10 czerwca 2008

Who’s Laughing Now, panie HotKey?

Po problemach ze skrótami klawiaturowymi, o których pisałem w bluzgach kilka dni temu, teraz, gdy już ochłonąłem, zacząłem się zastanawiać, jak to właściwie jest z tymi skrótami klawiaturowymi, że różne programy mogą się pod nie podpinać? I nie tylko pod klawiaturowe, bo przecież mam sobie myszkę, która ma kilka ekstra przycisków, robiących to i owo, ale niekoniecznie dokładnie to, co bym chciał – więc skoro jakiś program jeden z drugim potrafi mi przejąć skróty do pisania polskich liter, to może udałoby mi się znaleźć sposób na podpięcie pod inne skróty (np. z do niczego innego nieprzydatnym przyciskiem Windows) albo pod przyciski myszy akcje, które by mi przypasowały?

Wymyśliłem sobie na przykład, że pod przycisk myszy, pod który mam podpięte domyślnie (poprzez driver) otwarcie Mojego Komputera, mógłbym podpiąć Total Commandera, którego preferuję jako menedżer plików, albo np. Dashera, żeby go mieć pod ręką (to takie przyzwyczajenie z ostatniego okresu, który spędziłem na pisaniu pracy o współpracy Dashera z różnymi interfejsami dla niepełnosprawnych).

Grzebałem więc trochę w sieci w poszukiwaniu różnych Generic MultiMedia Keyborad Drivers, ale nic takiego nie znalazłem, a pisanie własnego drivera może i byłoby dobrym rozwiązaniem, ale zwyczajnie mi się nie chce. Pogrzebałem trochę głębiej – i voila, znalazłem coś takiego: open-source'owy programik AutoHotkey, pozwalający pisać skrypty przechwytujące różne zdarzenia na klawiaturze (i pewnie myszy też), pozwalając zmienić lub usunąć to, co jest z owymi wydarzeniami powiązane. Skrypty następnie są przerabiane na pliki wykonywalne, a po uruchomieniu zaszywają się w Systray'u (wywłaszczając tylko szczątkowe ilości mocy procesora i pamięci) i działają jak należy.

Ściągnąłem programik, zainstalowałem, przejrzałem tutoriala, napisałem skrypcik, uruchomiłem, przetestowałem, podpiąłem do autostartu w rejestrze, zresetowałem – i znowu volia, dosłownie kwadrans po tym, jak znalazłem program, już miałem to, co chciałem, czyli Dashera podpiętego zarówno pod skrót Win+D jak i pod rzeczony przycisk myszy, a skrót do Mojego Komputera, który wcześniej miałem pod Win+E wrzuciłem sobie do bardziej domyślnego Win+C.

Proste i genialne :) A z tego, co tu czytam, można w tych skryptach zrobić wiele, wiele więcej...

Storyteller

Kupiłem sobie ostatnio książkę. Pierwszy raz od dawna zawitałem do taniej księgarni na Brackiej i znów nie wyszedłem stamtąd z pustymi rękami. Znalazłem tam książkę "Duża Ryba" Daniela Wallace'a, na podstawie której w 2003 roku Tim Burton nakręcił swój najlepszy film (a rewelacyjnych filmów nakręcił wiele). Piękne wydanie w twardej oprawie, które widziałem w księgarniach już od dawna, tylko odrzucało mnie nazwisko tłumacza (Jerzy Łoziński wciąż zalega na mojej czarnej liście). Ale jak znalazłem ją przecenioną z 26 złotych do 10, postanowiłem jednak książkę przeczytać.

