To jest tak, że

czyli: The way I see it.

17 październik 2009

Szabelka

Od półtora miesiąca pracuję sobie w Sabre i wszyscy pytają mnie, jak tam jest. Oto więc, jak jest:

Jest inaczej. Pod każdym możliwym względem. Zupełnie, diametralnie inaczej, niż było w JCo.

  • Inne są warunki pracy – zamiast pokoików mamy open space. Nie jest tak źle – nie mamy boksów rodem z Dilberta, tylko biurka pogrupowane czwórkami. Koło mnie siedzi mój buddy – kolega, który jest ze mną w projekcie i wprowadza mnie w tajniki pracy w nim i w samym Sabre – i drugi kolega, który jest moim lokalnym... no, nie managerem, raczej kimś, kto przyklepuje moje urlopy i inne takie.
  • Bo generalnie jest to korporacja, a nie mała firma, i to się czuje – są procedury, jest inercja, jest łańcuch odpowiedzialności i takie tam. Na razie nie czuję, żeby mi to w jakikolwiek sposób przeszkadzało, ani nie czuję się od tego głupszy czy ubezwłasnowolniony. Wręcz przeciwnie – po tygodniu pracy udało mi się namówić managera, żeby mnie puścił na konferencję JDD (wczoraj byłem), a po miesiącu pracy dostałem urlop na koniec Października (jadę do Malmo!!! :)
  • Projekt jest superciekawy – rozwijająca się od ponad 10 lat aplikacja, właściwie całe środowisko developerskie dla różnych, związanych z podróżami klientów. Aplikacja desktopowa, bardzo wielowarstwowa – jest warstwa prezentacji w Swingu, którego uwielbiam (tak, napiszę to jeszcze raz, dla niedowiarków: UWIELBIAM SWINGA), jest warstwa logiki, są połączenia przez RMI, są interfejsy do porozumiewania się z różnymi nietypowymi urządzeniami, jakie można spotkać na lotniskach czy w biurach podróży... no, po prostu żyć nie umierać!
  • Jako, że jest to aplikacja desktopowa, żegnaj, J2EE! Było fajnie, ale jednak niezmiernie się cieszę, że wreszcie jestem w środowisku, w którym WIEM, CO SIĘ DZIEJE. Jadę sobie po kodzie debuggerem, linijka po linijce, metoda po metodzie, i zawsze wiem, gdzie jestem! Żadnych pieprzonych interceptorów, żadnego zgadywania, gdzie postawić kolejny breakpoint... Flow aplikacji jest wreszcie sensowny, przejrzysty i zrozumiały. Bardzo, bardzo mi tego w J2EE brakowało.
  • Zupełnie inne są narzędzia pracy, dzięki czemu poznaję nowe: zamiast Eclipse – IntelliJ Idea, zamiast SVNa – ClearCase, zamiast Mavena – Ant, zamiast Jiry – Version One, zamiast MS Projecta – Primavera...
  • Sam kod jest bardzo różny – jako, że aplikacja rozwija się od czasów Javy 1.2, nie napotkałem jeszcze w ponad 3000 klas ani pół enuma czy adnotacji... Brakuje mi ich trochę, no, ale taka specyfika. Dobrze, że generiki są ;)
  • No i wreszcie – inna metodologia. Po pierwsze – Test Driven Development, wreszcie. Przy szaleńczym tempie pracy w JCo żywcem nie było czasu na unit testy, testy funkcjonalne ani nic z tych rzeczy. Tutaj każda linijka kodu musi być przetestowana. Zaczyna mi to wchodzić w krew do tego stopnia, że znalazłem lukę w instrukcji korzystania z naszej sabrowskiej kuchni (jeden nieobsłużony przypadek testowy). Po drugie – AGILE, czyli iteracje, scrumy, a przede wszystkim code review, na co też w JCo niestety nie było czasu. I dzięki temu mogę się bardzo wiele o dobrych praktykach kodowania nauczyć.
  • Na koniec – płaca. Ale o tym nie będę mówił, bo dżentelmeni o tym nie rozmawiają ;) Blaze mnie spytał: "Nie żałujesz, że się przeniosłeś?" Popatrzyliśmy na siebie, a potem wybuchnęliśmy śmiechem...

