzyjemniejszy z całego procesu – gadało nam się wprost wyśmienicie.

Wreszcie otrzymałem informację o pozytywnym zakończeniu procesu rekrutacji i ofertę pracy jako Java Developer w ciekawie zapowiadającym się projekcie, ale stresom nie było końca – nie dość, że musiałem złożyć pierwsze w życiu i poprawne wypowiedzenie, to jeszcze czekało mnie podpisanie pierwszej w życiu umowy o pracę (dotychczas pracowałem na umowie zleceniu zlecenie – swoją drogą, jak się to pisze i jak się to odmienia?) A z taką umową wiąże się sterta papierów do wydrukowania, wypełnienia, podpisania, i sterta dokumentów do okazania. Byłem przerażony, że po całym tym procesie rekrutacji jakaś durna, głupia, mała sprawa mi zablokuje upragnioną robotę w Sabre – i to już po złożeniu wypowiedzenia. Na przykład fakt, że ze dwa czy trzy lata temu posiałem gdzieś książeczkę wojskową...

Na szczęście jednak wszystkie moje stresy okazały się bezpodstawne (tutaj ukłon i podziękowania dla Lil, która mnie uspokoiła), badania lekarskie szybkie i bezbolesne, a podpisanie umowy przebiegło jak z płatka.

I tak, po tygodniowym odpoczynku na Mazurach, jutro zaczynam nowy etap w swoim życiu – pracę w Wielkiej Korporacji. Będzie to wielka różnica w stosunku do pracy w Małej Firmie, jaką było JCommerce – inne procedury, cała ta inercja, zupełnie inne środowisko... Już miałem ze dwa koszmary senne na temat mojego pierwszego dnia w Sabre. Tak czy inaczej – będzie to doświadczenie, a te zawsze są cenne. A pierwszych dni nie mam się co martwić, bo wszystko zaczyna się od szkoleń i zapoznania ze środowiskiem pracy. Nie mniej jednak trzymajcie za mnie kciuki.

21 sierpnia 2009

Zmiany (część pierwsza)

Krótko, bo za pół godziny wyruszam na upragnione żagle...

Od prawie dwóch tygodni mieszkam w nowym miejscu :) Jako, że mój (teraz już były) współlokator, Krzysiek, postanowił opuścić zacne towarzystwo kawalerów i zaplanował ślub na te wakacje, musiałem zacząć szukać nowego lokum, gdyż moje miejsce miało przypaść w udziale Pannie Młodej i/lub jej siostrze. Pierwotnie miało to być już w lipcu, ale szczęśliwie przesunęło się na wrzesień, więc miałem jeszcze kilka tygodni w zapasie na szukanie czegoś nowego.

Postanowiliśmy z Moją Lepszą Połówką poszukać już czegoś dla nas. Czyli – nie pokoju, a osobnego mieszkania, w którym sobie zamieszkamy nareszcie razem. Nie trwało to długo – drugie bodaj miejsce, które obejrzeliśmy, już nam się tak spodobało, że je wybraliśmy. Jest to mieszkanie w sam raz – 40 metrów, dwa pokoje (dzienny i sypialnia) oraz kuchnia, świeżo zrobiona przez właścicieli. Bardzo przyjemna też łazienka, z przestronnym, stanowczo dwuosobowym prysznicem :)

Jako, że Ania wyruszyła na wojaże ze swoim Tatą i dwa tygodnie spędza wśród ludożerców na Andamanach oraz w kontynentalnych Indiach, na mnie spadła techniczna strona urządzania mieszkania, czyli – zakup, transport, złożenie i ustawienie mebli, a także opracowanie infrastruktury elektroniczno-komputerowo-sieciowej. Na szczęście wszystko dało się bardzo szybko i sprawnie załatwić, z wielką pomocą Konrada i mojego ojca, który przy okazji nauczył mnie podstaw elektryki oświetleniowo-kontaktowej oraz w prezencie urodzinowym sprawił mi piękny komplet profesjonalnych narzędzi.

