04 maja 2008

JavaFX – WPFie, strzeż się!

Jakiś czas temu dostałem w pracy za zadanie rozeznać się w pewnej nowej technologii, jaką jest JavaFX. Nie, źle zacząłem, mały flashback...

Na jesieni zacząłem uczęszczać na spotkania AGieHowej Grupy .NET z zamiarem poznania tej technologii oraz zabrania się za C#, co by nabrać doświadczenia i mieć atuty przy szukaniu pracy, do którego się przymierzałem. Spotkania te zbiegły się w czasie z wydaniem .NETa w wersji 3.5, który posiadał wszystkie te W_F-y , a przede wszystkim WPF, czyli Windows Presentation Forms.

WPF zostało nam zademonstrowane przez jednego z szefów koła naukowego, prawdziwego entuzjastę tej technologii. Dla tych, co nie wiedzą – WPF wprowadziło zupełnie nowatorskie podejście do budowania graficznych interfejsów użytkownika: zamiast pieczołowitego układania formatek i kontrolek na okienku (jak dotychczas w Visual C++ oraz w NetBeansie) albo karkołomnego i – nie ukrywajmy – upierdliwego korzystania z różnych layoutów w Javie, tutaj opis wyglądu aplikacji sprowadzał się do ujęcia wszystkiego w XMLowym dokumencie z formacie XAML. Dawało to ogromne możliwości – nie było specjalnie ograniczeń co do zawartości kontrolek (elementem menu mógł być obrazek, a na przycisku mógł zostać wyświetlony filmik), ponadto wszystko było renderowane sprzętowo, przez co było naprawdę szybkie, można było zastosować mnóstwo efektów (gradienty, przezroczystości, deformacje), a na koniec – niektóre wartości można było zbindować z innymi, dzięki czemu część funkcjonalności można było zawrzeć w samej warstwie prezentacji, nie ruszając w ogóle prawdziwego, podpiętego pod to wszystko kodu.

A wisienką na szczycie tego tortu, jakim był WPF, była możliwość tworzenia obiektów trójwymiarowych, na których ścianach umieszczać można kontrolki. Bajer bajera bajerem pogania, dosłownie.

No, ale smutna codzienność doprowadziła do tego, że nigdy nic nie napisałem w siszarpie (najbardziej odstraszały mnie tzw. Małe różnice – wyobrażałem sobie, że siadam do napisania najprostszej siszarpowej aplikacji, i wykładam się na pierwszej linijce – bo co mam napisać? Include? Import? Czy jeszcze co innego?) i doszedłem do tego punktu w życiu każdego młodego człowieka, że musi się określić (hetero- czy homo-? Lewica czy prawica? Coca-cola czy pepsi?) i ja też wtedy się właśnie określiłem, wyszedłem z szafy i powiedziałem głośno: JESTEM JAVOWCEM. Potem znalazłem pracę (albo praca znalazła mnie) i tak już zostało.

A teraz nasz klient zapragnął przebudować warstwę prezentacji pewnej dość skomplikowanej aplikacji, którą rozwija (często z pomocą kolegów z naszej firmy) i szukał do tego jakiejś technologii. Generalnie najbardziej zależało mu właśnie na czymś takim, czego dostarcza wspomniany WPF (czyli kontrolki GUI na obiektach 3D), ale koniecznie w Javie. Pobawiłem się więc nieco JOGLem, Javą 3D oraz LWJGL (bodajże) i doszedłem do wniosku, że to jest nie do zrobienia. A wtedy on podrzucił mi – jako zamiennik – właśnie Javę FX. Przechodzę więc do meritum notki.

Java FX jest bardzo nową technologią, wciąż w fazie rozwoju i testowania. Służy ona mniej więcej temu samemu, co WPF, czyli tworzeniu interfejsów graficznych, jednak podejście ma nieco inne. Przede wszystkim do opisu komponentów nie używa żadnej odmiany XMLa, a własnego języka skryptowego JavaFX Script, który z wyglądu przypomina trochę JavęScript. Od strony funkcjonalnej JavaFX polega na wymieszaniu technologii Java2D ze Swingiem – i to w obie strony, co daje możliwości takie same, a może większe, niż WPF (tutaj także wszystko jest komponentem, płótno Javy2D może zawierać kontrolki Swinga, a kontrolki mogą zawierać elementy graficzne). Ponadto możliwa jest nie tylko grafika statyczna, a też dynamiczna (animacje), mnóstwo różnych efektów graficznych (jak w WPFie – deformacje, przezroczystości, gradienty...), rewelacyjne możliwości bindowania wartości oraz – co najważniejsze – możliwość pisania kodu w samym JavaFX Scripcie, dzięki czemu można napisać całą aplikację, nawet dosyć skomplikowaną, bez używania niczego z prawdziwej Javy. Zainteresowanym polecam obejrzenie paru przykładowych aplikacji tutaj: https://openjfx.dev.java.net/downloads.html#demos.

Technologia nadal jest tworzona i daleka jest jeszcze od finalnej wersji. Twórcy zapowiadają jeszcze więcej możliwości – nawet, jak w WPFie, możliwość tworzenia obiektów trójwymiarowych. Już teraz z jej pomocą można tworzyć bardzo ładne aplikacje o szerokich zastosowaniach – technologia nadaje się zarówno do aplikacji desktopowych, jak i appletów, stron internetowych oraz do wykorzystania na urządzenia mobilne. Pozwala wykorzystywać grafikę rastrową z plików, a także generować grafikę wektorową (kapitalną sprawą jest aplikacja do przetwarzania plików w formacie SVG na kod w JavaFX Scripcie – przejrzyjcie sobie wspomniane dema). Działa bardzo sprawnie (choć nie wiem, czy korzysta z renderowania sprzętowego) i wygląda wręcz świetnie – możliwość stworzenia programu z warstwą prezentacji napisaną w Javie FX z podpiętą pod nią logiką biznesową napisaną w Javie powoduje u mnie przyjemny dreszczyk podniecenia ;)

Ja osobiście nie mogę sie doczekać, aż będzie w ogólnym użyciu, bo pisanie w tym to prawdziwa przyjemność. Takiej frajdy nie miałem już dawno.

