Bosh, jaki ten język jest głupi czasami, aż głowa boli...
Mam sobie klasę Bonzo, a w niej prywatną zmienną statyczną oraz publiczną statyczną funkcję do obsługi tej zmiennej:
//plik "bonzo.h"
class Bonzo
{
private:
static int LONGEST;
public:
static void setLongest(int i) { LONGEST = i; }
}
a w innym pliku mojego programu korzystam z tej funkcji wprost:
Bonzo::setLongest(6);
i nie mogę dojść, dlaczego kompilator, a dokładnie linker, wywala mi najbardziej chyba irytujący błąd w historii, czyli LNK2001:
error LNK2001: unresolved external symbol "private: static int Bonzo::LONGEST" (?LONGEST@Bonzo@@0HA)
Długa i dokłada analiza "Symfonii C++" Grębosza utwierdziła mnie w przekonaniu, że wszystko powinno być ok, bo przecież statyczne elementy klas mają zasięg globalny (a nie tylko ograniczony do jednego pliku, jak to jest z obiektami statycznymi globalnymi).
Dalsza lektura oświeciła mnie, że sama deklaracja zmiennej statycznej w klasie to jeszcze za mało, że oprócz tego potrzebna jest definicja, najlepiej widoczna z punktu, w którym się do tej zmiennej odnosimy. Już samo to jest pierwszym idiotyzmem języka, ale to nie wszystko.
Dodałem sobie bowiem do pliku "bonzo.h" linijkę:
int Bonzo::LONGEST;
i nic. Błąd jest dalej, co prawda inny - różny w zależności od tego, w którym miejscu powyższą linijkę umieszczę (przed czy po definicji klasy), ale kompilować się dalej nie chce.
Siedzę tak i czytam tego Grębosza, patrzę na ten kod, eksperymentuję z wsadzaniem tej cholernej definicji po różnych innych plikach i nic nie chce działać...
W końcu wsadziłem tą deklarację na początek pliku, w którym wywołuję funkcję Bonzo::setLongest... i wszystkie problemy znikają jak ręką odjął... ktoś wie, dlaczego?
...
...
...
ODPOWIEDŹ: Bo gdy definiujesz metodę klasy wewnątrz tej klasy, a nie poza nią, to ona automatycznie jest traktowana jak funkcja inline. Czyli jej kod jest wstawiany WPROST w miejsce, w którym jest wywoływana. Czyli w moim przypadku - wprost do pliku, gdzie jest wywołana funkcja.
Bosh, jaki ten język jest głupi czasami, aż głowa boli...
31 października 2007
30 października 2007
Such a rookie mistake...
Note to self: jeśli piszesz w C++ po dłuższej przerwie i coś ci bardzo nie chce działać, przejrzyj poniższą listę:
1. Kompilator nie wie, co to string, vector albo list? A pamiętałeś o using namespace std; ?
2. Rookie mistake, który zdarza mi się za KAŻDYM razem:
*Klasa instancja; // ŹLE!!!!
Klasa *instancja; //dobrze!
Ale patrząc z dobrej strony, C++ czasem pozwala na wiele:
3. vector <int (*)(void)> pProceed;
Mój dzisiejszy wynalazek. Wektor wskaźników do funkcji. A funkcje są statyczne i należą do różnych klas. Generalnie mały hardkor, ale - co najdziwniejsze - działa :)
1. Kompilator nie wie, co to string, vector albo list? A pamiętałeś o using namespace std; ?
2. Rookie mistake, który zdarza mi się za KAŻDYM razem:
*Klasa instancja; // ŹLE!!!!
Klasa *instancja; //dobrze!
Ale patrząc z dobrej strony, C++ czasem pozwala na wiele:
3. vector <int (*)(void)> pProceed;
Mój dzisiejszy wynalazek. Wektor wskaźników do funkcji. A funkcje są statyczne i należą do różnych klas. Generalnie mały hardkor, ale - co najdziwniejsze - działa :)
:: Należy do:
Jest Informatycznie,
Notes to self
Koncertowo
Gdy słucham muzyki, czasem mam różne pomysły na wizualizacje, albo nawet teledyski do niektórych piosenek - często nawiązujące treścią, czasem tylko klimatem, w każdym razie często muzyka w uszach łączy się u mnie z ruchomymi obrazami w wyobraźni. W ten sposób na przykład wymyśliłem wizualizacje do niektórych płyt w całości - dokładnie mam wyobrażoną "Subterraneę" IQ albo "Scenes from a memory" Dream Theater.
Zwykle obrazy te są po prostu ilustracją do treści utworów czy całych albumów. Są jednak zespoły, których wizualizacji nie wyobrażam sobie inaczej, niż po prostu samych wykonawców, grających swoją muzykę. Są to grupy, które brzmią tak niesamowicie, że żadna wymyślna ilustracja nie jest im potrzebna. Należą do nich m.in. brytyjski Pendragon i norweska Madrugada - najlepszy zespół świata. Tych ostatnich chciałbym kiedyś zobaczyć na żywo i dałbym każde pieniądze, żeby to uczynić. Tych pierwszych widziałem - w 2001 w Krakowie, na pierwszym prawdziwym koncercie w moim życiu, i było to niesamowite przeżycie.
Bo z koncertami to jest tak, że ja nie przepadam za nagraniami audio z koncertów. Tzn. jeśli znam zespołu nagrania studyjne, to niespecjalnie poruszają mnie te same kawałki w wersji live. Co innego oczywiście grupy, które wydają tylko nagrania live (np. wszyscy bardowie - SDM, LFB, Kaczmarski), ale generalnie płyty LIVE grup grających też w studiu mnie nie kręcą.