Tak więc krok po kroku, mebel po meblu, dziura w ścianie po dziurze w ścianie i kabel po kablu, mieszkanie jest od strony funkcjonalnej gotowe na przyjęcie Ani, która wkroczy i pełną parą zabierze się za nie od strony estetycznej. I wtedy, gdy już dotknie go swoją kobiecą ręką, przyjdzie czas na zapraszanie gości :) Bo atutów mamy parę – przede wszystkim, wielka biała ściana i projektor naprzeciwko, z którego będziemy mogli wreszcie wyświetlać filmy na długo wyczekiwanych wieczorkach filmowych.

Tak więc, drodzy przyszli goście – we wrześniu wyczekujcie otwarcia eXowego Sezonu Filmowego :)

A teraz zmykam na Mazury...

O kolejnych zmianach – w następnych odcinkach.

17 sierpnia 2009

Under the red and white sky...

Z jakiegoś powodu najtrudniej mi na tym blogu pisać o sprawach największych – jakichś wielkich wydarzeniach z mojego życia, czy jakichś poważnych przemyśleniach. Nie wiem, czemu tak jest – może gdzieś w głębi boję się, że w swojej grafomanii przy przelewaniu ich na słowa te wydarzenia spłaszczę, przemyślenia wypaczę i nie oddam w pełni tego wszystkiego, co się we mnie kotłuje.

Postaram się jednak z tym powalczyć, bo ostatnio dzieje się wiele, i dziać się będzie. Zacznę jednak od wydarzeń mniejszych, co by nabrać wprawy.

***

Wydarzenie pierwsze, o którym chciałbym napisać, samo w sobie jest dosyć wielkie (uczestniczyło w nim, z tego, co słyszałem, około 80 tysięcy osób), ale w porównaniu z pozostałymi – naprawdę miałkie.

Byłem więc na U2 w Chorzowie.

(tu mała przerwa, bo chłopcy z pracy zorientowali się, że zamiast coś robić ja klepię notkę, więc muszę trochę poudawać ;)

W ramach przygotowań do koncertu – o czym pisałem – postanowiłem zapoznać się z wcześniejszą twórczością zespołu i o nareszcie odkrytych i zachwycających wczesnych płytach. Przed samym wyjazdem postanowiłem jeszcze dać jedną, ostatnią szansę dwóm dziełom sprzed "No Line..." a po niedoścignionym po wsze czasy "POPie".

I tak po raz kolejny po "All That You Can't Leave Behind" nie zostało mi w głowie NIC interesującego. Ta płyta jest po prostu słaba, zła i kiepska. Bardziej nawet niż "Joshua Tree", gdzie jednak są porywające kawałki (ach, "Bullet the Blue Sky"...) – "All That You Can't..." nie ma NIC do zaoferowania. Kiedyś podobało mi się "Elevation", "Beautiful Day" porwało mnie tylko w połączeniu z teledyskiem, "Walk On" jest fajnie przez pierwszych 30 sekund wersji albumowej, i tyle – reszta to porażka.

Jednak muszę przyznać, że "How To Dismantle An Atomic Bomb" odkryło przede mną swoje sekrety. Po fatalnie tragicznym, otwierającym "Vertigo", które jest najgorszym łajnem, jakie U2 kiedykolwiek popełniło, już od drugiego kawałka, "Miracle Drug" robi się naprawdę fajnie, i tak zostaje do końca. Płyta pełna jest zapadających w ucho kawałków – jest ładne, singlowe "City of Blinding Lights", jest utrzymane w najlepszej tradycji irlandzkiego kwartetu "Crumbs From Your Table", ale przede wszystkim zakochałem się w Przyczajonym Tygrysie tej płyty, jakim jest skromny, bardzo w stylu Madrugady utrzymany kawałek "A Man and a Woman", który jak się w mojej głowie rozpanoszył, tak nie może jej za Chiny opuścić (co widać po moich statusach na gTalku czy Skypie ;):

Wiedząc, że na chorzowskim koncercie pełno będzie – prócz, rzecz jasna, pewniaków w postaci największych hitów zespołu – utworów z tych dwóch płyt oraz, co smutne, NIC z "Popa", jechałem na koncert w miarę przygotowany repertuarowo, choć nie oczekiwałem zachwytu.