Książkę postanowiłem potraktować trochę jako ćwiczenie ze scenariopisarskiego reverse-engineeringu. Wpadłem na to niedawno, gdy przy okazji wieczorku filmowego u Luke'a przypomniałem sobie najpierw film, a potem książkę "Angielski pacjent". Książkę autorstwa Michaela Ondaatje, która po tym, jak się ukazała, została uznana za niemożliwą do sfilmowania, a którą Anthony Minghella przeniósł na ekran, tworząc arcydzieło nagrodzone dziewięcioma Oscarami. Pierwszy raz książkę przeczytałem chyba z 10 lat temu i bardzo niewiele z niej pamiętałem. Tylko tyle, że różniła się od filmu naprawdę znacząco – pamiętałem tylko kilka punktów wspólnych. Teraz, gdy do niej powróciłem, i to świeżo po obejrzeniu filmu, dostrzegłem, że podobieństw jest znacznie, znacznie więcej, i że przerobienie tej książki na scenariusz wcale nie musiało być takie karkołomne – książka jest napisana bardzo specyficznie, jej akcja toczy się w różnych miejscach i czasach, ale można w powieści znaleźć źródła praktycznie każdej sceny z filmu. Tak sobie właśnie myślałem, czytając tą książkę ponownie – jak scenarzysta wyłapywał z tych wszystkich opisanych wydarzeń te, które nadają się do zbudowania nieco innej, bardziej filmowej historii. Zbierał je, zmieniał niektóre elementy, usuwał niepotrzebnych bohaterów, łączył kilku w jednego, przesuwał lekko akcenty i naciski, tworząc genialny scenariusz. Takiej sztuki chciałbym się nauczyć.

Kiedyś było dla mnie nie do pomyślenia, żeby zmienić jakąś książkę przy przenoszeniu na film. "Ubika" Dicka, czy też jego "Płyńcie łzy moje..." wziąłbym jak leci i nakręcił dokładnie tak, jak jest. Największe zmiany, na jakie bym sobie pozwolił, to kosmetyczne – najwyżej usunąłbym najbardziej psychodeliczne sceny, żeby uniknąć zamieszania, oraz zaniechałbym tych wszystkich odjechanych strojów (jak tunika w kolorze pośladków pawiana, jaką nosił Joe Chip w bodaj trzecim rozdziale). Ale im więcej mam styczności z adaptacjami i ich pierwowzorami, z pracami i książkami o pisaniu scenariuszy, a wreszcie z książkami, które chętnie bym zobaczył na ekranie (a jeszcze chętniej – nakręcił), taka śmiałość do przerabiania tego, co dobre na papierze, ale niekoniecznie filmowe, do formy, która nadawałaby się na srebrny ekran, przychodzi mi coraz łatwiej, i teraz wiem, ze książce "Limes Inferior" należałoby nadać porządną, trzyaktową strukturę z wyraźnymi punktami zwrotnymi (książka jest pod tym względem mało przemyślana), a pozbyć się (z bólem, co prawda) kilku postaci (np. Fred Banfi), a z kolei książce mojego dzieciństwa "A w Patafii nie bardzo..." przydałby się bondowski w klimacie wstęp, przedstawiający porwanie profesora Pstrixa. Bo książki te, jakkolwiek dobre, jednak potrzebują nieco przerabiania, żeby zrobić z tego dobry, zrozumiały i ciekawy film. Choć nadal uważam, że "Ubik" jest cudownie filmową książką taka, jaka jest, i naprawdę niewiele w nim trzeba by poprawić. Doprawdy, nie rozumiem, dlaczego nikt tego jeszcze nie nakręcił.

Hm. Miało być o "Dużej Rybie" jako filmie, a skończyło się na rozważaniach o adaptacjach filmowych... Trudno, niezbadane są ścieżki błądzących myśli ;) O "Dużej Rybie" opowiem Wam kiedy indziej. Przerwę też w tym momencie, bo niebezpiecznie zbliżałem się do jeszcze jednego tematu – filmowych adaptacji Dicka – który też mi po głowie krąży. O nim też kiedyś jeszcze będzie :)

08 czerwca 2008

WTF: skróty klawiaturowe Office'a

Objawy: chciałem napisać maila do koleżanki, ale przy pierwszej próbie napisania literki "ę" zamiast napisać literkę "ę"... uruchomił mi się Excel. Przy próbie napisania "ć" uruchomił sie za to kalkulator. A gdy klikam na linku środkowym przyciskiem, z zamiarem otwarcia go w osobnej karcie Firefoksie, otwierają mi się "Moje dokumenty".