Co innego jednak koncert zobaczyć - na własne oczy ujrzeć, jak ci ludzie tworzą własnymi umiejętnościami, niejako własnoręcznie, a nie za pośrednictwem komputerów czy playbacku, muzykę, którą tak uwielbiam. Dlatego też moim marzeniem jest zobaczyć kiedyś grupę Yes wykonujących swoje najlepsze kawałki ("Close to the Edge"!!!) w czasach swojej młodości i największej sprawności. Sięga to nawet ekstremum w postaci Jordana Rudessa, klawiszowca Dream Theater, którego słuchać nawet na albumach studyjnych jest ciężko, ale widziałem go dwukrotnie (w tym raz na żywo) i to, co on wyprawiał palcami na klawiaturze, przechodziło ludzkie pojęcie...
To wszystko to był taki wstęp do wspomnień o trzech koncertach, które ostatnio widziałem.
1. Coma - obiecałem, że napiszę. Widziałem ich pierwszy raz gdzieś na początku roku, w Studio. Teraz - w ramach festiwalu Piosenki Studenckiej - grali na AE. Co prawda ten wcześniejszy koncert był lepszy, ale i na tym ostatnim się dobrze bawiłem, zwłaszcza, że podszkoliłem się w repertuarze i znałem prawie wszystkie piosenki. Zagrali ich mniej, ale wybór był bardzo trafny - zwłaszcza, ze na bis zagrali na życzenie publiczności (w tym i moje) "Sto tysięcy jednakowych miast". Poza tym było głośno, rockowo i z pazurem, a Rogucki naprawdę ma świetny kontakt z publicznością. Następny ich koncert ma być chyba nawet za miesiąc, znów w Studiu, ale już chyba na niego nie pójdę - poczekam na następną płytę.
2. W górach jest wszystko co kocham - projekt muzyczno-poetycko-górski, zrzeszający wiele różnych osobistości (Pelton, Robert Marcinkowski) i grup (Na Bani, Siudma Góra oraz oczywiście Dom o Zielonych Progach), grający i śpiewający w klimatach mocno bellonowskich. To jest jeden z tych magicznych koncertów, na których się nie skacze i rzuca na stojących dookoła, by zostać przeniesionym na drugą stronę widowni na rękach współuczestniczących, tylko się siedzi i słucha - najlepszą i najgłębszą muzykę można po tym poznać (Marillion "Recital of the Script" albo Gentle Giant, o którym za chwilę). Natomiast miało tam też miejsce coś, z czym się jeszcze nigdy nie spotkałem - gdy wykonawcy schodzili ze sceny, publiczność śpiewała dalej. I tak śpiewała, dopóki wykonawcy na scenę nie wrócili zabisować. Fantastyczna atmosfera.
3. Gentle Giant - tym razem już nie na żywo, ale też warte wspomnienia. Koncert z '74 albo '75 roku, w studiu belgijskiej stacji telewizyjnej ZDF, zawiera piosenki z ich pierwszych płyt (od "Gentle Giant" z '70 do "Power and the Glory" z '75). Ogromną radość na oczu sprawia oglądanie wykonawców (zespół składał się wtedy z pięciu osób), którzy na scenie grają na dobrych kilkunastu różnych instrumentach - prócz standardowej perkusji, syntezatora, gitary elektrycznej i basowej mamy też skrzypce, wiolonczelę, kilka różnych fletów, wspaniałą solówkę na cymbałach, rozmaite instrumenty perkusyjne oraz niejeden wokal. I wszystko to na niesamowicie wysokim poziomie. Gdy tak słucham (i widzę) muzyków z tych lat, zawsze nachodzą mnie myśli, że kto to widział coś takiego dzisiaj - ludzi potrafiących grać na więcej niż jednym instrumencie i to z taką perfekcją; zespoły z więcej niż jednym wokalistą, w którym ci wokaliści uzupełniają się nawzajem; wreszcie zespoły, o których naprawdę można powiedzieć, że tworzą zespół - że nie gra każdy sobie, ale że ich melodie idealnie ze sobą współgrają, w idealnej harmonii potrafią grać naprawdę długie utwory i świetnie się w nich odnajdują. Arcymistrzami tego był Yes, ale Gentle Giant i Genesis niewiele im ustępują.
Szkoda, że takich koncertów jak ten ostatni nie zobaczę już nigdy na żywo (a nagrań jest niestety niewiele). Natomiast wspomniane wcześniej koncerty o tak różnych atmosferach także należą do chlubnych wyjątków na tle współczesnej muzyki rozrywkowej, gdzie najczęściej wystarczy jeden lub kilku (ew. jedna lub kilka) pięknych i młodych, którzy (które) nic więcej nie robią, tylko latają po scenie z mikrofonem i śpiewają z playbacku do muzyki puszczanej z taśmy. Dziś już mało kto chce oglądać prawdziwych instrumentalistów w akcji, grających prawdziwą Muzykę na prawdziwych instrumentach. Na szczęście kilku zapaleńców jeszcze jest, więc istnieje także nadzieja :)
Zwykle obrazy te są po prostu ilustracją do treści utworów czy całych albumów. Są jednak zespoły, których wizualizacji nie wyobrażam sobie inaczej, niż po prostu samych wykonawców, grających swoją muzykę. Są to grupy, które brzmią tak niesamowicie, że żadna wymyślna ilustracja nie jest im potrzebna. Należą do nich m.in. brytyjski Pendragon i norweska Madrugada - najlepszy zespół świata. Tych ostatnich chciałbym kiedyś zobaczyć na żywo i dałbym każde pieniądze, żeby to uczynić. Tych pierwszych widziałem - w 2001 w Krakowie, na pierwszym prawdziwym koncercie w moim życiu, i było to niesamowite przeżycie.