03 maja 2008

Wieści ze świata filmu – maj 2008

Na podstawie majowego numeru FILMu, a dokładnie – jego pierwszych kilku stron. Poczytam dalej, to pewnie i dopiszę więcej.

Ridley Scott ("Gladiator", "Thelma i Louise", "American Gangster", "Legenda", "Obcy", "Blade Runner" – naprawdę muszę tłumaczyć, czemu to najzajebistszy reżyser świata?) w następnym swoim filmie opowie nam historię Robin Hooda. Główną rolę ma zagrać Russel Crowe. Będzie to ich bodaj czwarty wspólny projekt.

***

"Valkyrie", nowy film z Tomem Cruisem, przedstawiający kulisy nieudanego zamachu na Hitlera, boleśnie się opóźnia (premiera miała być w maju, potem w październiku, na razie będzie w lutym 2009, a może jeszcze później), co nie wróży dobrze filmom (zwykle oznacza to, że zebrał kiepskie oceny na pokazach próbnych i będzie przemontowywany albo wręcz będą dokręcane sceny).

***

Kręcą znowu "Wichrowe Wzgórza", po raz siedemnasty (i nie jest to taki figer of spicz – naprawdę będzie to około siedemnasta ekranizacja). Rolę Cathy ma zagrać Natalie Portman. Poprzednio grała ją Juliette Binoche, a Heathcliffa zagrał Ralph Fiennes, najfajniejszy aktor świata.

***

Drugi najfajniejszy aktor świata, Edward Norton ("Fight Club", "American History X") w tym miesiącu pojawi się w filmie "Incredible Hulk", o czym zapomniałem wspomnieć wczoraj, przy okazji pisania o filmach komiksowych – widziałem trailer i dochodzę do wniosku, że Hulk to taki Hamlet świata amerykańskich opowieści obrazkowych, bo grają go zawsze świetni aktorzy (w ekranizacji Anga Lee z 2003 roku był nim Eric Bana), którzy chyba chcą tchnąć w zielonego potwora nieco człowieczeństwa. Szkoda tylko, że niezły trailer zakończył się zapowiedzią walki potworków, podobnej do opisywanej wczoraj walki egzoszkieletów, która jednak będzie dłuższa i, obawiam się, nudniejsza. Pamiętacie walkę Neo z Agentem Smithem w ostatnim Matriksie? Przecież tego nie szło wytrzymać, a jednak były to postacie (przynajmniej z wyglądu) ludzkie...

***

Innego potworka, prezydenta George'a W. Busha, Jr. w filmie skandalisty Olivera Stone'a zagrać ma Josh Brolin (ostatnio znany z "To nie jest kraj dla starych ludzi" braci Coen). Stone, który ostatnio trochę zatracił swój pazur ("WTC", "Aleksander"), może wróci do formy.

***

Pod adresem www.polskaszkolafilmowa.pl uruchomiono serwis, w którym dostępne są najbardziej klasyczne polskie dzieła filmowe. W tej chwili jest ich pięć (w tym "Kanał", "Popiół i diament" czy "Ostatni dzień lata" Konwickiego), a ma być ich w sumie 20 (m.in. "Pętla" Hasa czy genialna "Eroica" Munka), a potem może jeszcze więcej. Filmy można pobrać za cenę od 3 do 6 zł i obejrzeć w ciągu 72h (potem będzie trzeba znów zapłacić) – coś jak internetowa wypożyczalnia. Jak jestem wrogiem całego DRMu (w znaczeniu "nikt nie będzie mi mówił, czego, kiedy i na czym mogę lub nie mogę słuchać lub oglądać"), tak ta inicjatywa podoba mi się niezmierne, bo daje wszystkim chętnym bardzo wygodny dostęp do prawdziwych perełek za naprawdę rozsądną cenę (porównywalną przecież z normalnymi wypożyczalniami VHS czy DVD).

***

Zacząłem od najzajebistszego reżysera świata, na koniec zostawiłem sobie najgorszego, a chcę podkreślić tą informację, bo to ważne jest bardzo – Uwe Boll, pożal-się-Boże-twórca ekranizacji gier komputerowych jak "Far Cry", "Bloodrayne" i "Alone in the Dark" (tej profanacji gościowi nie wybaczę), obiecał, że przestanie kręcić filmy, jeśli poprosi go o to milion osób. W Internecie jest więc petycja – pod adresem http://www.petitiononline.com/RRH53888/petition.html, aktualnie widnieje pod nią 232496 podpisów. Proszę, podpiszcie i wy, to bardzo ważne, tu chodzi o życie i zdrowie psychiczne milionów widzów i fanów gier komputerowych, które ten podły, przekonany o swoim geniuszu człowiek tak niemiłosiernie katuje, wypacza i molestuje, zaspokajając swoje niezdrowe żądze i wyobrażenia o swojej wartości i swoich umiejętnościach, gdy próbuje przenieść je na srebrny ekran.

Proszę, zróbcie to dla przyszłości kinematografii, żeby nie umarło marzenie o Dobrej Ekranizacji Gry Komputerowej!