***

Po koncercie jednak byłem zachwycony. Uczestniczenie w takim wydarzeniu z 80 tysiącami fanów (a musieli to być fani zaprzysięgli, bo ceny za bilety były zaporowe – 450 zł za miejsce na widowni) jest przeżyciem, które na zawsze zostanie mi w pamięci. Było pełno magicznych momentów:

  • była, rzecz jasna, gigantyczna polska flaga podczas wykonywania "New Year's Day", tym bardziej widowiskowa, że widownia była obsadzona w całości, dookoła sceny, więc z każdego punktu było ją widać;
  • Edge miał urodziny akurat w dniu koncertu, więc na scenie zespół napił się szampana, a 80 tysięcy gardeł zaśpiewało mu "Sto Lat";
  • Bardzo piękna była wizualizacja przy piosence "Walk On";
  • Wreszcie – najbardziej magiczny moment: ostatnia piosenka przed bisami, "One", Bono z gitarą akustyczną na scenie prosi, by zgaszono wszystkie światła z infrastruktury koncertowej (scena, wszelkie konstrukcje, lampy stadionowe), a wszyscy, którzy mają komórki, żeby je wyciągnęli i nimi świecili. I tak powstała ogromna konstelacja tysięcy światełek... wyglądało to absolutnie niesamowicie, znowu z powodu tego, że trybuny były obsadzone w całości, dookoła sceny.

Nie miałem aparatu, ale tysiące innych miało, więc w sieci jest pewnie pełno zdjęć. Mogłem dzięki temu bez krępacji chłonąć koncert i dobrze się bawić, i nawet "Vertigo" i trzy identyczne kawałki z "Joshua Tree" mi się na nim podobały. Chłopcy z U2 dali nam kawał solidnej muzyki i solidnej zabawy.

***

Ale zachwyt jakoś długo się nie utrzymał. Już następnego dnia stwierdziłem, że w sumie nie było wcale jakoś przełomowo. Owszem, nie żałuję kasy wydanej na ten koncert, nie żałuję, że tam pojechałem i tam byłem, ale też nie był to na pewno najlepszy koncert w moim życiu. Nie był nawet w pierwszej piątce. A na następny koncert U2 w Polsce wcale nie wiem, czy pojadę... Słowem – U2 mam odhaczone. Byłem, widziałem, słyszałem, bawiłem się świetnie, ale nie wiem, czy to powtórzę. No, chyba, że następna płyta mnie powali na kolana.

Bo zdecydowałem się na ten koncert głównie dlatego, że nowa płyta mi się spodobała. Jest naprawdę dobra, nie ma na niej słabych momentów, a jest kilka rewelacyjnych. Czuję jednak – i nie ja jeden, podobne opinie słyszałem od znajomych i nieznajomych w sieci – że U2 się skończyli. Nie mam im tego za złe, grają już ok. 30 lat i co mieli do dania muzyce, to już dali. Pierwsze trzy płyty były szczytowymi osiągnięciami New Wave i Post-Punka, na następnych trzech U2 literalnie odkrywali Amerykę, a kolejna trylogia z lat 90-tych stanowiła genialne podsumowanie i pastisz muzyki rozrywkowej, z kumulacją na wiekopomnej i niedoścignionej płycie "POP".

Po czym, nagrywając płytę numer 10, "All Taht You Can't Leave Behind", U2 powiedzieli o sobie, że ponownie aplikują na stanowisko najlepszej grupy świata ("reapplying for the job of the best band in the world"). Dla mnie jest to dziwne, że mówią tak po wydaniu najlepszej płyty w historii muzyki rozrywkowej (moim zdaniem), a jeszcze dziwniejsze, że wydają po tym taki koszmarek... A po nim kolejną płytę, niezłą, a następnie ostatnią, dobrą, ale też bez rewelacji. Wniosek jest jeden – po dwóch wielkich, ryzykownych i eksperymentalnych zmianach stylu (1984 i 1991, "Unforgettable Fire" i "Achtung Baby"), które dały muzyce coś zupełnie nowego, w 2000 roku U2 przeszli na komercję, wracając muzycznie do tego okresu ich twórczości, który zyskał im największą sławę i największą rzeszę wyznawców. Dlatego na ostatnich trzech płytach tak dużo jest klonów "Pride" i "With Or Without You" ("Stuck in a moment...", "Miracle Drug", "Moment of Surrender"), kilka typowo radiowych, "chwytliwych" kawałków ("Get On Your Boots" czy to cholerne "Vertigo") i tylko kilka eksperymentów formalnych ("Fez – Being Born" czy "Cedars of Lebanon"), które ratują wizerunek zespołu i dają nadzieję.