Bo z koncertami to jest tak, że ja nie przepadam za nagraniami audio z koncertów. Tzn. jeśli znam zespołu nagrania studyjne, to niespecjalnie poruszają mnie te same kawałki w wersji live. Co innego oczywiście grupy, które wydają tylko nagrania live (np. wszyscy bardowie - SDM, LFB, Kaczmarski), ale generalnie płyty LIVE grup grających też w studiu mnie nie kręcą.
Co innego jednak koncert zobaczyć - na własne oczy ujrzeć, jak ci ludzie tworzą własnymi umiejętnościami, niejako własnoręcznie, a nie za pośrednictwem komputerów czy playbacku, muzykę, którą tak uwielbiam. Dlatego też moim marzeniem jest zobaczyć kiedyś grupę Yes wykonujących swoje najlepsze kawałki ("Close to the Edge"!!!) w czasach swojej młodości i największej sprawności. Sięga to nawet ekstremum w postaci Jordana Rudessa, klawiszowca Dream Theater, którego słuchać nawet na albumach studyjnych jest ciężko, ale widziałem go dwukrotnie (w tym raz na żywo) i to, co on wyprawiał palcami na klawiaturze, przechodziło ludzkie pojęcie...
To wszystko to był taki wstęp do wspomnień o trzech koncertach, które ostatnio widziałem.
1. Coma - obiecałem, że napiszę. Widziałem ich pierwszy raz gdzieś na początku roku, w Studio. Teraz - w ramach festiwalu Piosenki Studenckiej - grali na AE. Co prawda ten wcześniejszy koncert był lepszy, ale i na tym ostatnim się dobrze bawiłem, zwłaszcza, że podszkoliłem się w repertuarze i znałem prawie wszystkie piosenki. Zagrali ich mniej, ale wybór był bardzo trafny - zwłaszcza, ze na bis zagrali na życzenie publiczności (w tym i moje) "Sto tysięcy jednakowych miast". Poza tym było głośno, rockowo i z pazurem, a Rogucki naprawdę ma świetny kontakt z publicznością. Następny ich koncert ma być chyba nawet za miesiąc, znów w Studiu, ale już chyba na niego nie pójdę - poczekam na następną płytę.
2. W górach jest wszystko co kocham - projekt muzyczno-poetycko-górski, zrzeszający wiele różnych osobistości (Pelton, Robert Marcinkowski) i grup (Na Bani, Siudma Góra oraz oczywiście Dom o Zielonych Progach), grający i śpiewający w klimatach mocno bellonowskich. To jest jeden z tych magicznych koncertów, na których się nie skacze i rzuca na stojących dookoła, by zostać przeniesionym na drugą stronę widowni na rękach współuczestniczących, tylko się siedzi i słucha - najlepszą i najgłębszą muzykę można po tym poznać (Marillion "Recital of the Script" albo Gentle Giant, o którym za chwilę). Natomiast miało tam też miejsce coś, z czym się jeszcze nigdy nie spotkałem - gdy wykonawcy schodzili ze sceny, publiczność śpiewała dalej. I tak śpiewała, dopóki wykonawcy na scenę nie wrócili zabisować. Fantastyczna atmosfera.
3. Gentle Giant - tym razem już nie na żywo, ale też warte wspomnienia. Koncert z '74 albo '75 roku, w studiu belgijskiej stacji telewizyjnej ZDF, zawiera piosenki z ich pierwszych płyt (od "Gentle Giant" z '70 do "Power and the Glory" z '75). Ogromną radość na oczu sprawia oglądanie wykonawców (zespół składał się wtedy z pięciu osób), którzy na scenie grają na dobrych kilkunastu różnych instrumentach - prócz standardowej perkusji, syntezatora, gitary elektrycznej i basowej mamy też skrzypce, wiolonczelę, kilka różnych fletów, wspaniałą solówkę na cymbałach, rozmaite instrumenty perkusyjne oraz niejeden wokal. I wszystko to na niesamowicie wysokim poziomie. Gdy tak słucham (i widzę) muzyków z tych lat, zawsze nachodzą mnie myśli, że kto to widział coś takiego dzisiaj - ludzi potrafiących grać na więcej niż jednym instrumencie i to z taką perfekcją; zespoły z więcej niż jednym wokalistą, w którym ci wokaliści uzupełniają się nawzajem; wreszcie zespoły, o których naprawdę można powiedzieć, że tworzą zespół - że nie gra każdy sobie, ale że ich melodie idealnie ze sobą współgrają, w idealnej harmonii potrafią grać naprawdę długie utwory i świetnie się w nich odnajdują. Arcymistrzami tego był Yes, ale Gentle Giant i Genesis niewiele im ustępują.
Szkoda, że takich koncertów jak ten ostatni nie zobaczę już nigdy na żywo (a nagrań jest niestety niewiele). Natomiast wspomniane wcześniej koncerty o tak różnych atmosferach także należą do chlubnych wyjątków na tle współczesnej muzyki rozrywkowej, gdzie najczęściej wystarczy jeden lub kilku (ew. jedna lub kilka) pięknych i młodych, którzy (które) nic więcej nie robią, tylko latają po scenie z mikrofonem i śpiewają z playbacku do muzyki puszczanej z taśmy. Dziś już mało kto chce oglądać prawdziwych instrumentalistów w akcji, grających prawdziwą Muzykę na prawdziwych instrumentach. Na szczęście kilku zapaleńców jeszcze jest, więc istnieje także nadzieja :)
:: Należy do:
Jedyna Słuszna Muzyka,
Kulturka
23 października 2007
Złe miłego początki
Ponieważ słońce już zaszło, mogę już nieco dzień pochwalić.