02 maja 2008

„Iron Man” i kino komiksowe

Wróciłem właśnie z kina z filmu "Iron Man" z Robertem Downeyem, Jr. w roli tytułowej oraz Gwyneth Partlow (tak dawno jej nie widziałem, że przez cały film zachodziłem w głowę, kto to jest – niby podobna do Kirsten Dunst, ale jednak jakby ładniejsza) i Jeffem Bridgesem (tego z kolei podejrzewałem, że jest Williamem Hurtem – co się ze mną dzieje? ;) Wyszedłem z filmu zadowolony – nie oszukujmy się, że jest to głębokie arcydzieło, ale w swoim gatunku filmów komiksowych, prezentuje się bardzo dobrze. Ale co to właściwie znaczy "film komiksowy"?

Jako fan i domorosły znawca zagadnień popkultury poświęciłem temu zagadnieniu trochę czasu, badań i rozmyślań, i doszedłem do wniosku, że określenie to nie jest wcale takie jednoznaczne. Taki np. William Goldman, którego bardzo cenię (o czym już pisałem) określa mianem "filmów komiksowych" dzieła, w których uwaga skierowana jest i skupiona wokół nieskrępowanej akcji i przygody (niestety, nie zacytuję jego definicji dokładnie, bo nie posiadam książki "Przygody scenarzysty" na własność, ale stamtąd właśnie ja zaczerpnąłem). Wymienia wśród przykładów takie klasyki jak "Gunga Din" albo "Karmazynowy pirat" oraz nowsze filmy – "Gwiezdne Wojny", "Indianę Jonesa" (weźmy poprawkę na to, że książka ta została wydana w 1983 roku), ale także np. "Blade Runnera", co nieco podważa całą definicję (inna sprawa, że to było świeżo po premierze, a ten film nie od razu został odpowiednio odebrany).

Ja, po rozważeniu i obejrzeniu tematu z wielu stron, doszedłem do wniosku, że słowo "komiksowy" w odniesieniu do filmu może oznaczać trzy różne rzeczy:

  • Najprostsze do zrozumienia są filmy komiksowe ze względu na pochodzenie (nazwijmy je O-komiksowe, od "origin"), czyli filmowe adaptacje komiksów. Właściwie nie powinienem tutaj ograniczać, że mają to być komiksy amerykańskie, czy nawet – jeszcze bardziej zawężać, i stwierdzać, że tylko amerykańskie o superbohaterach. Od tego jest następna kategoria. Filmy O-komiksowe to po prostu adaptacje powieści obrazkowych – przykładami mogą być np. "Historia przemocy" czy "Droga do Zatracenia", albo – spoza amerykańskiego podwórka – filmy Enki Bilala ("Immortal", "Tykho Moon") albo duży odsetek japońskich anime, powstałych na bazie mang (choć tutaj obraz może zaburzać fakt, że to jest animacja, nie filmy aktorskie).
  • Drugą kategorią, zapowiedzianą powyżej, są filmy komiksowe ze względu na tematykę (T-komiksowych), czyli właśnie filmy o superbohaterach na modłę (ale nie tylko) tych amerykańskich – Superman, Spider-man, Batman, Kapitan Ameryka, Iron Man, X-Men.... wyliczać tu można w nieskończoność. Ale zauważyć trzeba, że tu chodzi tylko o tematykę, czyli opowiadać mają one o superbohaterach, natomiast niekoniecznie muszą powstać na bazie komiksu czy konkretnych bohaterów – dobrymi przykładami są np. "Iniemamocni" czy "Niezniszczalny" Shyamalana. Ten ostatni film jest szczególnie ciekawym przypadkiem filmu, który należy tylko do tej kategorii, nie należąc ani do poprzedniej, ani do następnej...
  • ...którą jest kategoria filmów komiksowych ze względu na konwencję (C-komiksowych), albo, jak kto woli, poetykę. Tej definicji jest najbliżej do definicji Goldmana – chodzi tutaj o filmy, postawione na akcję, i to akcję dość specyficzną, co najmniej trochę odrealnioną, oderwaną od rzeczywistości. Nie chodzi tutaj nawet o istnienie supermocy czy niesamowitych wynalazków, co o pewną dowolność w interpretacji rzeczywistości. Tylko, że ja osobiście bym definicję Goldmana nieco zawężył i nie zaliczał do tej kategorii wszystkich filmów przygodowych jak leci – np. nie pasuje mi tutaj ani Indiana Jones, ani "Gwiezdne Wojny", ani "Powrót do przyszłości" (innymi słowy – nie stawiam znaku równości pomiędzy filmem komiksowym a Kinem Nowej Przygody). Dla mnie filmy C-komiksowe to filmy, które nie są ekranizacją komiksu, ale spokojnie mogłyby być (np. "Van Helsing" czy "Sky Captain and the World of Tomorrow"), bo posiadają pewną dozę odrealnienia, na którą nie pozwalają sobie nawet beztroskie filmy przygodowe (czyt. bywają głupie takie, że Jezus).

Mało który film należy tylko do jednej z powyższych kategorii – wspomniane powyżej tytuły ("Historia przemocy", "Niezniszczalny", "Van Helsing") są takimi właśnie wyjątkami. "Iniemamocni" przedstawiają szerszą grupę filmów, które łączą dwie z trzech podanych kategorii (w tym wypadku są komiksowe pod względem tematyki i konwencji); niektórzy twórcy ekranizacji komiksów o superbohaterach starają się także wykluczyć ze swoich dzieł ostatnią kategorię i zrobić dzieło mniej rozbuchane, a bardziej ludzkie, co wychodzi im ze skutkiem mniejszym ("Hulk" Anga Lee) czy większym ("Batman – Początek" Christophera Nolana). Filmy, które należą do wszystkich trzech kategorii – przykłady są zbyt liczne, by je wymieniać – to są właśnie te najczystsze filmy komiksowe, i to właśnie do tej kategorii zalicza się dzisiejszy "Iron Man".