Kto wie, może zamiłowanie grupy do zmiany stylu co trzy płyty nie przeminie, i następne ich dzieło będzie znów czymś świeżym i odkrywczym, może Bono, Edge i reszta nas jeszcze czymś zaskoczą, ale osobiście w to nie wierzę. Myślę, że U2 już się skończyli. Nie mówię, że to źle, i nie mam im tego za złe – co zrobili, to zrobili, a zrobili wiele, i zasługują na odpoczynek, sławę i pamięć...

...Ale po prostu nie bardzo wierzę, że na następny koncert będzie po co iść.

***

A, mimo wszystko, nadal wolę koncerty, gdzie czwórka ludzi na moich oczach śpiewa i gra na instrumentach, niż dwudziestka tancerzy, choćby nie wiem, jak pięknych i wysportowanych, tańczy i rusza ustami do playbacku. Nie tego na koncertach szukam.

Tak, to jest pstryczek w nos Madonny ;)

11 sierpnia 2009

Czarny Etap

Już dawno miałem to wrzucić...

Ostatni tydzień maja w pracy upłynął nam na ponad sześciedzięciu godzinach pracy - mieliśmy deadline w nocy z niedzieli na poniedziałek i trzeba było skończyć etap, więc pracowaliśmy w poprzednią niedzielę, w tygodniu po 10-12h dziennie, w sobotę (siedziałem 14,5h, wyszedłem po północy) i drugą niedzielę.

Z tego wszystkiego wpadła mi do głowy piosenka na ten temat - na melodię szanty "Czarna Rafa":

Kiedy pracę kończyliśmy,
Była ciemna, głucha noc
Klient musiał dostać wersję
żeby przetestować ją

Ref.:
Hej, do kodu, chłopcy, wraz
Hej tam ster, LSI-DIP
Widmo zwolnień bliskie było
Lecz Mahomet łaskaw był

Lecz na kursie coś się czerni,
sterczą z kodu bugi trzy
Rafał pobladł, gdy to ujrzał,
lecz nie stracił zimnej krwi

Każdy sprężał się jak mógł
i choć Eclipse spływał krwią,
nikt z nas czasu nie żałował,
tylko klepał słuszny kod

Jeszcze tylko kilka chwil,
jeszcze tylko testy trzy,
jak NullPointer nie poleci,
wystawimy wersję w mig

Projekt wrócił na swój kurs,
bugów cień za rufą znikł,
wszyscy chłopcy legli w łóżkach,
ale zasnąć nie mógł nikt.


Dzisiaj grozę tamtych chwil
Czasem widzę w swoim śnie
I dziękuję za to Panu
(i panu, i pani, i Tobie, Kamilu ;)
że wyrobiliśmy się :)

18 lipca 2009

Zabójcy Albumów

Poprzednio w dziale muzycznym pisałem o rolach, jakie czasem na płytach przypadają różnym piosenkim - o Hiciorach, Balladach i Przyczajonych Tygrysach. W swoich muzycznych wojażach (tu ukłon w stronę Xavexa i Viggena, bez których być może nigdy w takie wojaże bym nie wyruszył) natknąłem się jeszcze na jedną rolę, wartą opisania.

Jest ona, na szczęście, dość rzadka. Na szczęście, bo jej sama nazwa mówi, że należenie do tej grupy nie jest dla piosenki niczym dobrym. Są to Zabójcy Albumów.