1. Przedmiot "Przetwarzanie Obrazów" po fatalnej pierwszej laborce, z której nic nie wyniosłem i nic nie zrozumiałem, zaczyna przedstawiać się coraz fajniej - dzisiaj było naprawdę fajnie i choć nie wszystko zdążyliśmy zrobić, przynajmniej rozumiemy treści zadań, potrafimy wypełnić ich cele oraz wiemy, czego szukać przy wyciąganiu wniosków.
2. Pogoda się poprawiła - nie było już tak zimno i nieprzyjemnie, i mniej siąpiło.
3. A na karaoke przyszły aż trzy osoby! (including me, of course) Jacob z Isią się w końcu zebrali i choć nie udało mi się wyciągnąć ich do śpiewania, to jest szansa, że jak poćwiczą w domu, to już za tydzień się uda. Kto wie, może za tydzień wreszcie zbierze się też Sim... Generalnie zapraszam wszystkich, bo w jedności siła itd. itp.
A skoro już przy karaoke jesteśmy, to małe podsumowanie:
Za pierwszym razem, na początku października, poszliśmy tylko z Xavexem. Zmęczyłem obecnych dwoma piosenkami Beatlesów ("Come Together" i "I Am The Walrus"), nieudanym wykonaniem "Land of Confusion" Genesis oraz "Tonacją" Comy w wykonaniu kościelnym (jak to podsumował Kuba, prowadzący imprezę ;) XaveX natomiast bardzo udanie zaśpiewał "Wish You Were Here" Floydów.
Tydzień temu, gdy po raz drugi odwiedziłem Fisher Pub, tym razem z Simem, który postanowił spróbować Lady Pank, z tym, że "Kryzysowa Narzeczona" okazała się kapryśna i nie chciała dobrze wyświetlać tekstu. Sim więc zadowolił się "Zawsze tam gdzie ty". Ja natomiast znów wyryczałem Comę (tym razem "Święta") i ponownie podwójną dawkę Beatlesów ("Taxman" i "Being for the Benefit of Mr Kite", skwitowane pytaniem "co oni palili?"* )
Wczoraj natomiast, prócz wciśniętej mi przez Kubę Comy ("Leszek Żukowski", dobrze, że w zeszłym tygodniu zapoznałem się z ich pierwszą płytą, bo to by była porażka) i niezbyt udanej "Sztuki Latania" Lady Pank (polubiłem ich niezmiernie ostatnio, a z tą piosenką mam bardzo miłe wspomnienia) uraczyłem trójkę obecnych Brytyjczyków (prócz Jacoba była jeszcze jakaś para z południa Anglii) ich narodowym zespołem, śpiewając ponownie "I am the Walrus" i "Maxwell's Silver Hammer", które się bardzo spodobało, a którego oni, jak się okazało, nie znali.
Na koniec więc sypnę garstką porad, wyniesionych z własnego doświadczenia, dotyczących karaoke:
Po pierwsze, nie ma żadnego odsłuchu, w związku z czym nie słyszy się samego siebie podczas śpiewania. Ja wiem, że trudno w to uwierzyć, ale naprawdę tak jest.
Po drugie, nie wystarczy myśleć, że się zna piosenkę. Trzeba ją naprawdę znać, żeby dobrze ją wykonać - przejechałem się na tym choćby przy Genesis czy Lady Pank.
Nie chcę bynajmniej nikogo zniechęcać, wręcz przeciwnie - przecież to tylko zabawa :) Mam nadzieję więc, że zobaczymy się już w następny wtorek w Fisher Pubie :)
------
* LSD, oczywiście^.
^ Wiem, że tego się nie paliło, to skrót myślowy.
1. Przedmiot "Przetwarzanie Obrazów" po fatalnej pierwszej laborce, z której nic nie wyniosłem i nic nie zrozumiałem, zaczyna przedstawiać się coraz fajniej - dzisiaj było naprawdę fajnie i choć nie wszystko zdążyliśmy zrobić, przynajmniej rozumiemy treści zadań, potrafimy wypełnić ich cele oraz wiemy, czego szukać przy wyciąganiu wniosków.
2. Pogoda się poprawiła - nie było już tak zimno i nieprzyjemnie, i mniej siąpiło.
3. A na karaoke przyszły aż trzy osoby! (including me, of course) Jacob z Isią się w końcu zebrali i choć nie udało mi się wyciągnąć ich do śpiewania, to jest szansa, że jak poćwiczą w domu, to już za tydzień się uda. Kto wie, może za tydzień wreszcie zbierze się też Sim... Generalnie zapraszam wszystkich, bo w jedności siła itd. itp.
A skoro już przy karaoke jesteśmy, to małe podsumowanie:
Za pierwszym razem, na początku października, poszliśmy tylko z Xavexem. Zmęczyłem obecnych dwoma piosenkami Beatlesów ("Come Together" i "I Am The Walrus"), nieudanym wykonaniem "Land of Confusion" Genesis oraz "Tonacją" Comy w wykonaniu kościelnym (jak to podsumował Kuba, prowadzący imprezę ;) XaveX natomiast bardzo udanie zaśpiewał "Wish You Were Here" Floydów.