W tej kategorii jest on naprawdę bardzo fajny – mamy Tony'ego Starka (Robert Downey, Jr.), prawdziwą gwiazdę wśród producentów broni, który zostaje schwytany przez afgańskich terrorystów, którzy karzą mu zbudować dla siebie superbroń. On, zamiast budować im rakiety, buduje sobie stalowy kostium z mnóstwem broni oraz rakietą, która pozwala mu zwiać z ich obozu. Będąc w ich niewoli, pod wpływem współwięźnia i pomocnika przeżywa przemianę (wiarygodną) i po powrocie do cywilizacji postanawia rzucić w diabły produkcję broni, i całą energię poświęca stworzeniu takiego samego kostiumu, tylko już pełnego technicznych bajerów. I bardzo dobrze, bo okaże się, że jego współpracownik (który stał tak naprawdę za jego porwaniem) zdobędzie plany i na ich podstawie zbuduje sobie też taki egzoszkielet i postanowi się zabawić kosztem niewinnych cywilów.

Film jest idealnie wyważony pomiędzy akcją, humorem i powagą, dotyka paru poważnych tematów, ale nie wpada w obrzydliwy patos, którym rzyga każdy, kto widział dowolnego "Spider-mana". Fantastycznie poprowadzony jest wątek chemii pomiędzy Downeyem a jego asystentką Gwyneth Partlow, bardzo fajną postacią jest też jego kumpel z armii (Terrence Howard) i pewien śmieszny agent organizacji o przydługiej nazwie "Strategic Homeland Intervention, Engagement and Logistics Division" (dopiero na końcu skracają ją do SHIELD; nie czytałem nigdy komiksów o Iron Manie, ale spodziewam się, że jako że Stark zaczął z nimi współprace na końcu filmu, to pewnie doczekamy się kontynuacji). Najsłabszą sceną filmu jest ta, na którą – tak myślę, ale jako, że nie jestem fanem ani żadnego nie znam, to nie wiem – czekali pewnie wszyscy miłośnicy Iron Mana, czyli scena pojedynku egzoszkieletów. Niestety, walka dwóch maszyn (czy też zakutych w maszyny ludzi, to naprawdę bez znaczenia), która polega na rzucaniu sobą nawzajem w ściany budynków, albo rzucaniu w siebie samochodami, czy wreszcie ostrzeliwanie się z różnych wypasionych broni, za bardzo pachnie mi "Transformersami" (zwłaszcza dokładając do tego te tubalne, metaliczne głosy, jakimi panowie do siebie przemawiają z wnętrz kombinezonów). Na szczęście scena jest dostatecznie krótka, a Dobry załatwia Złego nie brutalną siłą, a Sprytem i Sposobem.

Downey, jako wielki fan Iron Mana zapowiedział, że jak będzie trzeba, zagra nawet w 15 częściach historii o egzoszkielecie. Może 15 to nieco za dużo, ale ja nie mam nic przeciwko jeszcze kilku. Naprawdę jest to kawałek akcji na niezłym poziomie i nie żałuję, że obejrzałem to na dużym ekranie, co polecam też wszystkim, którzy lubią kino komiksowe ze wszystkimi tego aspektami.

O wyższości wtyczek nad kombajnami

W odpowiedzi dla Leszcza i Xavexa - tyle tych notek naprodukowaliście, że odpowiadanie w komentarzach nie ma sensu, muszę to wszystko zebrać ;)

Ja też kiedyś nie lubiłem Eclipse'a, z dokładnie tej samej przyczyny, z której trzymałem się na dystans of Firefoksa i bałem się Linuksa - z wygody, o której wspominasz w sąsiedniej notce. Po prostu wolałem programy-kombajny, które sie raz zainstaluje i mają w sobie wszystko: NetBeans do Javy, Opera do internetu oraz Windows jako system operacyjny.

Teraz jednak powoli przekonuję się do aplikacji opartych na wtyczkach. Tak samo, jak Ty, Leszczu , przekonałeś sie do C# "bo tak się w życiu ułożyło", tak ja z podobnych przyczyn się przekonywałem do wspomnianych narzędzi: z prawdziwym bólem serca przerzuciłem się z Opery na Firefoksa, gdy okazało się, że aplikacje Google'a, z których korzystam coraz szerzej, z Operą za nic nie chcą współpracować. Ale gdy to zrobiłem, natychmiast poszukałem całej masy wtyczek, które nadają Firefoksowi funkcjonalność, za jaką pokochałem Operę:

  • All-In-One-Sidebar – operowy pasek z lewej strony, zawierający wszystko, co istotne (skróty, historię, pobierane pliki, wtyczki...) na wyciągnięcie jednego kliknięcia;
  • All-In-One-Gestures – z gestów myszy zacząłem tak naprawdę korzystać po przeczuceniu się na firefoksa;
  • Download Statusbar – świetny manager pobierań, zamiast tego pieprzonego firefoksowego okienka;

oraz wiele innych, które od tego czasu odkryłem, a których nie ma nawet w samej Operze, a ja nie wyobrażam sobie teraz bez nich życia:

  • Delicious Bookmarks – najważniejszy ze wszystkich dodatek, niezbędne narzędzie w momencie, gdy posiadam dwa komputery po dwa systemy na każdym, plus jeden w pracy, a do tego często korzystam z obcych komputerów, np. na zajęciach na studiach. Pozwala ono przechowywać swoje zakładki w jednym miejscu w sieci – na koncie na stronie http://del.icio.us – i mieć do nich dostęp poprzez stronę z każdego miejsca na świecie, a na własnej maszynie ten dostęp jest jeszcze prostszy dzięki tej właśnie wtyczce, połączonej ze wspomnianą All-in-One-Sidebar;
  • Tab Mix Plus – kapitalne narzędzie, rozszerzające funkcjonalność zakładek (np. wyświetlanie ich w wielu rzędach);
  • Web Developer i Firebug - potężne narzędzia developerskie.