Ale się wkurwiłem.

Śledztwo: Wszystko zaczęło sie chyba od problemów, które mój komp miał nagle z moją myszką kilka dni temu. Za nic nie chciał jej rozpoznać jako mysz - co było dziwne, bo dotychczas nie miał z nią problemów - a to uparcie, gdy ją podpinałem, rozpoznawał mi i instalował sterowniki do "Multimedialnej Klawiatury" czy coś. I faktycznie - reagował na różne dodatkowe przyciski myszy, jak "wstecz", "zamknij" czy "przeskocz do innego okna" (taki odpowiednik alt+taba), ale na ruchy i zwykłe klikanie nie reagował za nic.

Udało mi się po kilkudziesięciu próbach, wypinaniach, wpinaniach, resetowaniach i wybieraniach sterowników doprowadzić system do stanu uzywalności, ale wtedy właśnie pojawił się problem ze środkowym przyciskiem myszy. Dało się to jeszcze znieść, ale gdy dzisiaj próbowałem napisać tego maila, to już trafił mnie szlag.

Jakim, kurwa, prawem jakiś jebany sterownik podpina mi sie pod klawiaturę i mysz, paraliżując totalnie pracę?

Rozwiązanie: znów metodą prób, błędów i resetów doszedłem przyczyny, którą okazał się programik MMkeybd.exe (w C:\Windows), który to postanowił się uruchamiać przy starcie systemu i mi brzuździć, wsadzając mi jakieś pieprzone, nieproszone skróty klawiaturowe. Znalazłem skurwiela w rejestrze, wywaliłem, a piszę tutaj głównie po to, żeby pamiętać na przyszłość albo też podpowiedzieć komuś, kto kiedyś natrafi na podobny problem.

PS: W pracy mam podobnie - tam z kolei pod skrót alt+c podpiął mi się program do konfiguracji karty graficznej (ATI Radeon). Gdy już odkryłem, gdzie się to wyłącza, wyłączyłem, i teraz co prawda gdy nacisnę alt+c nie uruchamia mi się ta cholerna aplikacja... ale nie dzieje się też nic innego, czyli "ć" też nie pisze. Gnojek. Będę musiał go w końcu też rejestrem potraktować, bo strasznie, niezmiernie mnie takie rzeczy wnerwiają.

No, i to kolejny powód, dla którego kupuję karty nVidii ;)

06 czerwca 2008

Odjechana promocja odjechanej kultury

Przyjdź do kina nago, a wejdziesz za darmo!

Zajebista sprawa. Jodorowsky jest tak odjechany, że bardzo taka promocja do jego filmów pasuje. Koleś miał kiedyś kręcić "Diunę" (ze scenografią Gigera, muzyką Floydów i z Salvadorem Dali jako Imperatorem Shaddamem IV), szkoda, że nic z tego nie wyszło, bo pewnie byłoby to coś nie do przebicia...

A odnośnie samej promocji - gdyby coś takiego było w Krakowie, to bym poszedł.


Fajnie by było też, gdyby ogólnie wydarzenia kulturalne promowane w równie interesujący sposób :)

05 czerwca 2008

The meaning of the word meh

W jednym odcinku (piąty drugiego sezonu, "The One with Five Steaks and an Eggplant") Friendsów na sekretarkę Chandlera nagrywa się dziewczyna, myśląc, że dodzwoniła się do swojego byłego faceta, Boba. Zostawia wiadomość, że fajnie by było się spotkać na jeszcze jedną, bonusową noc. Chandler postanawia ją poderwać. Po wspólnie spędzonej nocy opowiada swojemu przyjacielowi, Rossowi, jaki był niesamowity, i że ta dziewczyna najwyraźniej uważała tak samo. W tym momencie dziewczyna znów dzwoni, wciąż myśląc, że to numer Boba, i dwaj przyjaciele razem słuchają, jak kobieta opowiada o tym, z kim spędziła ostatnią noc. Chandler, udając Boba, pyta "jak było?", sądząc, że zaraz usłyszy komplementy pod swoim adresem, a dziewczyna mówi jedną sylabę: meh....

