22 czerwca 2008

Second look at the word meh

Wygląda na to, że to nie ja wymyśliłem słowo meh. Tak, wiem, że pisząc o nim wspominałem odcinek Friendsów, ale w tym odcinku słowo brzmiało raczej jak "eeh", więc myślałem, że forma z "m" na początku jest mojego autorstwa, ale okazuje się, że wcale nie - wygląda na to, że jest ono dość popularne w geekowskim środowisku, czego dowodem jest komiks Randalla Munroe:
albo koszulka Roya, bohatera serialu IT Crowd (w każdym odcinku nosił inną koszulkę z jakimś geekowski tekstem), którą nosił w 3 odcinku drugiej serii:

Postanowiłem więc poszperać za źródłem tego słowa, i okazało się, że pochodzi ono (lub zostało spopularyzowane przez) serial "The Simpsons", a znaczenia ma dwa: albo jest werbalnym odpowiednikiem wzruszenia ramionami lub machnięcia ręką w geście braku entuzjazmu w odpowiedzi na jakąś propozycję (apathethic, unenthusiastic), albo oznacza ocenę czegoś, i to ocenę zupełnie średnią, bez żadnej rewelacji w żadną stronę (mediocre, unexceptional, uninspiring).

Wygląda na to, że trafiłem w znaczenie :) bo te ostatnie słowa idealnie do najnowszego Indiany Jonesa pasują :)

21 czerwca 2008

Wanna have an adventure?

Na stronie Rock Serwisu pojawił się nius o bardzo fajnie zapowiadającym się koncercie INO-ROCK. Naprawdę - Quidam, Riverside, Pineapple Thief no i Focus (ich instrumentalna płyta "Hamburger Concerto" przeciągnęła mnie przez noce z projektem z Procesów Dyskretnych o koncercie i burdach na bramce) - wszystko brzmi rewelacyjnie, ale... gdzie jest w ogóle ten Inowrocław????

(ciach na maps.google.pl)

O, jest. W ch*j daleko. Ale - zgodnie z moją nową dewizą życiową (powiesiłem sobie ten rysunek nawet na drzwiach w pokoju - po tej stronie, którą widzę, gdy wychodzę) - postanowiłem zaplanować ewentualna podróż, zwłaszcza, że koncert jest dopiero 6. września, a to, jak się okazuje, jest sobota, więc cały weekend można poświęcić na duży wypad z Krakowa.

(ciach na pkp.pl)

Podróż tam nie trwa krócej niż 6h, a spowrotem - mniej niż 9h, ale wszystko mam zaplanowane:
7:11 wyjazd pospiesznym do Torunia
14:40 przyjazd do Torunia
14:48 wyjazd osobowym do Inowrocławia
15:30 dotarcie na miejsce (cena podróżny 53,50 zł * ulga studencka)
17:00 zaczyna się koncert. Szczegóły następnych siedmiu (co najmniej) godzin opisane są na stronie imprezy.
24:00 niby koniec imprezy, ale na pewno to będzie później - opóźnienia, problemy techniczne, bisy, to zawsze trwa, i dobrze :)

powrót, opcja A:
5:43 osobowy do Poznania
7:27 Poznań
7:40 wyjazd pospiesznym do Krakowa
14:55 Kraków (cena: 55,50 zł * ulga)

powrót, opcja B:
8:15 pospieszny do Poznania
9:55 Poznań
10:40 pospieszny do Krakowa
17:55 Kraków (cena: 56 zł * ulga)

Nie mam jeszcze zaplanowane, co robić po koncercie a przed powrotem. Szukanie noclegu na 3-6h jest raz, że trudne (kto mnie przyjmie w godzinach od pierwszej do czwartej albo szóstej?), dwa, że generalnie bez sensu. Lepiej się poplątać po mieście.

A jak już przy plątaniu jesteśmy, to można też skorzystać z faktu przesiadki w Poznaniu i zamiast jechać od razu do Krakowa, można w tym Poznaniu trochę czasu spędzić - zawsze chciałem np. zobaczyć ul. Roosevelta i osiedle na Norwida :)

No, to co? Ktoś się pisze na przygodę, której bonusem niejako będzie kilka godzin dobrej muzyki? :)

PS. Jeszcze słówko o plątaniu - nie tylko język po alkoholu się plącze, palce na klawiaturze trochę też - piszę tą notkę na lekkim rauszu łakocio-witaminowym (finlandia żurawinowa+sok jabłkowy Tymbark) i popełniłem już niezliczoną ilość literówek. Nie wszystkie mogłem poprawić, więc wybaczcie ;)

19 czerwca 2008

Downgrading & Upgrading

Dwie historyjki technologiczne - rozwiązania problemów, które może komuś kiedyś pomogą.