Do tego stopnia sie już na ognistego lisa przestawiłem, że zwyczajnie nie potrafię już wrócić pod Operę, choć próbowałem.

Z Eclipse'a zacząłem korzystać, bo z niego korzystamy w pracy, i też pracę z nim zawsze rozpoczynam od pobrania potrzebnych mi wtyczek (Subclipse, Maven Integration) i może nie jest to łatwe, ale za to jakie daje możliwości – sam pisałeś o kapitalnych udogodnieniach developerskich, jakich to środowisko dostarcza. A jeśli chodzi o zasobożerność – czy Vista, przepraszam bardzo, nie jest zasobożerna? Nie jest, pod warunkiem, że się ma tych zasobów w ch*j ;)

Linuksa spróbowałem z przyczyn studyjnych, poza tym powiedziałem sobie, że kiedyś trzeba, ale o tym już pisałem.

A teraz pojawiło się to całe IE7Pro, które w znaczący sposób, jak piszecie, udoskonala działanie przeglądarki Microsoftu, ale tak, jak nie potrafię już wrócić do Opery, tak wątpię, żeby mi się chciało bawić z Explorerem od nowa.

27 kwietnia 2008

“Nie kupuję płyt w ciemno”, czyli Prawo Autorskie a Kohabitacja

Gadałem właśnie z Grzesiem na tematy okołomuzyczne, a dokładnie – na temat kupowania płyt. Widzicie, ostatnio (od kiedy zacząłem zarabiać) wydaję strasznie dużo kasy na płyty. Naprawdę dużo – jak kiedyś z wielkim bólem serca (i portfela) zdarzyło mi się kupić jedną płytę na trzy miesiące, tak tylko dzisiaj kupiłem ich pięć (dwie w sklepie internetowym Rock Service, dwie w Cornerze, jedną na Allegro). Ale mimo wszystko kupuję i tak tylko te płyty, które Bardzo Chcę Mieć. A to, że je bardzo chcę mieć, wiem po tym, jak je już przesłucham, często wielokrotnie. A przesłuchuję, rzecz jasna, z empetrójek, podczas gdy Grześ kupuje płyty, owszem, znanych i sprawdzonych przez siebie wykonawców, ale jednak same płyty zna tylko z jednego czy dwóch singli (które słyszał na Youtube) albo nie zna ich w ogóle i kupuje w ciemno.

I taka mnie refleksja naszła w trakcie tej rozmowy – prawie olśnienie. Przyrównałem sobie tą sytuację do tematu, który poruszałem kilka miesięcy temu, mianowicie – mieszkania razem przed ślubem. Oraz generalnie tego, jak zmieniło się zarówno podejmowanie decyzji matrymonialnych na całe życie i poznawanie i kupowanie muzyki przez ostatnich kilkadziesiąt lat.

Kiedyś słyszało się w radiu jeden albo kilka singli z nowej płyty i na ich podstawie szło się (albo się nie szło) kupić płytę. Sam tak robiłem w czasach, kiedy sie jeszcze nie znałem za bardzo na muzyce – kasety kupowałem wtedy, gdy z radia znałem co najmniej dwie piosenki, które mi się podobały. Nie powiem, to był niezły system – dzięki temu kupiłem kilka prawdziwych pereł (np. Genesis "Calling All Stations" czy U2 "Pop"), a przejechałem się tylko kilka razy (Texas "The Hush", kilka soundtracków, choć to można zwalić na moją ówczesną nieznajomość delikatnej materii muzyki filmowej).

To był muzyczny odpowiednik randkowania, które kończyło się decyzją o ślubie. Decyzji podszytej ryzykiem – czy będę zadowolony, gdy poznam wszystko to, czego nie znałem, słuchając tylko singli w radiu? Czy może sie przejadę, rozczaruję, nie posłucham tej płyty już nigdy więcej? Albo będę omijał nielubiane kawałki? Wtedy może mnie to zadowalało, ale teraz, gdy odkryłem Jedyną Słuszną Muzykę, której nie słucha się piosenkami, ale całymi albumami, które stanowią więcej niż sumę pojedynczych utworów, takie coś już nie wystarcza. Przeskakiwanie utworów nie jest rozwiązaniem. Jedna słaba piosenka może rzucić się cieniem na odbiór całości ("In the Court of the Crimson King" albo "Innuendo" Queena – gdybym się ożenił z "Innuendo", byłbym bardzo nieszczęśliwy ;).

A przecież – teraz to wiem – istnieją genialne płyty, absolutne arcydzieła, które stanowią doskonałą całość, których mogę słuchać w kółko, które mają w sobie ogromną głębię, odkrywaną przeze mnie wciąż na nowo, poznaną już ze wszystkich stron, ale wciąż potrafiącą zaskoczyć i zachwycić. Są takie płyty, ale żadnej z nich nie poznałem i nie poznałbym tradycyjną, "radiową" metodą albo moją "dwie fajne piosenki = fajna płyta". Odkryłem je dzięki empetrójkom ściągniętym po chamski z sieci. Znalazłem płytę – czasem ktoś mi ją polecił, czasem zasugerowałem się wykonawcą, stylem, czasem, miejscem powstania, czasem nawet okładką, a czasem zupełnie waliłem w ciemno – i okazało się, że jest to coś wspaniałego, że jest to doświadczenie dające mi ogromną radość w odpowiedzi na moje emocjonalne zaangażowanie. Słuchałem więc tej płyty i coraz bardziej się w niej zagłębiałem, wiedząc, że nigdy bym jej w inny sposób nie poznał. A wtedy, gdy po milionie przesłuchań płyta nie przestawała mnie zachwycać, podejmowałem decyzję o kupieniu jej. I choćby nie wiem, jak płyta była egzotyczna czy trudna do dostania – musiałem ją mieć, bez względu na koszty. To była właśnie przemyślana decyzja o małżeństwie z płytą, z którą żyłem już jakiś czas. Czasem miłość wymagała dużo poświęcenia i wzajemnego poznawania i dużo cierpliwości, zanim się odkryło te wszystkie cudowne cechy – jak z "Dark Side of the Moon" albo "Close to the Edge" – a czasem była dzika i namiętna, jak "Misplaced Childhood" albo ostatnio "No World for Tomorrow".