Tydzień temu, gdy po raz drugi odwiedziłem Fisher Pub, tym razem z Simem, który postanowił spróbować Lady Pank, z tym, że "Kryzysowa Narzeczona" okazała się kapryśna i nie chciała dobrze wyświetlać tekstu. Sim więc zadowolił się "Zawsze tam gdzie ty". Ja natomiast znów wyryczałem Comę (tym razem "Święta") i ponownie podwójną dawkę Beatlesów ("Taxman" i "Being for the Benefit of Mr Kite", skwitowane pytaniem "co oni palili?"* )
Wczoraj natomiast, prócz wciśniętej mi przez Kubę Comy ("Leszek Żukowski", dobrze, że w zeszłym tygodniu zapoznałem się z ich pierwszą płytą, bo to by była porażka) i niezbyt udanej "Sztuki Latania" Lady Pank (polubiłem ich niezmiernie ostatnio, a z tą piosenką mam bardzo miłe wspomnienia) uraczyłem trójkę obecnych Brytyjczyków (prócz Jacoba była jeszcze jakaś para z południa Anglii) ich narodowym zespołem, śpiewając ponownie "I am the Walrus" i "Maxwell's Silver Hammer", które się bardzo spodobało, a którego oni, jak się okazało, nie znali.
Na koniec więc sypnę garstką porad, wyniesionych z własnego doświadczenia, dotyczących karaoke:
Po pierwsze, nie ma żadnego odsłuchu, w związku z czym nie słyszy się samego siebie podczas śpiewania. Ja wiem, że trudno w to uwierzyć, ale naprawdę tak jest.
Po drugie, nie wystarczy myśleć, że się zna piosenkę. Trzeba ją naprawdę znać, żeby dobrze ją wykonać - przejechałem się na tym choćby przy Genesis czy Lady Pank.
Nie chcę bynajmniej nikogo zniechęcać, wręcz przeciwnie - przecież to tylko zabawa :) Mam nadzieję więc, że zobaczymy się już w następny wtorek w Fisher Pubie :)
------
* LSD, oczywiście^.
^ Wiem, że tego się nie paliło, to skrót myślowy.
:: Należy do:
Jedyna Słuszna Muzyka,
Kulturka,
Studia
Słowo na dziś: EMO
Jest 14:41, a przysłowie mówi "nie chwal dnia przed zachodem słońca", ale chwalić go nie zamierzam, więc czuję się usprawiedliwiony.
1. Pogoda jest wybitnie chujowa. Z trudem zwlokłem się z łóżka, choć spałem solidne 8 godzin. Z podobnym trudem przychodzi mi każde przekroczenie progu z wnętrza w plener.
2. Nie poszedłem na laborki z SysOpów, gdyż sala 330 H-6 na AGH jest tragiczna jeśli chodzi o dydaktykę. Nie wiem, czy ona jest położona nad jakąś żyłą wodną, czy co, ale jeszcze NIGDY z ŻADNYCH zajęć w tej sali (a miałem ich niemało - rok Informatyki na AiRze, C++, Javę i Techniki Internetowe na Infie) nie wyniosłem żadnej konkretnej wiedzy. Komputery są badziewne i bezmyślnie poustawiane, światło jakieś ciemne, tablica parszywa, ekranu pod projektor brak, sufit dziurawy, a akustyka po prostu fatalna.
3. Na dwóch osobnych przedmiotach korzystamy teraz z MS Visio. Nie rozumiem tylko, czemu nie możemy korzystać z jednej wersji, tylko musimy używać dwóch różnych. A jeśli już używamy dwóch różnych, to czemu do cholery nie są one ze sobą w żaden sposób kompatybilne? A tak w ogóle to czy ten program potrafi coś więcej, niż tylko rysowanie bloczków i strzałek?
4. A pogoda jest chujowa.
5. Na dodatek pan od "Inżynierii Oprogramowania" nie bardzo potrafi sprecyzować temat zadania. Szkoda, bo ten przedmiot zapowiadał się ciekawie, a pod koniec semestru jest z tego egzamin. I ja chętnie bym się tego nauczył, ale prowadzący jest średnio komunikatywny, sala znów ma kiepską akustykę (tym razem 201 C-3), no i ten pieprzony Visio 2002.
6. W związku z poprzednimi trzema punktami - całe zajęcia z Inżynierii przesiedziałem na nonsensopedii, czytając o emo. Ciekawe to słówko jest rozwiązaniem wielu moich problemów - od dawna szukałem jakiegoś określenia na taką postawę życiową, i okazało się, że słowo takie istnieje, i na dodatek jest to cała subkultura. Widzieliście "Małą miss"? Kojarzycie brata tytułowej bohaterki? Emo pełną gębą...
7. Wspominałem już, że pogoda jest chujowa?
8. A wczoraj oglądałem "Spider-Mana 3". Nic więcej mówić nie muszę - ten film parodiuje się sam.
9. Wieczorem - karaoke :) Mam nadzieję, że wreszcie będzie nas więcej niż dwie osoby...
1. Pogoda jest wybitnie chujowa. Z trudem zwlokłem się z łóżka, choć spałem solidne 8 godzin. Z podobnym trudem przychodzi mi każde przekroczenie progu z wnętrza w plener.