Specyfika pracy w międzynarodowej korporacji przejawia się też tym, że z mojego projektu tylko 2-3 osoby są w Polsce (w tym ja). Reszta siedzi w Stanach, co się przekłada na to, że stand-up meetingi odbywają się przez telefon o godzinie 16 (w Stanach jest 9 rano), więc nie mam co marzyć o wychodzeniu do domu np. o 16:30, jak planowałem. Ale za to z tygodnia na tydzień coraz lepiej w projekcie się czuję, coraz lepiej się odnajduję i coraz więcej robię – w tym tygodniu miałem dwa dwugodzinne telefoniczne meetingi w których już nie tylko słuchałem, ale które prawie że prowadziłem, przedstawiając wyniki rozpoznań, testów, prób i tzw. spike'ów, a potem uczestniczyłem w dyskusji co z tymi wynikami zrobić. Miło było też usłyszeć słowa uznania od architekta projektu.

Naprawdę się tam odnajduję :)

A z JCo najbardziej brakuje mi chyba tylko ludzi, z którymi na szczęście kontakt trwa (w zeszłym tygodniu byliśmy w knajpie i świetnie się bawiliśmy, dzisiaj – dwie koleżanki maja parapetówkę). Ale coraz więcej z nich widuję już na korytarzach w Sabre, i wygląda na to, że ta tendencja się utrzyma ;)

30 wrzesień 2009

To był dobry dzień

Kasia prowadzi bloga. Zaskoczyło mnie to, gdy się dowiedziałem, i rozbawiło – cynicznie/sarkastycznie pomyślałem sobie, że chyba ma za dużo roboty w domu, że aż zabiera się za prokrastynację tego formatu. Po lekturze kilku notek stwierdziłem jednak, że to fajne jest, co ona robi. Że w każdej notce na zakończenie dnia potrafi zawrzeć w niej wyciągnięte z doświadczeń tegoż dnia rzeczy pozytywne. Tyle mamy blogów, w których ludzie na wszystko narzekają (nie będę wskazywał palcem ;), wyrażają swoje niezadowolenie albo psioczą na wszystko, co się rusza (twierdząc jednocześnie, że wszystko się totalnie zlewa) – nie ukrywam, sam nie jestem bez winy i zdarza mi się nabluzgać na tych czy owych – że taki promyk nadziei, uśmiechu i czystej pogody ducha w blogosferze jest czymś wartym uwagi i docenienia.

Muszę też powiedzieć, że Kasi zazdroszczę. Najbardziej – determinacji. Nie w tym, żeby w problemach codzienności doszukiwać się pozytywów, bo wiem, że nie jest to wcale takie trudne – sam wyznaję filozofię Korbena Dallasa z "Piątego Elementu", że w każdej, nawet najgorszej sytuacji można doszukać się czegoś dobrego. Determinacji w tym, żeby codziennie wieczorem o tym napisać, oraz – co stanowi mój bardzo poważny problem – w owym pisaniu nie zagubić się w meandrach grafomanii, pisząc notki rozwlekłe, pompatyczne i zwyczajnie nudne.