Tak to teraz wygląda. Można się z tym nie zgadzać, można twierdzić, że to jest zła droga, ale ja z doświadczenia wiem, że nawet jeśli kiedyś jakaś płyta poznana w radiu mnie tak niesłychanie zachwyciła, to jednak najwspanialsze poznałem w ten "zakazany" sposób. Doprawdy, nie wiem, jak kiedyś ludzie poznawali muzykę – w czasach Floydów, Gentle Gianta czy Genesis. W tamtych przypadkach rolę singli odgrywały koncerty, a czasem niektóre stacje radiowe (były takie) puszczały całe płyty albo obszerne ich fragmenty. Czasem impulsem mogła być sama okładka (sam tak kupiłem np. "The City", najlepszą płytę Vangelisa, albo ostatnio "Into The Night" Satellite), ale na tym też można się przejechać (to, że na okładce widnieje naga Shakira o alabastrowej cerze albo trzy seksowne Murzynki w skąpym stroju nie znaczy, że zawartość się do czegokolwiek nadaje, nie?). Tak czy inaczej, kupienie płyty zawsze było jakimś ryzykiem.

Śluby kiedyś były aranżowane przez rodziny (w większej części świata nadal są) i dyktowane względami materialnymi, politycznymi czy kulturowymi, a małżonkowie poznawali się dopiero po ślubie, i nikt sie z rodziny nie zastanawiał, czy oni będą ze sobą szczęśliwi. W sytuacjach, kiedy narzeczeni spotykali się ileś razy, w sytuacjach obleczonych konwenansami, z przyzwoitkami i w kontrolowanych przez otoczenia warunkach – nie mogli się nigdy poznać wystarczająco, żeby wiedzieć, że będą ze sobą szczęśliwi. Bardzo niedawno dopiero przyszła rewolucja, jedna z drugą, która zmieniła postrzeganie tej dziedziny życia – i teraz ludzie sami ustalają reguły i na pierwszym miejscu stawiają swoje szczęście i pod tym względem próbują sie dopasować z drugą osobą na całe życie (pomińmy w tej chwili smutny temat powszechności rozwodów i tego, jak to w dzisiejszych czasach przysięgi małżeńskie tracą na znaczeniu). Analogiczna rewolucja przychodzi teraz w muzyce – kupuje się te płyty, które się poznało wystarczająco (czasem jedno przesłuchanie wystarczy, żeby pokochać, czasem kilka, a czasem potrzeba kilku lat), ale gdy się już tak właśnie poznało i pokochało, kupuje się je no matter what, a wtedy
pozostają one już na zawsze.

Analogie można ciągnąć w nieskończoność. Ktoś może powiedzieć, że niebezpieczeństwem wspólnego mieszkania przed ślubem jest to, że ten ślub nigdy nie nadejdzie, że para tak dobrze będzie się czuła w dzieleniu ze sobą codzienności bez ślubu, że nie poczuje potrzeby sformalizowania związku. A ja to widzę tak, że mogę słuchać muzyki z empetrójek, poznawać ją i sie nią cieszyć w tej formie, ale zawsze będzie to plik na dysku, i to na dodatek w jakichś 192 kilobitach na sekundę – a jak kupię płytę, będę miał piękny krążek z muzyką wspaniałej jakości i na dodatek w ładnym pudełku z książeczką z obrazkami.

Ktoś inny może powiedzieć, że takie wspólne mieszkanie nie wzmacnia wcale związku, że jest to tak nieformalne, że dopuszcza nawet w pewnym stopniu rozwiązłość partnerów. Ja to natomiast widzę tak, że nowa płyta, której single są puszczane aktualnie w radiu, i którą ktoś po ich usłyszeniu kupi, za jakiś czas przebrzmi i zastąpi ją następna nowość ze swoimi singlami, którą być może ten ktoś wtedy będzie chciał kupić, a do tej pierwszej być może już nie wróci, więc doprawdy nie wiem, co jest większym niebezpieczeństwem.

Ktoś może powiedzieć, że decyzja o ślubie po mieszkaniu razem też może być nie do końca przemyślana albo poparta jakimś oszukiwaniem siebie samego lub siebie nawzajem. Jasne, ja też mogę na playliście w winampie zmienić kolejność piosenek albo wręcz wywalić te, których nie lubię – ale to by było takie właśnie oszukiwanie siebie. Decyzję o tym, czy to robić, czy nie, każdy musi podjąć w zgodzie z własnym sumieniem.

Wreszcie - ktoś może powiedzieć (i nawet powiedział) że małżeństwo poprzedzone kohabitacją ma większą szansę na zakończenie się rozwodem – ale przecież nie po to kupuje się płytę, żeby jej nigdy więcej nie słuchać, prawda?

26 kwietnia 2008

Wewnętrzny Mamoń

Pisałem kiedyś o pewnej mojej cesze, która mnie strasznie we mnie irytuje. Nikogo prawdopodobnie innego, bo jest to cecha bardzo osobista i ma związek z moimi własnymi gustami i wpływa na moje poznawanie świata.