1. Zepsuł mi się empetrójkacz. Jednogigowy Creative MUVO, który dostałem rok temu od Gazety Wyborczej na dzień dziecka od początku sprawiał problemy - na początku wszystko było cacy, ale z niewiadomych przyczyn po pierwszej wymianie baterii urządzenie zgłupiało. Grało muzykę dalej bez problemów, ale znikła gdzieś diablo przydatna właściwość taka, że pamiętał on ustawienia między uruchomieniami - pamiętał, na jakim utworze i w którym momencie przerwałem oraz pamiętał ustawienia głośności, wyświetlacza, języka itd.

A potem przestał. Trudno, bez tego też da się żyć, a darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy, pomyślałem i korzystałem z niego dalej, przez cały rok. Do czasu, gdy w poniedziałek w ogóle odmówił posłuszeństwa - zwyczajnie nie chciał się uruchomić.

Wkurzony, postanowiłem sięgnąć po środek ostateczny - sformatować urządzenie i przeinstalować firmware. Co ciekawe, na sieci znalazłem wersję starszą (1.02.03e), podczas gdy ja miałem 1.04-coś. Ale po co mi nowsza, która nie działa, pomyślałem i zainstalowałem.

I jest pięknie - urządzenie znowu działa, a co najważniejsze - opcja pamięci ustawień wróciła :)

WIADOMOŚĆ Z OSTATNIEJ CHWILI: na sieci jest też dostępna wersja 1.05.01e! Ale nie wiem, czy będę ryzykował...

2. Wczoraj wyszedł Firefox 3, którego ściągnąłem, co by pomóc w ustanowieniu rekordu świata, i to ściągnąłem trzy razy (dwa kompy w domu + w pracy), ale jeszcze nie zainstalowałem - poczekam sobie, aż wyjdą kompatybilne z trójką wersje wszystkich pluginów, z których korzystam.

Ale wspomnieć chciałem o dwóch jeszcze pluginach, które sobie zainstalowałem i które mi się bardzo podobają i ułatwiają życie:
  • AdBlock - wspaniałe lekarstwo na wkurzające wyskakujące reklamy flashowe i nie tylko. Trzeba go jednak skonfigurować, podając listę filtrów, które owe reklamy wyłapują. Jednak nie trzeba - wbrew temu, co twierdził Lord - owej listy wklepywać ręcznie - można wskazać adres takiej listy gdzieś w sieci, i uruchomić na niej subskrypcję (gdy lista się będzie rozszerzać, będzie automatycznie aktualizowana). Moja lista dostępna jest pod adresem: http://student.agh.edu.pl/~mzywiol/myAdblock.txt.
  • Fast Dial jest Firefoksową wersją Operowego Szybkiego Wybierania. Można umieścić tam odnośniki do kilku stron (np. 9 - analogicznie do szybkiego wybierania w telefonach), które można szybko otworzyć za pośrednictwem strony Free Dial, albo jeszcze szybciej skrótami klawiaturowymi (np. Alt+1 do Alt+9). Niby nie jest mi to potrzebne, bo mam Delicious Bookmarks, ale jednak przydatne jest to do tych kilku stron, do których często sięgam, a których adresów nigdy nie mogę spamiętać (np. forum roku albo kalendarz Google).
WIADOMOŚĆ Z OSTATNIEJ CHWILI: Fast Dial jest fajny, ale przeszkadzało mi to, że trzeba pamiętać, pod jakim numerkiem jest jaka strona, bo uruchomienie strony z ich listą jest dosyć problematyczne. Tak mi się przynajmniej wydawało, ale niespodzianka - właśnie odkryłem, że Fast Dial podpina się pod każdą otwieraną czystą zakładkę - czy to otwieraną dwuklikiem na pasku zakładek, czy poprzez CTRL+T, czy gest myszy, obojętne - w otwieranej, czystej zakładce, pojawia się lista skrótów Fast Dial :) Po stokroć wypas.

18 czerwca 2008

Rzeczywistość zPHOTOSHOPowana

Wczoraj poznałem bloga, którego autor kolekcjonuje najwieksze fotoszopowe wpadki, a dzisiaj Pardon.pl wspomina o kompleksach nastolatek. Wbrew pozorom, jeden temat z drugim jest bardzo związany.