Wyobraźcie sobie, że macie płytę, na której wszystkie utwory są dobre, bardzo dobre, a nawet genialne, a nagle, wśród nich, natykacie się na jeden, który jest ni w dupę, ni w oko, pasuje do płyty jak pięść do nosa i w ogóle nie wiadomo, jakim cudem się nia niej znalazł. I nie jest on średni, kiepski czy słaby - na każdej płycie trafiają się utwory słabsze czy odstające od reszty. One są po prostu Złe. Tak tragiczne, że ryją się w pamięć i nieodparcie już kojarzą się z danym albumem, i to kojarzą się bardzo negatywnie - do tego stopnia, że nie chce nam się wracać do danego albumu, bo wiemy, że on tam jest, a wolelibyśmy go uniknąć.

Stąd nazwa - Zabójcy Albumów. Po angielsku Album Killer, albo krócej - Hitman, co nomen omen jest tytułem pierwszego przykładu, jaki przychodzi mi do głowy.

"Innuendo", ostatnia wydana za życia Freddiego Mercury płyta Queen, jest pełna piosenek od fajnych ("Delilah") przez rewelacyjne ("All God's People") po genialne ("The Show Must Go On"), ale są wśród nich aż dwa Album Killery - rzeczony "Hitman" oraz "I Can't Live With You", co też przypadkowo świetnie pasuje do samego utworu - ja go po prostu nie mogę zdzierżyć ;)

Innym wartym wspomnienia przykładem jest utwór z pierwszego albumu legendarnej grupy King Crimson. Są na niej niekwestionowane arcydzieła - "Epitaph", "21st Century Schizoid Man" czy tytułowy "In The Court of the Crimson King", ale jest też "Moonchild". Pieprzony w dupę kopany "Moonchild". To są utwory, które pomija się w playlistach w odtwarzaczach mp3...

Pisałem jakiś czas temu o nowej płycie Comy. Zawiera ona piosenki, a pomiędzy piosenkami są różne dźwiękowe wstawki, i te wstawki (zwłaszcza "Stosunek do Służby Wojskowej") są takimi Album Killerami - można je posłuchać raz, drugi, i są zabawne, a potem zaczynają męczyć, i chciałoby się ich z płyty pozbyć.

Niektóre zespoły mają zmysł i potrafią takich potencjalnych Zabójców Albumów odsiać w trakcie sesji. Jeśli im ich żal, to potem wydają płytę typu "odrzuty z sesji", które czasem da się jakoś przełknąć, przynajmniej w części (Dream Theater "Awake"), a czasem faktycznie okazują się być stosem szitu strasznego (Therion "Deggial") i tylko się cieszyć, że kawałki z nich nie znalazły się na oryginalnych wydawnictwach (odpowiednio - "Images and Words" i "Vovin").

Jeśli Zabójca jest na płycie, czasem występuje w pojedynkę, a czasem jest ich więcej (na "The Miracle" Queen jest ich co najmniej trzech). Jeśli jednak jest ich więcej niż połowa, trudno tu mówić o Zabójcach - mamy do czynienia po prostu ze Złą Płytą (Queen "Jazz" - oni generalnie mieli do nich pecha), którą należy omijać szerokim łukiem.

Może ktoś z Was natknął się kiedyś na jakiegoś Zabójcę Albumów?

17 lipca 2009

Terminator In Love

Byłem na "Ocaleniu". Czwarty ten film o Terminatorach i wojnie ludzi z maszynami odróżnia się od poprzednich dość poważnie, nie tylko brakiem Arnolda Schwarzeneggera, który wybrał karierę jako inny "*nator" i więcej się (przynajmniej osobiście) w filmach z tej serii raczej nie pojawi. Chociaż w sumie, czemu nie? W sumie co mieszkańcy Kaliforni mieliby mieć przeciwko temu, żeby ich gubernator od czasu do czasu pojawił się jeszcze na ekranie?