(cała scenka do obejrzenia tutaj - pierwszych 90 sekund)

Piekna to sylaba, idealnie nadająca się do wyartykułowania uczucia niespełnionych oczekiwań. Z tym, że należy odróżnić oczekiwania niespełnione od zawiedzionych - wiadomo, że te ostatnie mogą boleć, frustrować, a słowa, które je wyrażają, zwykle nadają się do ocenzurowania. Meh natomiast oznacza, że mieliśmy pewne oczekiwania, ale jednocześnie wcale nie wierzyliśmy, że zostaną one spełnione, i gdy rzeczywiście nie zostały - po prostu nie ma o czym mówić. Meh jest pozbawione pozytywnego czy negatywnego zabarwienia. Ot, takie proste stwierdzenie faktu.

Moje szczęście, że po piątej części Indiany Jonesa* nie spodziewałem się wiele - w sumie, ile można spodziewać się po filmie pod tytułem "Królestwo Kryształowej Czaszki"? Zwłaszcza, że był to jakiś szósty tytuł z kolei, a poprzednie propozycje wcale nie były lepsze... Tak więc na szczęście nie spodziewałem się specjalnie porywającej fabuły, zwłaszcza, że Indiana Jones nigdy nie był serią szczególnie ambitną - jak w całym Kinie Nowej Przygody (którego Indiana Jones, wraz z Luke'iem Skywalkerem i Martym McFly'em jest sztandarowym przedstawicielem), chodziło w nim przede wszystkim o wartką akcję i nieskrępowaną rozrywkę.

A jednak, nawet mimo wielu scen akcji, pościgów, strzelanin, bijatyk, walk na miecze i iście kaskaderskich wyczynów, niedosyt pozostał. Niedosyt nieco nawet wybijający się ponad obojętne meh. Bo meh odnosi się do tego jednego filmu w oderwaniu od całości serii - tak, jak ostatni odcinek trzeciego sezonu "How I Met Your Mother" był meh sam w sobie, ale serial nadal rządzi. Natomiast gdy postawi się "Kryształową Czaszkę" na tle poprzednich części, to naprawdę może się zrobić aż przykro - wcześniej dzielny archeolog poszukiwał Świętego Graala i Arki Przymierza, dotarł nawet do zaginionej Atlantydy, a tutaj? Metafizyka została zamieniona w kosmiczne wręcz bzdury. A bomba atomowa na początku i końcówka są mocno przegięte, nawet jak na Indianę Jonesa...

Z pozytywów: dobry jest młody (Shia LaBoeuf znowu ratuje superprodukcję - wcześniej stanowił jedyny pozytyw "Transformersów"), dobra jest ostatnia scena, sugerująca, że młody zajmie miejsce starego (co by nie było takie straszne), dobra jest walka szermiercza i jazda motocyklem po uczelnianej czytelni. Reszta jest co najwyżej średnia, a szalony staruszek (John Hurt) jest co najwyżej męczący.

Jasne, że piąty Indiana jest lepszy, niż wszystkie Skarby Narodów czy Sahary (o chybionym "Kodzie Da Vinci" nie wspomnę), ale jednak przez tych prawie 20 lat naprawdę można było wymyślić coś bardziej błyskotliwego...



* - "Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki" jest piątą częścią serii, nie czwartą. Czwartą była - o niebo lepsza, zresztą - gra "Indiana Jones and the Fate of Atlantis" z 1993 roku.

03 czerwca 2008

Skazany na .NETa

JCommerce, pokój Tampere, siedziba developerów Javy. Siedzi nas tu aktualnie trzynastu (były lekkie przetasowania personalne). Dwunastu sprawiedliwych klepie w Javie albo przegląda Onet (pozdrowienia dla Blejza ;), a ja jeden siedzę w kąciku, skazany na .NETa.

Różnie już było - a to koledzy z pokoju grozili mi linczem albo chociaż wygnaniem, a to robili mi kompromitujące zdjęcia z otwartym Visual Studio i książką do C# na stole - a ja nie dośc, że cierpię katusze bycia czarną owcą zespołu, to jeszcze muszę się męczyc z tym pieprzonym środowiskiem.