Żyjemy w paskudnej rzeczywistości, w której kult młodości i piękności sprawia, że zasypywani jesteśmy codziennie setkami obrazów pięknych, krągłych i gładkich ciał modelek, aktorek i sław, patrzących na nas z ekranu telewizora, komputera, billboardu albo okładek czasopism. Wszystko to powoduje u dziewczyn i kobiet potworne kompleksy, jeśli tylko mają odrobinę mniejszy biust, większą pupę albo ważą nieco ponad 55 kg, wprowadzając je nawet w niezwykle poważne choroby, jak anoreksja czy depresja. Odchudzają się na potęgę, stosują chemiczne preparaty, zbierają pieniądze na operacje plastyczne - wszystko, byle tylko dobić do tych ideałów, panoszących się w mediach.

Nie mogę patrzeć, jak piękne - bo każda kobieta jest piękna - dziewczyny pędzą na oślep, próbując sięgnąć tych mitycznych standardów, jakie dyktują media i jakimi jesteśmy karmieni.
I dlatego właśnie chciałbym powiedzieć STOP! Dziewczyny! To wszystko mit. Mit, za który odpowiada ten chory kult młodości oraz pewien program o nazwie Photoshop.

A jak nie wierzycie - popatrzcie tutaj.

I niech te obrazy pozostaną w Waszej świadomości następnym razem, gdy będziecie z zazdrością patrzeć na aksamitną cerę Shakiry albo Donny Summer na nowej płycie albo biust Kasi Cichopek na okładce Vivy.

Na koniec tej bardzo ważnej dla mnie notki - ukłony dla Dove, która w swoich kampaniach próbuje zwrócić na to samo uwagę - że nie każda kobieta jest supermodelką, ale każda jest piękna. I nie potrzeba im wcale kuracji odchudzających, silikonu, botoksu ani photoshopa, za to bardzo, bardzo potrzebują to piękno w sobie odnaleźć i w siebie uwierzyć.

Nasze postrzeganie piękna jest skrzywione. Aż chce mi się chodzić po ulicach w koszulce z napisem "CELLULIT JEST FAJNY!".

17 czerwca 2008

TerracottaArmy.pl

Zainspirowany kolejnym, chorym martyrologiczno-uwielbieniowym pomysłem w naszym kraju - pomnikiem 21 857 żeliwnych męczenników, mających upamiętniać zbrodnię katyńską na 5 hektarach - przypomniałem sobie piosenkę zespołu Landmarq "Terracotta Army".

Jest to klu programu (jedno z dwojga, obok "Suite St. Helens") z ich debiutanckiej płyty "Solitary Witness" z 1992 roku. Bardzo dobry, ponadośmiominutowy utwór, oparty na miarowym rytmie kroków tytułowej armii (która, choć nieruchoma, gotowa jest w każdej chwili do marszu w obronie swego Cesarstwa), oszczędny w muzyce, ale bardzo przewrotny w treści.

Cesarz mianowicie buduje swoją armię, która na zawsze ma go chronić w grobowcu po wsze czasy:
The king:
"immortal, i will live forever
Death will not defeat me!
No mercy, any sacrifices,
The gods will find a way.
Forever, i will rule forever
Always to be feared.
Eternal, there will be no question
A life without decline."

Two thousand years
We stand
Two thousand years
Armia jest oczywiście na to gotowa - stworzona do wszystkich poświęceń dla swojego władcy:
The army:
"in danger, in times of danger,
We will live for your protection.
In peril, we will fight for freedom,
We will rise as one and vanquish all invaders.
Unchallenged, we remain unconquered
Captured in a timeless state.
Unseeing, hibernation waiting
We will always be on our guard".

Two thousand years
We stand
Two thousand years
Cesarz snuje plany utworzenia najwspanialszego królestwa:
The king:
"in worship, you will serve me proudly,
In silence and vocation.
In terror, i will hold the power,
There will never be an end to my existence.
My empire, i will build a city,
Seven hundred thousand labourers and scholars.
Devotion, intimidation,
I will justify the blood that i have spilt".

Two thousand years
We stand
Two thousand years
...i modli się o powrót do świata żywych i szansę na spełnienie swych marzeń:
The prayer:
Bring me a soul
Bring me the chance to walk the earth
Bring me the blood of life
Let it flow in my veins - let it flow.
Maybe once i lived before
Let me live again
Let me breathe again".
A na końcu - i tu właśnie tkwi przewrotność piosenki - Terakotowa Armia zdaje sobie sprawę, że władca nie wróci do życia i pewnie będzie już dawno zapomniany, ale oni nie - kilkutysięczna armia będzie żyła wiecznie:
The army:
"no meaning, there can be no feeling
Frozen for all time.
Existing, in our own dimension,
We will live beyond the king that did create us.
Immortal, we will live forever
Death will not defeat us!
Eternal, there will be no question
A life without decline".