No, ale wróćmy do filmu. Czego w nim nie ma, poza Arniem? Nie ma podróży w czasie - akcja po raz pierwszy nie dzieje się "współcześnie" w stosunku do daty wyprodukowania filmu, a zamiast tego - "współcześnie" w stosunku do samej wojny z maszynami. Widzimy ją wreszcie w całej okazałości, a nie tylko jako sceny ekspozycji. Mamy więc rok 2018, niedobitki ludzkości zorganizowane są w grupy ruchu oporu, rozsiane po całej planecie i kierowane przez scentralizowane dowództwo w podwodnej, mobilnej kwaterze głównej. John Connor nie jest bynajmniej wysoko postawionym generałem - ot, zwykłym, może trochę bardziej uzdolnionym dowódcą oddziału - ale wśród przetrwałych, którzy widzieli go na własne oczy albo słyszeli jego nadawane na cały świat komunikaty, ma status prawie że mesjasza. Cały ten obraz nasuwa skojarzenia z drugim i trzecim Matriksem, gdzie podobnie ludzkość Syjonu reagowała na Neo. Tyle tylko, że tutaj jest to fajniej oddane - Bale bardziej przekonuje, niż Reeves, także na poziome chemii między nim a zjawiskową Bryce Dallas Howard, w porównaniu do Romantycznego Guza (zwanego także Historią Miłosną W Stylu George'a Lucasa) między Neo a Trinity.

Pojawiają się też nowe elementy: spotykamy nowy typ Terminatora, który jest krzyżówką człowieka z maszyną - w znacznie większym stopniu, niż T-800 (czyli Arnold z części 1-3), który był tylko maszyną przyobleczoną w ludzką tkankę. Nowy Terminator ma ludzkie trzewia, ludzki mózg i ludzkie serce (nie tylko w znaczeniu mięśnia pompującego krew), wspomożone tylko mechanicznym szkieletem i kończynami. Dodaje to do historii wątek bardzo dickowski ("co jest ludzkie? co odróżnia człowieka od maszyny? czy jestem człowiekiem, czy tylko mnie zaprogramowano, żebym myślał, że nim jestem?"), co ja osobiście w dziełach S-F uwielbiam (niedoścignionym wzorem w tej dziedzinie jest "Impostor").

Na koniec mamy też elementy znane i lubiane: "I'll Be Back", głos Lindy Hamilton na taśmach, które zostawiła w spadku synowi, wizualne wizytówki serii: mechaniczne stopy zgniatające ludzkie czaszki, no i wszechobecne gasnące czerwone ślepia... Dla uważnych mamy nawet product placement - dosłownie wybuchłem śmiechem, gdy na zbliżeniu wyraźnie dostrzegłem, że urządzenie, z którego korzystał Connor, miało markę Sony Vaio - tak, jakby po piętnastu latach wyniszczającej wojny marki miały jeszcze jakieś znaczenie... Mniej widoczne jest logo firmy ABB - kolega ze studiów, który tam pracuje, opowiadał, że maszyny, zaprojektowane i zaprogramowane przez ich firmę, będą grały w "Ocaleniu", i faktycznie, można dostrzec logo ABB na ramionach, składających terminatory w fabryce.

"Ocalenie" zawiera w sobie najlepsze elementy serii - z pierwszego "Terminatora" powrócił przerażający motyw walki zmęczonych i delikatnych ludzi ze stalowymi, potężnymi i niezmordowanymi maszynami, które nie śpią, nie jedzą, nie odpoczywają, tylko cały czas dążą do zniszczenia ludzkości. Z "Dnia Sądu" czwarta odsłona pożycza i rozwija wątek ludzkich uczuć u Terminatorów - z tym, że tutaj są one naprawdę ludzkie, nawet z jakimś zalążkiem miłości (stąd tytuł notki). Z finału "Buntu Maszyn" do "Ocalenia" przedostało się poczucie (wbrew tytułowi) beznadziei. Jest to film bardzo dobry, żegnający się z dawną formą serii, a w zamian oferujący nowe do niej podejście, wreszcie - obiecujący bardzo wiele w ciągu dalszym, który - nie wątpię, a i mam wielką nadzieję że - nastąpi.