Dlatego dzisiaj postanowiłem spróbować:

  1. Zjadłem najlepszy chyba obiad, jaki kiedykolwiek zabrałem do pracy – boef-strogonow (czy jak to się pisze), przyrządzony przez mamę Ani, nikt nie potrafi przyrządzić wołowiny tak, jak ona. Kawał szczęściarza ze mnie :)
  2. Kupiłem nowy "Film", który nie dość, że zawiera kilka bardzo ciekawie zapowiadających się artykułów (o mokumentach, o Google'u, o pop-pocieszaniu – na kanwie ekranizacji Coelho z Sarą Michelle Gellar, która wchodzi do kin za tydzień – oraz o tajemnicach polskiego rynku dystrybutorskiego), to jeszcze można go kupić w wersji z filmem, którym jest nic innego, jak arcydzieło Wellesa, "Obywatel Kane";
  3. Zamknąłem dwie story w pracy;
  4. Dostałem urlop na koniec października i kupiłem bilety do Malmo, do którego wtedy lecę;
  5. Dzisiejsze spotkanie Toastmasters bardzo się udało - mieliśmy jednego gościa, który wyszedł zadowolony i obiecał, że się pojawi za tydzień, Mikołaj przygotował kapitalne pytania, a temat speecha Magdy idealnie się zgrał z tematem spotkania;
  6. Czekają mnie jeszcze w październiku – poza wyjazdem do Szwecji – dwa, a może nawet trzy koncerty (Archive, Raz, Dwa, Trzy i, jeśli się uda, Lubelska Federacja Bardów w Tyńcu) oraz – mam nadzieję – spektakl "Skrzypek na Dachu".

Tak, to stanowczo był dobry dzień :)

25 wrzesień 2009

Galerianki

Byliśmy dziś z Anią na "Galeriankach". Prosto z kina udaliśmy się (rzecz jasna) do Galerii Krakowskiej i jakoś obydwoje nie mogliśmy się powstrzymać za wyglądaniem wystrzałowo ubranych, wulgarnych gimnazjalistek. Co mijaliśmy jakąś supermodną laskę, zastanawialiśmy się, czy ona przypadkiem się za te ciuchy nie puściła...

To robi z ludźmi film Katarzyny Rosłaniec. Usłyszałem o nim jakiś miesiąc temu. Zobaczyłem trailer, potem obejrzałem etiudę filmową pani Rosłaniec pod tym samym tytułem, półgodzinną, nakręconą jako praca dyplomowa na zakończenie Warszawskiej Szkoły Filmowej (jest dostępna za darmo choćby na Youtube). Wiedziałem wtedy, że na film pójdę do kina, jak tylko się pojawi.

Film kinowy stanowi raz że adaptację etiudy na coś o większej precyzji wykonania i większym budżecie, przeznaczonym na większy ekran, a dwa, że rozwinięcie i domknięcie wątków. Etiuda była jakby ekspozycją i pierwszym punktem zwrotnym – opisem, jak bohaterka wchodzi w ten świat. Pełen metraż dawał nadzieję na pokazanie, że można z niego wyjść. Z taką myślą poszedłem do kina i właściwie nie zawiodłem się.

Podczas seansu w pewnym momencie poczułem, że o, w tym momencie ten film mógłby się skończyć i ja byłbym usatysfakcjonowany. Ale się nie skończył, szedł dalej, a ja byłem zaniepokojony, że zaraz coś schrzanią. Nie schrzanili, przyszedł kolejny punkt, w którym myślałem, że to już koniec... ale nie, film szedł dalej. Ciągle bałem się, że kolejne przeciągnięcie tego filmu przyniesie jakieś potężne rozczarowanie, ale na szczęście tak się nie stało – jeden z tych punktów, które się nadawały na zakończenie historii, faktycznie się nim okazały.

Pani Rosłaniec nakręciła film bardzo aktualny i bardzo potrzebny. Temat gimnazjalistek, sprzedających się za nowy ciuch albo komórkę ("Tylko se nie myśl, że ja jestem taka, co za seks biorę sto złotych, bo taki facet wydaje na mnie nawet dwieście, trzysta", mówi jedna z bohaterek, co jest ekwiwalentem powiedzenia, że nie jest jakąś tam tanią dziwką, tylko jest dziwką trochę droższą*), jest żywy i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej, a ludzie zniesmaczeni wulgarnością filmu niech sobie wyobrażą, że w rzeczywistości jest jeszcze gorzej, niż to zostało ukazane – bo jest, jestem o tym więcej niż przekonany.