2. Nie poszedłem na laborki z SysOpów, gdyż sala 330 H-6 na AGH jest tragiczna jeśli chodzi o dydaktykę. Nie wiem, czy ona jest położona nad jakąś żyłą wodną, czy co, ale jeszcze NIGDY z ŻADNYCH zajęć w tej sali (a miałem ich niemało - rok Informatyki na AiRze, C++, Javę i Techniki Internetowe na Infie) nie wyniosłem żadnej konkretnej wiedzy. Komputery są badziewne i bezmyślnie poustawiane, światło jakieś ciemne, tablica parszywa, ekranu pod projektor brak, sufit dziurawy, a akustyka po prostu fatalna.
3. Na dwóch osobnych przedmiotach korzystamy teraz z MS Visio. Nie rozumiem tylko, czemu nie możemy korzystać z jednej wersji, tylko musimy używać dwóch różnych. A jeśli już używamy dwóch różnych, to czemu do cholery nie są one ze sobą w żaden sposób kompatybilne? A tak w ogóle to czy ten program potrafi coś więcej, niż tylko rysowanie bloczków i strzałek?
4. A pogoda jest chujowa.
5. Na dodatek pan od "Inżynierii Oprogramowania" nie bardzo potrafi sprecyzować temat zadania. Szkoda, bo ten przedmiot zapowiadał się ciekawie, a pod koniec semestru jest z tego egzamin. I ja chętnie bym się tego nauczył, ale prowadzący jest średnio komunikatywny, sala znów ma kiepską akustykę (tym razem 201 C-3), no i ten pieprzony Visio 2002.
6. W związku z poprzednimi trzema punktami - całe zajęcia z Inżynierii przesiedziałem na nonsensopedii, czytając o emo. Ciekawe to słówko jest rozwiązaniem wielu moich problemów - od dawna szukałem jakiegoś określenia na taką postawę życiową, i okazało się, że słowo takie istnieje, i na dodatek jest to cała subkultura. Widzieliście "Małą miss"? Kojarzycie brata tytułowej bohaterki? Emo pełną gębą...
7. Wspominałem już, że pogoda jest chujowa?
8. A wczoraj oglądałem "Spider-Mana 3". Nic więcej mówić nie muszę - ten film parodiuje się sam.
9. Wieczorem - karaoke :) Mam nadzieję, że wreszcie będzie nas więcej niż dwie osoby...
:: Należy do:
Bluzgi,
Jest Informatycznie,
Studia
22 października 2007
Political Fiction
Miałem już nie pisać o polityce ani o wyborach, ale vis maior - snów się nie wybiera (a przynajmniej ja nie potrafię ;)
Śniło mi się bowiem, że byłem z grupą jakichś ludzi (prócz Grzesia Wrony, kolegi ze studiów, nikt konkretny - ot, typowe senne konstrukty ludzkie) w V LO, ale nauczyciele nie mieli, co z nami robić, więc wysłali nas do pani profesor Wolff, która usadziła nas w ławkach i rozdała takie śmieszne broszurki.
Okazało się, że broszurki te zostały wydane przez Kaczyńskiego i zawierają petycję - do podpisania przez nas - o unieważnienie i powtórzenie ostatnich (czyli wczorajszych) wyborów. Broszurka zawierała także mnóstwo artykułów uściślających dlaczego niby należy wybory unieważnić. Powodów była masa - od niskiej frekwencji (!!!) poprzez ciągłe ataki na Tuska, PO i cały Front, a skończywszy na tym, że trzy dni przed wyborami Jarek Kaczyński zobaczył UFO i to na pewno oni (kosmici) też w tym wszystkim maczali palce.
Wszyscy moi towarzysze grzecznie broszurkę wypełniali i składali podpisy, a ja tylko siedziałem i się śmiałem...
Tyle snu. A piszę o nim nie tylko dlatego, że był zabawny, ale też dlatego, że skłonił mnie do pewnej refleksji:
Drogi Panie Premierze, stwierdzenie, że to, że nie wygraliście wyborów, że PO dostało dużo więcej głosów od Was, jest winą Frontu, Układu, Gazety Wyborczej czy nawet Kosmitów, jest zwykłą obrazą dla inteligencji Polaków. Jest insynuacją, że Polak nie może podjąć samodzielnie przemyślanej decyzji, że każda decyzja, która jest odmienna od wizji Pana Premiera musi być fałszywa, podpowiedziana, wymuszona czy wstrzyknięta za pomocą hipnozy albo marsjańskich implantów podskórnych. Pan Premier widocznie nie dopuszcza możliwości, że fakt, że przegrał wybory może być spowodowany po prostu tym, że Polakom nie spodobało się to, co wyprawiał z krajem przez ostatnie dwa lata. Do jasnej ciasnej - w końcu mamy demokrację! Większość wybiera - i większość wybrała, z czym Pan Premier musi się, niestety pogodzić. Dostaliście swoją szansę dwa lata temu, i schrzaniliście ją dokumentnie, a Polak - jak się ku mojej niezmiernej radości okazało - jest nie w ciemię bity, i drugi raz tej szansy Panu Premierowi nie da.
I wcale mi nie jest przykro.
Śniło mi się bowiem, że byłem z grupą jakichś ludzi (prócz Grzesia Wrony, kolegi ze studiów, nikt konkretny - ot, typowe senne konstrukty ludzkie) w V LO, ale nauczyciele nie mieli, co z nami robić, więc wysłali nas do pani profesor Wolff, która usadziła nas w ławkach i rozdała takie śmieszne broszurki.