Siedzę tak sobie w moim kąciku i narzekam na różne małe, ale jednak istotne szczegóły, do których już tak przywykłem w Eclipsie i ogólnie, przy pracy z technologiami Javowymi, że bardzo mi ich brakuje w VS oraz przy pracy z C# i Truevision 3D (to taki framework, przepraszam, zrąb programowy czy programistyczny, do robienia grafiki i gier 3D, oparty na DirectX, który muszę rozpracowac, i właśnie dlatego jestem skazany na .NETa).

Jest tego trochę:

* czemu ten cholerny VS nie zamyka mi nawiasów? Takie to proste. Nawet, zdawałoby się, głupi DEV-C++ to ma. Nawet Zajączek 3.2 do pisania w PHP to ma.

* i przenosi mi otwarte klamry do następnej linijki, podczas gdy ja właśnie się nauczyłem Jednie Słusznej Drogi zostawiania ich w tej samej linijce...

* brakuje mi diabelnie takiego małego bajerku, który znam z Eclipse'a, gdzie po umieszczeniu kursora na jakimś identyfikatorze w kodzie edytor podświetla mi wszystkie wystąpienia tego samego identyfikatora w zasięgu lokalnym. Bardzo ułatwia to śledzenie przepływu programu bez konieczności odpalania, ustawiania breakpointów, a nawet wielokrotnego wciskania CTRL+F.

* czemu WSZYSTKO związane z Microsoftem jest albo płatne, albo wymaga rejestrowania się na tysiącu jakichś piekielnych serwisów? Ściągnięcie dowolnego tutoriala czy przykładowej aplikacji, napisanej pod Truevision, wymagało ode mnie podania tych cholernych danych tu i ówdzie i już się boję tego spamu czy jakichś cholernych newsletterów, którymi będę zasypywany...

* MSDN jest taaaakiiii wooolnyyy... strona, będąca encyklopedią i źródłem wiedzy na temat C# i innych .NETowych języków jest wypełniona mnóstwem niepotrzebnych wodotrysków, które potwornie spowalniają jej pracę. Tak mi tu brakuje prostych, opartych na trzech ramkach i czystym HTMLu reference guide'ów dotyczących Javy i pochodnych, które może nie wyglądają szałowo, ale działają błyskawicznie.

Dobra, nie będę więcej marudził. Powiem krótko: wolę Javę. A może nawet nie Javę, bo sam C# (to było moje pierwsze zetknięcie z tym językiem) wygląda w porządku i wcale taki straszny nie jest, ale jednak Eclipse zostawia Visual Studio w tyle...

02 czerwca 2008

Trzy taneczne weekendy

Obiecałem sobie, że nigdy nie będę się tłumaczył, że dawno nie pisałem, więc się nie tłumaczę.

Zdałem sobie sprawę wczoraj, że ostatnie trzy weekendy spędziłem oglądając różnorakie występy taneczne. A jako że były one naprawdę BARDZO różnorakie, a przy okazji wszystkie fantastyczne, czuję się zobligowany przez Sztukę herself do napisania o nich kilku ciepłych słów.

Od razu mówię, że specjalistą w żadnym wypadku nie jestem i będę się wypowiadał bardzo po laicku.

***

Zaczęło się dwa tygodnie temu, 18 maja, koncertem otwierającym krakowski Tydzień Flamenco. Występ miał miejsce w Domu Kultury Solvay i w programie, zanim doszło do samego flamenco zaprezentowane były tańce z różnych stron świata, z których Flamenco czerpie inspirację.

Był to taniec indyjski, tradycyjny, czyli ten świątynno-rytualny. W grupie była krewna Ani, niejaka Jagoda, która była fantastyczna, tak samo, jak reszta grupy - a gdybyście mieli kiedyś okazję taki indyjski taniec zobaczyc, koniecznie to zróbcie - to, co te kobiety wyprawiają z mięśniami (potrafią ruszac dowolnym mięśniem ciała nie ruszając żadnym innym - jeśli myślicie, że to jest łatwe, to spróbujcie) przechodzi ludzkie pojęcie. Wygląda to naprawdę świetnie, choc muzyka i śpiew czasami wwierca się w mózg, a wystrojone, przyozdobione i wymalowane dziewczyny czasem wyglądają wręcz demonicznie.