Ale przy okazji pani Rosłaniec nakręciła film bardzo autentyczny. Bałem się trochę, że film będzie jechał sztucznością na kilometr, ale gra nastoletnich aktorek i aktorów jest doprawdy na niewyobrażalnym (szczególnie w Polsce) poziomie. Dialogi – choć siedzące za nami w kinie dziewczyny (niewiele chyba od bohaterek filmu starsze) twierdziły, że "nikt tak nie mówi" – brzmiały bardzo naturalistycznie i, jak to określiła Ania, "tchnęły Masłowską". To prawda, niedługo po lekturze filmowej "Wojny Polsko-Ruskiej" podobieństwo rzuca się w oczy (a raczej uszy), ale ja myślę, że to nie tyle Rosłaniec brała z Masłowskiej, co obydwie panie brały z codzienności.

Autentyczna była w filmie szkoła, autentyczne były relacje rodzinne, autentyczny był chłopak zakochany w głównej bohaterce, cudownie odżywczy był prawie całkowity brak największej chyba zmory polskiego kina komercyjnego ostatnich lat, jaką jest product placement (dostrzegłem go tylko w jednej scenie, i to bardzo się wysilając). Nawet, wbrew wszelkim oczekiwaniom po nowym polskim filmie z nastolatkami w jako bohaterami, wątek – z braku lepszego słowa – lesbijski był bardzo autentyczny i ani trochę nie czułem w nim sztuczności.

"Zachwycony" to złe słowo, bo film jednak jest naturalistyczny, prawie paradokumentalny, i generalnie dość ciężki w tematyce i sposobie jej ukazania. Ale nie wyobrażam sobie, co by w nim można było ulepszyć. Pani Rosłaniec zadebiutowała na niespotykanym poziomie, wspaniale rokuje na przyszłość (czytałem z nią kilka wywiadów i podoba mi się jej artystyczna może nie dojrzałość, co właśnie świadomość niedojrzałości, dzięki czemu możemy mieć gwarancję, że póki nie będzie gotowa, będzie kręciła dobre filmy o rzeczach jej znanych, a nie rzucała się z motyką na słońce w postaci jakiegoś za dużego dla niej jeszcze tematu). Bardzo, bardzo jej gratuluję, bardzo za "Galerianki" i nadzieję z nimi związaną (zarówno dla polskiego kina, jak i dla samych galerianek) dziękuję i bardzo trzymam kciuki.

A film bardzo polecam.


* w Bristolu na murze znalazłem jedną genialną sentencję: "In a rat race you're always a rat. Even when you win the race, you're still a rat."

31 sierpień 2009

Zmiany (część druga) – Sabre, here I come!

Jutro wielki dzień nie tylko dlatego, że mamy 60. 70. rocznicę wybuchu II Wojny Światowej, ale też dlatego, że obydwoje z Anią wyruszamy na nasze własne, może nie wojny, ale zmagania z przyszłością. Ania zaczyna rok szkolny już jako pełnoetatowa nauczycielka (a nawet ponadetatowa), na szczęście jednak nie ma wychowawstwa. Ja natomiast jutro zaczynam pracę w nowej firmie.

Około miesiąc temu odezwała się do mnie miła pani z Modisa, która postanowiła mnie zarekrutować do Sabre Polska. Proces rekrutacji był długi, żmudny i stresujący – składał się z kilku rozmów telefonicznych, częściowo behawioralnych, ale bardziej technicznych, częściowo też po angielsku. Potem był trzygodzinny test przez sieć (musiałem się zwolnić z pracy, żeby go w spokoju napisać, a i tak Mahomet – nasz PM – zadzwonił do mnie dwa razy ;), następnie dwie godzinne rozmowy na miejscu, a wreszcie godzinna rozmowa telefoniczna z menedżerką projektu, która dzwoniła ze Stanów. Ten ostatni etap, wbrew pozorom, był najprzyjemniejszy z całego procesu – gadało nam się wprost wyśmienicie.