Okazało się, że broszurki te zostały wydane przez Kaczyńskiego i zawierają petycję - do podpisania przez nas - o unieważnienie i powtórzenie ostatnich (czyli wczorajszych) wyborów. Broszurka zawierała także mnóstwo artykułów uściślających dlaczego niby należy wybory unieważnić. Powodów była masa - od niskiej frekwencji (!!!) poprzez ciągłe ataki na Tuska, PO i cały Front, a skończywszy na tym, że trzy dni przed wyborami Jarek Kaczyński zobaczył UFO i to na pewno oni (kosmici) też w tym wszystkim maczali palce.
Wszyscy moi towarzysze grzecznie broszurkę wypełniali i składali podpisy, a ja tylko siedziałem i się śmiałem...
Tyle snu. A piszę o nim nie tylko dlatego, że był zabawny, ale też dlatego, że skłonił mnie do pewnej refleksji:
Drogi Panie Premierze, stwierdzenie, że to, że nie wygraliście wyborów, że PO dostało dużo więcej głosów od Was, jest winą Frontu, Układu, Gazety Wyborczej czy nawet Kosmitów, jest zwykłą obrazą dla inteligencji Polaków. Jest insynuacją, że Polak nie może podjąć samodzielnie przemyślanej decyzji, że każda decyzja, która jest odmienna od wizji Pana Premiera musi być fałszywa, podpowiedziana, wymuszona czy wstrzyknięta za pomocą hipnozy albo marsjańskich implantów podskórnych. Pan Premier widocznie nie dopuszcza możliwości, że fakt, że przegrał wybory może być spowodowany po prostu tym, że Polakom nie spodobało się to, co wyprawiał z krajem przez ostatnie dwa lata. Do jasnej ciasnej - w końcu mamy demokrację! Większość wybiera - i większość wybrała, z czym Pan Premier musi się, niestety pogodzić. Dostaliście swoją szansę dwa lata temu, i schrzaniliście ją dokumentnie, a Polak - jak się ku mojej niezmiernej radości okazało - jest nie w ciemię bity, i drugi raz tej szansy Panu Premierowi nie da.
I wcale mi nie jest przykro.
:: Należy do:
Mieszkam w Polsce,
Senne Marzenia
z linii Frontu
Obiecałem Karolinie, że nie będę pisał o polityce. Muszę tą obietnicę złamać, ale obiecuję jednocześnie, że tylko ten jeden raz, mając nadzieję, że do kolejnej notki na tematy okołowyborcze nie dojdzie w najbliższym czasie :)
Dzisiejszy dzień od 5 rano spędziłem na linii frontu, czyli w obwodowej komisji wyborczej. Na dodatek w moim własnym obwodzie, w związku z czym byłem drugą osobą, która tam zagłosowała (ubiegł mnie jakiś gościu, który wstąpił po drodze do pracy zaraz po otwarciu drzwi komisji, kiedy ja jeszcze zajęty byłem pieczętowaniem kart). Dało mi to możliwość obejrzenia wyborów w skali mikro, choć z odniesieniem tego do skali globalnej musiałem poczekać do godziny 23 z minutami, kiedy dowiedziałem się, co się działo tymczasem w reszcie kraju.
Frekwencja była ogromna - na 1255 osób w spisie dostaliśmy 955 kart, z których pozostało nam niecałe sto. Gdyby wybory trwały jeszcze godzinę, na pewno by ich nam zabrakło, co zresztą ponoć miało miejsce w kilku komisjach w kraju. Miałem też pobieżny przegląd przez mieszkańców mojego obwodu wyborczego i średnia wieku jest bardzo wysoka, w związku z czym tym bardziej zaskakujące były wyniki...
Widocznie babcie w moim obwodzie wiedzą jak pilnować swoich dowodów albo po prostu ich wnuczkowie wiedzą, że nie muszą ich im chować. PO dosłownie zmiażdżyło wszystkich pozostałych, zdobywając prawie 500 głosów na 860 wszystkich. Sam Gowin zgarnął o kilkadziesiąt głosów więcej, niż cały PiS. Wyniki LPRu i Samoobrony (3 głosy!) były jeszcze bardziej marginalne, niż najbardziej marginalnych partii (PPP i Partii Kobiet).
Nie wiem, co się stało, że Polacy tak bardzo się zebrali i tak tłumnie ruszyli do wyborów. Przez cały czas siedzenia w komisji, a potem liczenia głosów, doszedłem do wniosku, że kampania informacyjna i namawiająca do wyborów (nie - na konkretne partie, tylko ogólnie do wyborów) była w tym roku, jakby to powiedzieć, WYBORNA ;) Spot "W wyborach twój głos nigdy nie jest jeden" i seria spotów i reklamówek stylizowanych na materiały promocyjne IKEI ("PARLAMENT - zrób to sam!") były strzałem w dziesiątkę, ale to nie tylko to. Porównując liczbę nieważnych i błędnie oddanych głosów dwa lata temu i dzisiaj wywnioskowałem, że ludzie nie tylko ruszyli tłumnie, ale też ruszyli rozumnie - nie było kart pokreślonych w jakiś bezsensowny sposób, a tylko jedna karta miała dopisek o głosowaniu w rękawiczkach (a głos na niej i tak był ważny). Tak czy inaczej, jestem z mojego narodu dzisiaj bardzo, bardzo dumny, tak dumny, jak nie byłem od bardzo dawna.