Drugim występem były tańce cygańskie. Zespół Amare Ciawe, który je przedstawiał, tańczył dopiero od roku i był dośc specyficzny - najmłodsza uczestniczka miała może 5 lat, cała była w cekinach i z racji swojego wieku niewiele więcej na tej scenie robiła, tylko się kręciła, ale i tak była urocza. Najstarsze członkinie natomiast miały lat może 14-15 i widac, że tańczą relatywnie od niedawna - grupa nie miała żadnego konkretnego układu tanecznego - za to umieją świetnie improwizowac i naprawdę dobrze odnajdywały się na scenie. No, i jedna z nich śpiewała cygańskie pieśni i była w tym rewelacyjna.

Trzecim występem był taniec brzucha do muzyki stricte arabskiej. Tańczyła jedna dziewczyna, niejaka Kamila Witalimska, i była naprawdę rewelacyjna, a oglądając jej występ utwierdziłem się w przekonaniu, że tancerka tańca brzucha musi trochę tego brzucha miec, nie może byc idealnie szczupła - i to jest dobre, w dobie chorej pogoni za idealną figurą ludzkośc zapomina, że naprawdę idealna kobieca figura nie musi, a nawet nie może byc tyczką, że kobieta powinna miec trochę ciałka i wcale nie powinna się tego wstydzic. Pod tym względem występ miał bardzo pozytywne przesłanie dydaktyczne :) A że było na co popatrzec, to już dodatkowy atut - jak to mówi Blaze, "łakocie i witaminy".

Na koniec pierwszej części wróciły tancerki indyjskie, teraz jednak tańczyły tańce bollywoodzkie, czyli takie rodem z filmów indyjskich. Nie doczekałem się muzyki z "Czasem słońce, czasem deszcz", ale to tak naprawdę wszystko to samo. Dziewczyny, rzecz jasna, były fantastyczne.

Tak skończyła się częśc pierwsza, a ja, choc byłem tak zachwycony, że dowolny z występów dla mnie mógłby trwac wiecznie, to jednak sobie myślałem, że organizatorzy występu po prostu zebrali co się dało, i podpięli pod to ideologię, że z tego wszystkiego wywodzi się flamenco. Druga częśc występu pokazała mi, że się myliłem.

Jako pierwszy wystąpił zespół Arie Andaluz, który był wszechstronny - grał, śpiewał i tańczył. Także pokazywał pewne korzenie flamenco z muzyce hiszpańskiej i meksykańskiej, ale samo
flamenco wystąpiło tu raczej w graniu i śpiewaniu.

Flamenco w formie tańca pokazał ostatni zespół, klu programu, czyli La Pasion. Dziewczyny były, jak zawsze, rewelacyjne, choc nie tak rewelacyjne, jak im się zdarzało wcześniej (na przykład - niezapomniany występ na Wietora), a moja ulubiona Karolina Kursa była daleka od swojej zwykłej formy (prawdopodobnie dlatego, że kilka dni wcześniej wróciła z Korei i była na niewielu próbach). Ale i tak było na co popatrzec i czego posłuchac, zwłaszcza w drugiej części występu, gdzie za muzykę służył tylko wygrywany przez Kaję Będkowską rytm na cajonie, magicznym bębenku do flamenco (w którym zakochał się Viggen).

Generalnie cały koncert był fantastyczny i, jak powiedziałem, dowolny jego fragment by wystarczył za cały występ i było w czym wybierac, a występ flamenco w drugiej części niósł ze sobą echa wszystkich źródeł, zaprezentowanych w części pierwszej - muzyki indyjskiej, cygańskiej, bałkańskiej i arabskiej. I nawet nie najwyższa forma La Pasion (i Karoliny Kursy) nie był w stanie zatrzec tego obrazu.