Wreszcie otrzymałem informację o pozytywnym zakończeniu procesu rekrutacji i ofertę pracy jako Java Developer w ciekawie zapowiadającym się projekcie, ale stresom nie było końca – nie dość, że musiałem złożyć pierwsze w życiu i poprawne wypowiedzenie, to jeszcze czekało mnie podpisanie pierwszej w życiu umowy o pracę (dotychczas pracowałem na umowie zleceniu zlecenie – swoją drogą, jak się to pisze i jak się to odmienia?) A z taką umową wiąże się sterta papierów do wydrukowania, wypełnienia, podpisania, i sterta dokumentów do okazania. Byłem przerażony, że po całym tym procesie rekrutacji jakaś durna, głupia, mała sprawa mi zablokuje upragnioną robotę w Sabre – i to już po złożeniu wypowiedzenia. Na przykład fakt, że ze dwa czy trzy lata temu posiałem gdzieś książeczkę wojskową...

Na szczęście jednak wszystkie moje stresy okazały się bezpodstawne (tutaj ukłon i podziękowania dla Lil, która mnie uspokoiła), badania lekarskie szybkie i bezbolesne, a podpisanie umowy przebiegło jak z płatka.

I tak, po tygodniowym odpoczynku na Mazurach, jutro zaczynam nowy etap w swoim życiu – pracę w Wielkiej Korporacji. Będzie to wielka różnica w stosunku do pracy w Małej Firmie, jaką było JCommerce – inne procedury, cała ta inercja, zupełnie inne środowisko... Już miałem ze dwa koszmary senne na temat mojego pierwszego dnia w Sabre. Tak czy inaczej – będzie to doświadczenie, a te zawsze są cenne. A pierwszych dni nie mam się co martwić, bo wszystko zaczyna się od szkoleń i zapoznania ze środowiskiem pracy. Nie mniej jednak trzymajcie za mnie kciuki.

21 sierpień 2009

Zmiany (część pierwsza)

Krótko, bo za pół godziny wyruszam na upragnione żagle...

Od prawie dwóch tygodni mieszkam w nowym miejscu :) Jako, że mój (teraz już były) współlokator, Krzysiek, postanowił opuścić zacne towarzystwo kawalerów i zaplanował ślub na te wakacje, musiałem zacząć szukać nowego lokum, gdyż moje miejsce miało przypaść w udziale Pannie Młodej i/lub jej siostrze. Pierwotnie miało to być już w lipcu, ale szczęśliwie przesunęło się na wrzesień, więc miałem jeszcze kilka tygodni w zapasie na szukanie czegoś nowego.

Postanowiliśmy z Moją Lepszą Połówką poszukać już czegoś dla nas. Czyli – nie pokoju, a osobnego mieszkania, w którym sobie zamieszkamy nareszcie razem. Nie trwało to długo – drugie bodaj miejsce, które obejrzeliśmy, już nam się tak spodobało, że je wybraliśmy. Jest to mieszkanie w sam raz – 40 metrów, dwa pokoje (dzienny i sypialnia) oraz kuchnia, świeżo zrobiona przez właścicieli. Bardzo przyjemna też łazienka, z przestronnym, stanowczo dwuosobowym prysznicem :)

Jako, że Ania wyruszyła na wojaże ze swoim Tatą i dwa tygodnie spędza wśród ludożerców na Andamanach oraz w kontynentalnych Indiach, na mnie spadła techniczna strona urządzania mieszkania, czyli – zakup, transport, złożenie i ustawienie mebli, a także opracowanie infrastruktury elektroniczno-komputerowo-sieciowej. Na szczęście wszystko dało się bardzo szybko i sprawnie załatwić, z wielką pomocą Konrada i mojego ojca, który przy okazji nauczył mnie podstaw elektryki oświetleniowo-kontaktowej oraz w prezencie urodzinowym sprawił mi piękny komplet profesjonalnych narzędzi.