A potem dowiedziałem się, jakie były wyniki globalnie, co się stało, jak pięknie mówił Tusk i jakiego idiotę z siebie zrobił Kaczor (teraz nie ma Układu, teraz jest Front). I to było miłe, ale nieopanowana radość ogarnęła mnie, gdy usłyszałem o osiągach Samoobrony, a co dużo ważniejsze - LPRu. Mimo, ze polityka mnie nigdy nie interesowała i nigdy się na niej nie znałem, miałem i nadal mam ochotę skakać z radości - nie będę już musiał oglądać burackiej mordy Jędrka Lepieja i końskiej gęby Romana Wielkie G. Ten ostatni nawet ponoć zapowiedział, że gdy jego partia nie wejdzie do parlamentu, zrezygnuje z posady szefa LPRu :) Co za radość... Oczywiście nie wierzę, żeby to zrobił, ale tak czy inaczej - co za radość...
Na koniec - ja zdaję sobie sprawę, że nie od razu zdarzą się cuda. Ja na pewno jestem na tyle realistą, że nie mogę powiedzieć z pełnią przekonania, że "no, teraz to wreszcie będzie dobrze". Ale sukces w postaci usunięcia LPRu i Leppera z rządu jest dla mnie całkowicie na daną chwilę satysfakcjonujący :)
I chyba aż sobie kupię koszulkę z napisem "Głosowałem na PO" i będę ją nosił z dumą.
PS. Tak, to ja :) Nie podmienili mnie ;)
Dzisiejszy dzień od 5 rano spędziłem na linii frontu, czyli w obwodowej komisji wyborczej. Na dodatek w moim własnym obwodzie, w związku z czym byłem drugą osobą, która tam zagłosowała (ubiegł mnie jakiś gościu, który wstąpił po drodze do pracy zaraz po otwarciu drzwi komisji, kiedy ja jeszcze zajęty byłem pieczętowaniem kart). Dało mi to możliwość obejrzenia wyborów w skali mikro, choć z odniesieniem tego do skali globalnej musiałem poczekać do godziny 23 z minutami, kiedy dowiedziałem się, co się działo tymczasem w reszcie kraju.
Frekwencja była ogromna - na 1255 osób w spisie dostaliśmy 955 kart, z których pozostało nam niecałe sto. Gdyby wybory trwały jeszcze godzinę, na pewno by ich nam zabrakło, co zresztą ponoć miało miejsce w kilku komisjach w kraju. Miałem też pobieżny przegląd przez mieszkańców mojego obwodu wyborczego i średnia wieku jest bardzo wysoka, w związku z czym tym bardziej zaskakujące były wyniki...
Widocznie babcie w moim obwodzie wiedzą jak pilnować swoich dowodów albo po prostu ich wnuczkowie wiedzą, że nie muszą ich im chować. PO dosłownie zmiażdżyło wszystkich pozostałych, zdobywając prawie 500 głosów na 860 wszystkich. Sam Gowin zgarnął o kilkadziesiąt głosów więcej, niż cały PiS. Wyniki LPRu i Samoobrony (3 głosy!) były jeszcze bardziej marginalne, niż najbardziej marginalnych partii (PPP i Partii Kobiet).
Nie wiem, co się stało, że Polacy tak bardzo się zebrali i tak tłumnie ruszyli do wyborów. Przez cały czas siedzenia w komisji, a potem liczenia głosów, doszedłem do wniosku, że kampania informacyjna i namawiająca do wyborów (nie - na konkretne partie, tylko ogólnie do wyborów) była w tym roku, jakby to powiedzieć, WYBORNA ;) Spot "W wyborach twój głos nigdy nie jest jeden" i seria spotów i reklamówek stylizowanych na materiały promocyjne IKEI ("PARLAMENT - zrób to sam!") były strzałem w dziesiątkę, ale to nie tylko to. Porównując liczbę nieważnych i błędnie oddanych głosów dwa lata temu i dzisiaj wywnioskowałem, że ludzie nie tylko ruszyli tłumnie, ale też ruszyli rozumnie - nie było kart pokreślonych w jakiś bezsensowny sposób, a tylko jedna karta miała dopisek o głosowaniu w rękawiczkach (a głos na niej i tak był ważny). Tak czy inaczej, jestem z mojego narodu dzisiaj bardzo, bardzo dumny, tak dumny, jak nie byłem od bardzo dawna.
A potem dowiedziałem się, jakie były wyniki globalnie, co się stało, jak pięknie mówił Tusk i jakiego idiotę z siebie zrobił Kaczor (teraz nie ma Układu, teraz jest Front). I to było miłe, ale nieopanowana radość ogarnęła mnie, gdy usłyszałem o osiągach Samoobrony, a co dużo ważniejsze - LPRu. Mimo, ze polityka mnie nigdy nie interesowała i nigdy się na niej nie znałem, miałem i nadal mam ochotę skakać z radości - nie będę już musiał oglądać burackiej mordy Jędrka Lepieja i końskiej gęby Romana Wielkie G. Ten ostatni nawet ponoć zapowiedział, że gdy jego partia nie wejdzie do parlamentu, zrezygnuje z posady szefa LPRu :) Co za radość... Oczywiście nie wierzę, żeby to zrobił, ale tak czy inaczej - co za radość...
Na koniec - ja zdaję sobie sprawę, że nie od razu zdarzą się cuda. Ja na pewno jestem na tyle realistą, że nie mogę powiedzieć z pełnią przekonania, że "no, teraz to wreszcie będzie dobrze". Ale sukces w postaci usunięcia LPRu i Leppera z rządu jest dla mnie całkowicie na daną chwilę satysfakcjonujący :)
I chyba aż sobie kupię koszulkę z napisem "Głosowałem na PO" i będę ją nosił z dumą.
PS. Tak, to ja :) Nie podmienili mnie ;)
:: Należy do:
Mieszkam w Polsce,
Życie Świadome
Subskrybuj:
Posty (Atom)