Nazywam tą cechę moim "wewnętrznym Mamoniem". Inżynier Mamoń, bohater bodajże "Rejsu" (może ktoś pomyśli, że to karygodne, że nie znam "Rejsu" albo "Misia", ale naprawdę nigdy nie widziałem tego ostatniego, a ten pierwszy mi się nie podobał, i już. Bite me) powiedział, że lubi tylko te piosenki, które już zna. I ja mam tak samo - mam kilkaset płyt, a słuchałem z nich w sumie niewielkiego ułamka (nigdy nie liczyłem, jaki dokładnie jest to procent, ale strzelałbym w ok. 20%) i gdy przychodzi mi ochota na posłuchanie czegoś (czyli - zawsze), to zamiast wrzucić na ruszt coś, czego jeszcze nie słuchałem, zwykle zapuszczam coś, co znam już na wylot. I tak się miotam po tych znanych na wylot przestrzeniach, bojąc się wyściubić nos poza nie, bojąc się zainwestować emocjonalnie w coś nowego, co okaże się być tego niewarte...

Ale w ciągu ostatniego tygodnia-dwóch podjąłem kolejną heroiczną walkę z wewnętrznym Mamoniem i okazało się to wspaniałym wyczynem, który przyniósł nie jedną, a wręcz kilka nagród w postaci świetnych płyt, których słucham na zmianę praktycznie w kółko i przez cały czas.

***

Coheed and Cambria "No World For Tomorrow" z 2007 roku, płyta polecona przez XaveXa jako coś spomiędzy punka a progrocka. Gdy to powiedział, skomentowałem, że z czym do ludzi, stary, ja już od trzech lat słucham Mars Volty. Ale wreszcie Coheeda i Cambrię odważyłem się poznać i jestem, krótko mówiąc, zachwycony. C&C gra muzykę wynikłą ze spotkania dokładnie pośrodku drogi pomiędzy Mars Voltą a rockiem progresywnym - warstwa muzyczna jest fantastyczna i bardzo waśnie progrockowa, a wokal przypomina Mars Voltę, jednak nie jest aż tak dziki. Dla mnie jest to wspaniałe uspokojenie zwłaszcza po najnowszej płycie Mars Volty, "The Bedlam in Goliath", najbardziej odjechanej ze wszystkich, nie dającej słuchaczowi praktycznie chwili wytchnienia.

Ciekawe właśnie, że jak powiedziałem Xavowi, że Mars Volta jest bardziej odjechana, on powiedział "ojej, JESZCZE bardziej?". Wtedy zorientowałem się, że ja już do muzyki Volty, do tego elementu szaleństwa i punka sie tak przyzwyczaiłem, że Coheed and Cambria jest dla mnie wakacjami, zupełnie spokojną i leciutka płytą...

Klimaty postapokaliptyczne (w sam raz poznałem tą płytę w okresie, gdy jednym z seriali, które oglądam, jest "Jericho"), fabuła zahaczająca o koniec świata ("No World for Tomorrow" to czwarta płyta z serii - poprzenich nie słyszałem, ale ponoć są dużo słabsze. Znowu mój wewnętrzny Mamoń mnie ostrzega, żebym nie ryzykował, więc pewnie nieprędko to sprawdzę), mnóstwo emocji, wokal porywa (głównie tytułowy utwór - "So march to the drumming, show them you're coming"), muzyka jest albo ostro rockowa ("The Hound"), albo bardzo nastrojowa (piękna "Mother Superior"), albo po prostu cudownie progresywna (końcowa suita "The End Complete").

A dzisiaj udało mi sie ją kupić, rzecz jasna, w komisie Music Cornera :) To nic, że 10 minut wcześniej kupiłem ja w Empiku za 23 złote więcej - na szczęście nie było problemu ze zwróceniem. Wiem, wiem, dusza krakowskiego centusia sie odzywa... ale 23 zeta to jednak jest potencjalnie jeszcze jedna płyta z komisu!

***

Drugim odkryciem jest Muse i ich album z 2006 roku, "Black Holes and Revelations". Pierwsze zetknięcie z nimi miałem w postaci teledysku do utworu "Knights of Cydonia", który kiedyś pokazał mi Grzesiu, ale niestety obraz (western-SF pozujący na film z lat 80. - są kowboje, jest wredny szeryf i piękna kobieta, ale są też lasery, hologramy i roboty jakby żywcem wyrwane z oryginalnego "Battlestar Galactica") oraz nawijania Grzesia ("O co chodzi w ogóle???") nie pozwoliły mi skupić się na muzyce.

Wreszcie utworu oraz całej płyty mogłem posłuchać bez żadnych zakłóceń i słucham jej wciąż. 11 utworów prezentujących cudowną różnorodność - są kawałki stylizowane na hiszpańską balladę ("Hoodoo"), są kawałki niby-popowe, ale wciąż rewelacyjne ("Starlight"), jest mnóstwo elektroniki ("Supermassive Black Hole") i mnóstwo dobrego rocka ("Exo-Police"). Są utwory szybkie i z pazurem i są też ballady, są utwory standardowe jak i awangardowe ("Assasain"), słychać echa lat 90-tych, ale też i słychać szaleństwa początkowego Queena. Wreszcie - mamy utwór otwierający ("Take a Bow") i zamykający ("Knights of Cydonia"), nawiązujące na swój sposób do tradycji westernu.

Tematem całej płyty jest wojna, a ja całkiem niedawno zdałem sobie sprawę, że z chłopcami z Muse mogłem mieć styczność już prawie 2 lata temu, gdy ostatniego dnia pobytu w UK kupiłem sobie numer czasopisma Classic Rock, poświęconego muzyce progresywnej, w którym właśnie z chłopcami z The Muse był wywiad, tyczący się tej właśnie płyty.