Tak więc krok po kroku, mebel po meblu, dziura w ścianie po dziurze w ścianie i kabel po kablu, mieszkanie jest od strony funkcjonalnej gotowe na przyjęcie Ani, która wkroczy i pełną parą zabierze się za nie od strony estetycznej. I wtedy, gdy już dotknie go swoją kobiecą ręką, przyjdzie czas na zapraszanie gości :) Bo atutów mamy parę – przede wszystkim, wielka biała ściana i projektor naprzeciwko, z którego będziemy mogli wreszcie wyświetlać filmy na długo wyczekiwanych wieczorkach filmowych.

Tak więc, drodzy przyszli goście – we wrześniu wyczekujcie otwarcia eXowego Sezonu Filmowego :)

A teraz zmykam na Mazury...

O kolejnych zmianach – w następnych odcinkach.

17 sierpień 2009

Under the red and white sky...

Z jakiegoś powodu najtrudniej mi na tym blogu pisać o sprawach największych – jakichś wielkich wydarzeniach z mojego życia, czy jakichś poważnych przemyśleniach. Nie wiem, czemu tak jest – może gdzieś w głębi boję się, że w swojej grafomanii przy przelewaniu ich na słowa te wydarzenia spłaszczę, przemyślenia wypaczę i nie oddam w pełni tego wszystkiego, co się we mnie kotłuje.

Postaram się jednak z tym powalczyć, bo ostatnio dzieje się wiele, i dziać się będzie. Zacznę jednak od wydarzeń mniejszych, co by nabrać wprawy.

***

Wydarzenie pierwsze, o którym chciałbym napisać, samo w sobie jest dosyć wielkie (uczestniczyło w nim, z tego, co słyszałem, około 80 tysięcy osób), ale w porównaniu z pozostałymi – naprawdę miałkie.

Byłem więc na U2 w Chorzowie.

(tu mała przerwa, bo chłopcy z pracy zorientowali się, że zamiast coś robić ja klepię notkę, więc muszę trochę poudawać ;)

W ramach przygotowań do koncertu – o czym pisałem – postanowiłem zapoznać się z wcześniejszą twórczością zespołu i o nareszcie odkrytych i zachwycających wczesnych płytach. Przed samym wyjazdem postanowiłem jeszcze dać jedną, ostatnią szansę dwóm dziełom sprzed "No Line..." a po niedoścignionym po wsze czasy "POPie".

I tak po raz kolejny po "All That You Can't Leave Behind" nie zostało mi w głowie NIC interesującego. Ta płyta jest po prostu słaba, zła i kiepska. Bardziej nawet niż "Joshua Tree", gdzie jednak są porywające kawałki (ach, "Bullet the Blue Sky"...) – "All That You Can't..." nie ma NIC do zaoferowania. Kiedyś podobało mi się "Elevation", "Beautiful Day" porwało mnie tylko w połączeniu z teledyskiem, "Walk On" jest fajnie przez pierwszych 30 sekund wersji albumowej, i tyle – reszta to porażka.

Jednak muszę przyznać, że "How To Dismantle An Atomic Bomb" odkryło przede mną swoje sekrety. Po fatalnie tragicznym, otwierającym "Vertigo", które jest najgorszym łajnem, jakie U2 kiedykolwiek popełniło, już od drugiego kawałka, "Miracle Drug" robi się naprawdę fajnie, i tak zostaje do końca. Płyta pełna jest zapadających w ucho kawałków – jest ładne, singlowe "City of Blinding Lights", jest utrzymane w najlepszej tradycji irlandzkiego kwartetu "Crumbs From Your Table", ale przede wszystkim zakochałem się w Przyczajonym Tygrysie tej płyty, jakim jest skromny, bardzo w stylu Madrugady utrzymany kawałek "A Man and a Woman", który jak się w mojej głowie rozpanoszył, tak nie może jej za Chiny opuścić (co widać po moich statusach na gTalku czy Skypie ;):

Wiedząc, że na chorzowskim koncercie pełno będzie – prócz, rzecz jasna, pewniaków w postaci największych hitów zespołu – utworów z tych dwóch płyt oraz, co smutne, NIC z "Popa", jechałem na koncert w miarę przygotowany repertuarowo, choć nie oczekiwałem zachwytu.