Two thousand years
We stand
Two thousand years
Niestety, piosenka nie jest dostępna do przesłuchania ani na YouTube, ani na Last.fm (jeszcze), ani raczej w żadnym innym serwisie. Ale gdyby ktoś chciał tego posłuchać - a polecam - to niech się zgłosi :)

16 czerwca 2008

Koniec anonimowości

Około pół roku temu pisałem o Ghanburighanie - pierwszym i właściwie jedynym do dziś blogu, w jaki autentycznie wsiąkłem (inne czytywałem lub czytuję niejako z obowiązku, przy okazji albo po jak mi się przypomni) oraz o jego autorze. Dzisiaj - zupełnie przez przypadek - po pięciu latach dowiedziałem się, kim jest ten człowiek...

Ryzykuję złamanie ustaw o ochronie, ale wszyscy wiemy, że internet nie jest miejscem, gdzie wszyscy są anonimowi. Choć do dziwne, że mimo tego aż tak długo mi zajęło odkrycie tożsamości Krzysia (z drugiej jednak strony serwis Blogger daje dużo mniejszą anonimowość, niż blog.pl), a próbowałem wielokrotnie i na różne sposoby, posiłkując się urywkami informacji, jakie Ghan umieszczał tu i ówdzie na blogu. Dzisiaj jednak odkryłem prawdę i jestem przekonany, że go znalazłem.

Nazywa się Bohdan Pękacki i jest jednym z autorów serwisu zczuba.pl. Trafiłem tam dziś, chcąc poznać wynik meczu Polska-Chorwacja, i postanowiłem poczytać sobie arcyśmieszna relację minuta po minucie z owego meczu. Po przeczytaniu gdzieś jednej trzeciej nabrałem podejrzeń, a po połowie byłem już pewien - doskonale znam ten styl. I to znam go od pięciu lat. Jeden z trzech autorów tej relacji to właśnie Ghanburighan.

Zacząłem więc guglać ich nazwiska i to, co znalazłem o Bohdanie Pękackim doskonale zgadza się ze wszystkim, co wiem o Ghanburighanie - że jest żeglarzem (nowe dzieło Pękackiego to blog o żeglarstwie sportowym, gdzie pisze jako B.OH) oraz komentuje zawodowo piłkę nożną - np. w serwisie na-spalonym jako B.OH (a teraz na stronach sport.pl i zczuba.pl),
że lubi gry komputerowe i RPG (Pękacki należy/ał do Polskiego Towarzystwa Badania Gier) oraz próbuje sił jako autor SF, zarówno we własnym zakresie (na blogu publikował często fragmenty opowiadań) oraz na łamach czasopism Nowa Fantastyka (konkurs na najlepsze opowiadanie 2004 roku) i Magia i Miecz (gdzie opublikował tekst "Psycho-RPG"). Wreszcie - ma żonę Kasię. A wygląda tak:

Co najzabawniejsze, pewnego razu Ghan umieścił na blogu informację, kim jest. Tylko, że nie była podana za bardzo wprost, i dopiero komentarz mógł nieuświadomionych czytelników (w tym - mnie) na to naprowadzić, ale zupełnie z tego sobie nie zdałem sprawy...

Moja Lepsza Połówka już sobie żartowała, że teraz pewnie wybiorę się w pielgrzymkę do Warszawy, z transparentem jakimś, albo chociaż sobie ustawię jego ołtarzyk w pokoju. A prawda jest taka, że chciałbym się z tym człowiekiem kiedyś spotkać, postawić mu piwo i powiedzieć, że co by nie sądził, jego blog jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie kiedykolwiek znalazłem w sieci.

15 czerwca 2008

Rocznica

Na szóstą rocznice naszego poznania się z Moją Lepszą Połówką podarowałem jej zatrucie pokarmowe i niewydolność żołądka.

Jestem zajebisty...

Spaghetti, które zrobiliśmy (przepisu podawać nie będę, bo to nic nadzwyczajnego - sos knorra z paczki, makaron z Carrefoura, pomidory z puszki, plus mięsko i serek) było pyszne, ale sok bananowo-porzeczkowy okazał się zabójczy.

Note to self: soki w lodówce też się psują.

Niech mnie jasny szlag trafi.