16 lipca 2009

Przyczajone Tygrysy

W dziełach fabularnych – filmach, książkach, serialach itp. – w których występuje wielu bohaterów, czasem można spośród nich wyróżnić pięcioosobowy podzbiór, pasujący do archetypu Bohaterskiego Kwintetu (Five Man Band). Postacie te stanowią zespół, wzajemnie się uzupełniają, a każdy z nich pełni w owej grupie konkretną rolę. W skład takiej grupy wchodzą: Bohater (The Hero), Skrzydłowy (The Lancer), Mądrala (The Smart Guy), Twardziel (The Big Guy) oraz Laska (The Chick). Na tvtropes.org znajduje się dokładny opis tego archetypu wraz z setkami przykładów np. w serialach czy literaturze.

Piszę o tym, bo ostatnio zauważyłem, że w muzyce popularnej jest podobnie - istnieją płyty, na których utworom można przypisać różne role, jakie pełnią na albumach. Na każdej z nich występuje – jak ja to nazywam – Hicior, Ballada oraz utwór, który pełni rolę Przyczajonego Tygrysa.

Hicior – wiadomo. Najbardziej chwytliwy utwór na płycie, zwykle pierwszy, który zostaje wydany na singlu, żeby zawojować listy przebojów, zwrócić uwagę na nowe wydawnictwo i zachęcić do oczekiwania na premierę (bo zwykle jest on wydany przed premierą płyty).

Ballada – utwór spokojniejszy, bardziej, powiedzmy, artystyczny, który ma pokazać, że na nowej płycie znajdują się nie tylko hiciory, ale też utwory bardziej kontemplacyjne. Często wydane jako drugi, czasem trzeci singiel. Hiciory i Ballady mają zachęcić ludzi do kupienia płyty i posłuchania jej w całości. I dopiero wtedy można trafić na trzeci typ utworu – Przyczajonego Tygrysa.

Przyczajone Tygrysy nigdy nie są wydawane na singlach, można je znaleźć słuchając albumu w całości. Są one przyczajone także dlatego, że nie zwraca się na nie z początku uwagi – po zakupie płyty, do której zachęciły nas zasłyszane Hiciory i Ballady, zwykle przez dłuższy czas tylko na nie jeszcze zwracamy uwagę. Potem dopiero dostrzegamy pozostałe utwory na płycie, ale i wtedy Przyczajone Tygrysy jeszcze się na nas nie rzucają.

Zauważamy je dopiero po jakimś czasie, gdy już ochłoniemy z zachwytu nad znanymi z radia utworami. W pewnym momencie, za którymś przesłuchaniem, nagle uderza nas, jak dany utwór jest... genialny. Wtedy właśnie Przyczajony Tygrys atakuje nas z całym swoją doskonałością i swoją perfekcją. Przyczajone Tygrysy potrzebują osłuchania, bo – jak wszystkie rzeczy prawdziwie genialne – nie są łatwo przyswajalne i wymagają czasu, ale gdy już się je zauważy, dostrzega się też, że zwykle właśnie one są na danej płycie najważniejsze, niosą najistotniejsze przesłanie i właściwie o nie tutaj głównie chodzi.

Kilka przykładów:

Mars Volta "De-loused in the Comatorium" (2003)
Hicior: "Inertiatic ESP"
Ballada: "Televators"
Przyczajony Tygrys: "Eriatarka" – sztandarowy przykład, pierwszy, jaki mi zawsze przychodzi do głowy, gdy myślę o Przyczajonych Tygrysach. Utwór doskonały, i nie jest to tylko moja odosobniona opinia – "Eriatarka" jest najczęściej wymieniana przez fanów pierwszej płyty Mars Volty jako ich ulubiona piosenka. Ma doskonałą konstrukcję – idealnie odzwierciedla paradygmat budowy scenariusza filmowego: ekspozycja, pierwszy punkt zwrotny, konfrontacja, drugi punkt zwrotny i finał.

U2 "Pop" (1997)
Hicior: "Discotheque"
Ballada: "Staring at the Sun", "Please", "If God Will Send His Angels"
Przyczajone Tygrysy: "Gone" i "Playboy's Mansion" – treściowo i przesłaniowo najważniejsze utwory na płycie – podsumowanie nie tylko tego albumu, ale całej trylogii płyt "Achtung Baby", "Zooropa" i "Pop".