***

Po koncercie jednak byłem zachwycony. Uczestniczenie w takim wydarzeniu z 80 tysiącami fanów (a musieli to być fani zaprzysięgli, bo ceny za bilety były zaporowe – 450 zł za miejsce na widowni) jest przeżyciem, które na zawsze zostanie mi w pamięci. Było pełno magicznych momentów:

  • była, rzecz jasna, gigantyczna polska flaga podczas wykonywania "New Year's Day", tym bardziej widowiskowa, że widownia była obsadzona w całości, dookoła sceny, więc z każdego punktu było ją widać;
  • Edge miał urodziny akurat w dniu koncertu, więc na scenie zespół napił się szampana, a 80 tysięcy gardeł zaśpiewało mu "Sto Lat";
  • Bardzo piękna była wizualizacja przy piosence "Walk On";
  • Wreszcie – najbardziej magiczny moment: ostatnia piosenka przed bisami, "One", Bono z gitarą akustyczną na scenie prosi, by zgaszono wszystkie światła z infrastruktury koncertowej (scena, wszelkie konstrukcje, lampy stadionowe), a wszyscy, którzy mają komórki, żeby je wyciągnęli i nimi świecili. I tak powstała ogromna konstelacja tysięcy światełek... wyglądało to absolutnie niesamowicie, znowu z powodu tego, że trybuny były obsadzone w całości, dookoła sceny.

Nie miałem aparatu, ale tysiące innych miało, więc w sieci jest pewnie pełno zdjęć. Mogłem dzięki temu bez krępacji chłonąć koncert i dobrze się bawić, i nawet "Vertigo" i trzy identyczne kawałki z "Joshua Tree" mi się na nim podobały. Chłopcy z U2 dali nam kawał solidnej muzyki i solidnej zabawy.

***

Ale zachwyt jakoś długo się nie utrzymał. Już następnego dnia stwierdziłem, że w sumie nie było wcale jakoś przełomowo. Owszem, nie żałuję kasy wydanej na ten koncert, nie żałuję, że tam pojechałem i tam byłem, ale też nie był to na pewno najlepszy koncert w moim życiu. Nie był nawet w pierwszej piątce. A na następny koncert U2 w Polsce wcale nie wiem, czy pojadę... Słowem – U2 mam odhaczone. Byłem, widziałem, słyszałem, bawiłem się świetnie, ale nie wiem, czy to powtórzę. No, chyba, że następna płyta mnie powali na kolana.

Bo zdecydowałem się na ten koncert głównie dlatego, że nowa płyta mi się spodobała. Jest naprawdę dobra, nie ma na niej słabych momentów, a jest kilka rewelacyjnych. Czuję jednak – i nie ja jeden, podobne opinie słyszałem od znajomych i nieznajomych w sieci – że U2 się skończyli. Nie mam im tego za złe, grają już ok. 30 lat i co mieli do dania muzyce, to już dali. Pierwsze trzy płyty były szczytowymi osiągnięciami New Wave i Post-Punka, na następnych trzech U2 literalnie odkrywali Amerykę, a kolejna trylogia z lat 90-tych stanowiła genialne podsumowanie i pastisz muzyki rozrywkowej, z kumulacją na wiekopomnej i niedoścignionej płycie "POP".