***

Tydzień później zostałem przez Lucy zaproszony na jubileusz 35-lecia Zespołu Tańca Ludowego "Krakowiak". Lucy tam występowała, a razem ze mną na widowni siedział Luke, który sam tańczył ludowo przez dobrych 8 lat swojego życia, i gdyby nie jego obecnośc i "komentarze z offu", prawdopodobnie nie byłbym w stanie docenic tak bardzo tego występu. A dzięki niemu, jego znajomości tego wszystkiego, oraz dzięki ogólnemu biesiadnemu nastrojowi na scenie i na widowni mnie także udzielił się ten klimat i bawiłem się przednio.

Lucy zatańczyła w Lublinie i na końcu, w Krakowiaku, a ze wszystkich zaprezentowanych tańców najbardziej porywające były tańce górali żywieckich (chłopaki z laskami rządzą) oraz tańce sądeckie - rewelacja. Naprawdę, takie występy przekonują, że flamenco flamenkiem, ale nasz folklor jest wcale nie gorszy i nie mamy się zupełnie czego wstydzic.

***

A wczoraj byliśmy na występie tańca nowoczesnego. Zaprezentowały się dwa zespoły: Flesz Dance, wywodzący się z tańca cheerleaderek, oraz teatr tańca Forma. Ten pierwszy to był taki "support" na początek i na koniec imprezy. Dziewczyny tańczyły do muzyki z Matrixa, do disco, house i hip-hopu, i generalnie niby wszystko fajnie - ruszają się dobrze, rytmicznie, muzyka ogólnie znośna (oprócz tych momentów, gdy jest nieznośna), ale ogólne wrażenie takie, że przed takim czymś, co one zaprezentowały, ja uciekam, nie oglądając MTV.

Na szczęście przyszły dziewczyny (i jeden chłopak) z grupy Forma (w której tańczy nasza koleżanka Karolina, ale o niej jeszcze będzie) i pokazały klasę, do której pięt nie dorastają (wiem, że to jakiś zawiły błąd frazeologiczny) dziewczyny z Flesz Densu. Cztery przedstawienia teatralno-taneczne:

* "Baby", do genialnej muzyki Kapeli Ze Wsi Warszawa, stanowiły kwintesencję polskiej ludowej kobiecości (tchnęło to klimatami przyśpiewek z zeszłotygodniowego występu Krakowiaka) i były po prostu rewelacyjne. Tańczyła tu też wspomniana Karolina, ale o niej jeszcze będzie.

* "Zwierciadło" opowiadało historię trzech kobiet, które w zwierciadle oglądają swoje pragnienia: jedna, twarda kobieta biznesu, chciałaby był bardziej wyluzowana i dziecinna, druga, starsza pani, chciałaby byc młoda, a trzecia, nieśmiała, chciałaby byc ostrą laską. I właśnie tą ostrą laską była Karolina, która nas po prostu zwaliła z nóg tym, jak wyglądała w czerwonej sukni, i jak tańczyła.

* "Ad Libitum" było jakieś odjechane - muzyczny punktualizm, który ilustrował pierwszą częśc tego tańca, nie jest tym, co w muzyce lubię, dopiero w drugiej części muzyka zrobiła się normalna, coś zaczęło się dziac, i było jakby lepiej, ale bez rewelacji.

* "Cz@towanie na miłośc" na koniec opowiadało o parze, która poznaje się na czacie. Była to częśc najbardziej teatralna, a dziewczynę odgrywała znów Karolina, która ze swoją mimiką i teatralnością gestów była naprawdę przeurocza. Jedyny facet w zespole, który tutaj wystąpił, też był świetny, a końcówka - choc ja wiedziałem, że tak będzie - dośc przewrotna. Ogólnie - rewelacja.

***

Wyczerpałem już chyba asortyment tańców do oglądania na najbliższy czas, ale każde doświadczenie z ostatnich trzech weekendów mnie wzbogaciło i zostawiło ślad, który nie przeminie. Polecam taką rozrywkę, bo to - znów zacytuję Blejza - "łakocie i witaminy", i balsam dla oczu, i dla uszu, i dla duszy.