Genesis "Calling All Stations" (1997)
Hicior: "Congo"
Ballada: "Not About Us"
Przyczajone Tygrysy: "The Dividing Line", "Small Talk"... generalnie cała druga strona.

Coheed and Cambria "No World For Tomorrow" (2007)
Hicior: "Running Free"
Ballada: "Mother Superior"
Przyczajony Tygrys: "Radio Bye Bye"

Zapraszam do wyszukiwania i dzielenia się innymi odkrytymi Przyczajonymi Tygrysami :)


14 lipca 2009

Gorąco i leniwie, czyli jak było na Krecie

Gorąco i leniwie. Tak właśnie, w skrócie, było ;)

Jakoś tak wyszło, że nie chciało nam się nic zwiedzać (a jest na Krecie co zwiedzać - ruiny pałacu w Knossos, Heraklion, plaża Vai...), zwłaszcza, że wycieczki organizowane przez hotel były potwornie drogie, autobusów jakoś nie mogliśmy rozczaić, a ja nie miałem prawa jazdy, żeby wynająć samochód. Wobec czego już wiemy, że na Kretę kiedyś wrócimy, żeby już porządnie ją zwiedzić. A ten tydzień spędziliśmy na słodkim nieróbstwie, postanowiliśmy się bowiem smażyć na plaży, pływać z morzu, pić drinki z palemką i malować paznokcie...

Mieszkaliśmy w przyjemnym hotelu, podzielonym na dwa budynki, z malutkim basenem o potwornie chlorowanej i zbyt ciepłej wodzie, oraz z pszynymi i obfitymi śniadaniami i obiadokolacjami (bardzo dobrze, że nie mieliśmy all inclusive, bo ci smutni ludzie, którzy mieli, spędzali nad tą sadzawką całe dnie, sącząc piwo i kolę ile wlezie, nie ruszając się nawet tych 70 metrów, które dzieliły nasz od plaży...). Poznaliśmy bardzo miłe polskie małżeństwo (a - jak już pisałęm - Polaków było w Hersonissos odświeżająco mało) oraz dwie barmanki z Estonii, które pracowały w naszej ulubionej przyplażowej knajpce.

Generalnie wyjazd udał nam się znakomicie. Trafiliśmy w świetny moment pod względem klimatycznym - sezon turystyczny wystartował dokładnie w środku naszego pobytu (ceny wzrosły dosłownie z dnia na dzień), a temperatura rosła z każdym dniem - ostatniego było już prawie nie do wytrzymania. Teraz musi tam być piekło, a my ustaliliśmy, że następnym razem musimy ruszyć jeszcze wcześniej.

Wieczorami, po gigantycznych kolacjach, szliśmy na spacer turystyczną i wypełnioną knajpami promenadą tylko na drinki, bo na jedzenie zupełnie nie mieliśmy ochoty. Knajpy dosłowne prześcigały się w promocjach, happy hours i zagagnianiu przechodniów do środka, więc można było popróbować ciekawych napitków.
Mojito, na które trafiliśmy, było okropne, ale za to zakochałem się w Seksie na Plaży (wódka, sok pomarańczowy i grenadyna), który piliśmy w irlandzkim barze Shenanigans, pstrykając fotki świateł miasta, odbijających się w morzu...

Niczego nie żałujemy. Ani lenistwa, ani ominięcia kreteńskich zabytków i cudów natury, ani nawet nie spróbowania czysto greckiej kuchni albo alkoholu. Jedyne, czego może żałuję, to że ani razu nie popływałem w morzu nocą... ale to się jeszcze poprawi, gdy wrócimy tu znów.

Może za rok?

PS. Niedługo zdjęcia na picasie. Stay tuned!

13 lipca 2009

Złapany w zakładki

http://xkcd.com/609/

- to o mnie.

PS. A jeśli nie wierzycie, sami sprawdźcie: http://tvtropes.org