***

Następny jest stary znajomy, amerykański bard Nick Cave, który ze swoją grupą wydał nową płytę "Dig, Lazarus, Dig!!!". Trochę się jej bałem, ale już otwierający, tytułowy utwór rozwiał wszelkie obawy - jest fenomenalny. Cave zresztą zarówno w nim jak i w większości pozostałych nie śpiewa, tylko raczej opowiada historie, pokazując swoją duszę gawędziarza, znaną np. z "Murder Ballads". Przypomina mi to nastrojem "Tatę Kazika" Kultu, gdzie teksty Stanisława Staszewskiego jego syn przedstawiał tym niesamowitym przepitym głosem - nikt nie zrobiłby tego lepiej i nawet inny bard, Jacek Kaczmarski, nie miał co się z nim w tym repertuarze równać.

Bad Seeds grają na najnowszej płycie dość ostro i niekonwencjonalnie - nawet jak na nich - co, w połączeniu z recytacją bardziej niż ze śpiewem Mikołaja Jaskini daje coś niby znanego, a jednak zupełnie nowego. Nie ma tutaj utworów spokojnych, z jakich prawie w całości składała się np. "No More Shall We Part", jest raczej ostro i z pazurem, jak na "Let Love In", i zdecydowanie bardziej mrocznie w warstwie tekstowej.

***

Na koniec - krakowska grupa neo-progrockowa Millenium już dwa lata temu wydała najnowszą płytę, a ja się zagapiłem i dopiero teraz się o niej dowiedziałem. Chłopcy może niekoniecznie na to zasługują, ale ja ich bardzo lubię - generalnie ich muzyka nie wybija się niczym szczególnym ponad całe morze grup neoprogresywnych, ale dla mnie jednak mają w sobie dużo perełek. Ich pierwsza płyta, "Vocanda", tematycznie bardzo zbliżona do wydanej cztery lata później superprodukcji Ayreona "The Human Equation", nie miała w sobie raczej nic specjalnego, ale już na "Deja Vu" i "Interdead" można było odnaleźć perełki - nieuleczalnie wbijający się w głowę bas w tytułowym "Deja Vu", długi nastrojowy wstęp w "Silent Hill", przytłumiony wokal i rozdzierający refren w "Fumbled", sekcja rytmiczna i nietypowa linia melodyczna w "Veedeeo", wreszcie - fenomenalne zakończenie płyty w postaci dwuczęściowego utworu "Burning": pierwsza część jest wspaniałym utworem instrumentalnym, który nie powinien się nigdy skończyć, a druga - miażdżącym śpiewem a-capella w wykonaniu kilku osób płci obojga, który... nigdy się nie kończy. Poezja.

Ale Millenium ma parę cech negatywnych - teksty brzmią dokładnie tak, jakby były napisane po polsku, a potem przetłumaczone na angielski. Nie są w żadnym wypadku żadną wyżyną poezji, czasem brzmią wręcz naiwnie. Niektóre pomysły muzycznie są bardzo chybione (narracja na "Interdead", dyskotekowy fragment "Greasy Mud"), a koncepty nad płytami są niedopracowane (przemiana głównego bohatera "Vocandy" jest niezbyt wiarygodna, a koncept "Interdead", choć fajny i dość ważny - zagrożenie wynikające z uzależnienia od internetu - jest jednak mało przekonywujący w kontekście tego, że wydarzenia mają miejsce podczas jednej nocy).

Dlatego też z rezerwą podszedłem do najnowszej płyty "Numbers and the Big Dream of Mr Sunders", który też jest albumem koncepcyjnym - doprawdy, co oni mają z tymi albumami koncepcyjnymi? I już od pierwszego przesłuchania podchodziłem patrzyłem na nią bardzo krytycznym okiem...

...i słucham już jej któryś dzień, i, kurna, żywcem nie mam się do czego przyczepić. Wokal brzmi świetnie, teksty brzmią naturalnie, warstwa muzyczna wyważona, bez przesady i głupich pomysłów, za to z paroma naprawdę świetnymi, nastrój bardzo mi odpowiada, utwory do siebie świetnie pasują i niezauważalnie wręcz tworzą jeden długi kawałek, którym jest cały album... Po prostu nie wiem, do czego się przyczepić. No, może ta okładka... Tak czy inaczej, chyba niedługo napiszę do pana Kramarskiego (szef studia LYNX Music, założyciel zespołu, klawiszowiec i autor tekstów, do tego bardzo sympatyczny człowiek) z gratulacjami i pytaniem, kiedy mogę go nawiedzić i kupić płytę...

***

Podsumowując - jak widać walka z oporami przed poznawaniem czegoś nowego, przed nowy odkryciami i emocjonalnymi inwestycjami, walka z Wewnętrznym Mamoniem czasem naprawdę się opłaca...

14 kwietnia 2008

WHOIS

Wyszukiwarka google'a w zabałaganionym pokoju nie jest jedyną funkcją, której brakuje życiu codziennemu. Dziś, jadąc do pracy, przekonałem się, że przydatna byłaby też IRCowa komenda WHOIS w odniesieniu do napotykanych ludzi - spotkałem kolegę Ani, którego znam z kilku wyjść do knajp i którego bardzo lubię, ale za diabła nie mogłem sobie przypomnieć, jak się nazywa. I wszystko byłoby cacy, gdyby akurat wtedy nie zadzwoniła Ania - nikt by nic nie zauważył. A tak to musiałem spytać nieszczęśnika o nazwisko i wyjść na głupka ;)

Pociesza mnie jednak, że nie tylko ja tak mam.