Po czym, nagrywając płytę numer 10, "All Taht You Can't Leave Behind", U2 powiedzieli o sobie, że ponownie aplikują na stanowisko najlepszej grupy świata ("reapplying for the job of the best band in the world"). Dla mnie jest to dziwne, że mówią tak po wydaniu najlepszej płyty w historii muzyki rozrywkowej (moim zdaniem), a jeszcze dziwniejsze, że wydają po tym taki koszmarek... A po nim kolejną płytę, niezłą, a następnie ostatnią, dobrą, ale też bez rewelacji. Wniosek jest jeden – po dwóch wielkich, ryzykownych i eksperymentalnych zmianach stylu (1984 i 1991, "Unforgettable Fire" i "Achtung Baby"), które dały muzyce coś zupełnie nowego, w 2000 roku U2 przeszli na komercję, wracając muzycznie do tego okresu ich twórczości, który zyskał im największą sławę i największą rzeszę wyznawców. Dlatego na ostatnich trzech płytach tak dużo jest klonów "Pride" i "With Or Without You" ("Stuck in a moment...", "Miracle Drug", "Moment of Surrender"), kilka typowo radiowych, "chwytliwych" kawałków ("Get On Your Boots" czy to cholerne "Vertigo") i tylko kilka eksperymentów formalnych ("Fez – Being Born" czy "Cedars of Lebanon"), które ratują wizerunek zespołu i dają nadzieję.

Kto wie, może zamiłowanie grupy do zmiany stylu co trzy płyty nie przeminie, i następne ich dzieło będzie znów czymś świeżym i odkrywczym, może Bono, Edge i reszta nas jeszcze czymś zaskoczą, ale osobiście w to nie wierzę. Myślę, że U2 już się skończyli. Nie mówię, że to źle, i nie mam im tego za złe – co zrobili, to zrobili, a zrobili wiele, i zasługują na odpoczynek, sławę i pamięć...

...Ale po prostu nie bardzo wierzę, że na następny koncert będzie po co iść.

***

A, mimo wszystko, nadal wolę koncerty, gdzie czwórka ludzi na moich oczach śpiewa i gra na instrumentach, niż dwudziestka tancerzy, choćby nie wiem, jak pięknych i wysportowanych, tańczy i rusza ustami do playbacku. Nie tego na koncertach szukam.

Tak, to jest pstryczek w nos Madonny ;)

11 sierpień 2009

Czarny Etap

Już dawno miałem to wrzucić...

Ostatni tydzień maja w pracy upłynął nam na ponad sześciedzięciu godzinach pracy - mieliśmy deadline w nocy z niedzieli na poniedziałek i trzeba było skończyć etap, więc pracowaliśmy w poprzednią niedzielę, w tygodniu po 10-12h dziennie, w sobotę (siedziałem 14,5h, wyszedłem po północy) i drugą niedzielę.

Z tego wszystkiego wpadła mi do głowy piosenka na ten temat - na melodię szanty "Czarna Rafa":

Kiedy pracę kończyliśmy,
Była ciemna, głucha noc
Klient musiał dostać wersję
żeby przetestować ją

Ref.:
Hej, do kodu, chłopcy, wraz
Hej tam ster, LSI-DIP
Widmo zwolnień bliskie było
Lecz Mahomet łaskaw był

Lecz na kursie coś się czerni,
sterczą z kodu bugi trzy
Rafał pobladł, gdy to ujrzał,
lecz nie stracił zimnej krwi

Każdy sprężał się jak mógł
i choć Eclipse spływał krwią,
nikt z nas czasu nie żałował,
tylko klepał słuszny kod

Jeszcze tylko kilka chwil,
jeszcze tylko testy trzy,
jak NullPointer nie poleci,
wystawimy wersję w mig

Projekt wrócił na swój kurs,
bugów cień za rufą znikł,
wszyscy chłopcy legli w łóżkach,
ale zasnąć nie mógł nikt.


Dzisiaj grozę tamtych chwil
Czasem widzę w swoim śnie
I dziękuję za to Panu
(i panu, i pani, i Tobie, Kamilu ;)
że wyrobiliśmy się :)