08 stycznia 2008

Garstka statystyk

W ostatniej notce, w akapicie zaczynającym się od liczby 3, na cztery zdania (w tym jedno wielokrotnie złożone) SIEDEM RAZY użyłem – w różnych formach – słowa "płyta".

Zastrzelcie mnie…

PS. Wiem, że pisałem XaveXowi, że prawdziwy grafoman nie przeprasza za styl, no, ale mimo wszystko… zastrzelcie mnie… ;)

05 stycznia 2008

Nieforemne placki

Specjalnie dla wszystkich sylwestrowych niedowiarków poniżej podaję przepis na danie, które wynalazła (albo skądś zdobyła, nie wiem) moja mama, a które ja nazwałem – ze względu na kształt (bądź jego brak) – "Nieforemnymi plackami" (ang. "Shapeless pie").

Lista składników jest łatwa do zapamiętania, bo składa się z samych czwórek:

  • 4 piersi z kurcząt
  • 4 łyżki majonezu
  • 4 łyżki mąki
  • 4 jaja
  • 20 (4 x 5) dag sera żółtego
  • 20 (4 x 5) dag pieczarek
  • przyprawy do woli (polecam pieprz, bazylię, oregano, ostrą paprykę jak kto lubi)
  • można spróbować dodać kukurydzę z puszki (pomysł Łucji, naszej czarodziejki od kukurydzy ;)

(powyższe ilości wystarczają dla czterech osób jako obiad na dwa dni).

Przepis prosty jak drut: siekamy kurze cyce, trzemy ser, szatkujemy pieczarki, wbijamy jajka i mieszamy generalnie wszystko razem, aż będzie wymieszane porządnie. Potem formujemy placki na patelni i smażymy, aż będzie usmażone. Mała rada: placki nie powinny być za duże, bo się rozwalają przy przewracaniu. Naprawdę, nie większe niż szpatuła, której będziecie używać.

Proste jak budowa cepa, pożywne i naprawdę smaczne, szczególnie nadaje się na wyjazdy dłuższoterminowe (np. Anglia - żywiliśmy się tym przez jakiś czas). Na wczorajszym wieczorku filmowo-pożegnalnym Karoliny potrawa zebrała pozytywne recenzje i wszystkim smakowała, więc wiecie już, że nie ściemniałem ;)

Polecam i życzę smacznego!

04 stycznia 2008

Panie i panowie: krótka refleksja

Na męskim wieczorku pod znakiem Testosteronu oglądaliśmy z chłopakami film duetu Konecki+Saramonowicz pod takim właśnie tytułem - filmową adaptację ich sztuki teatralnej, wystawianej choćby w Bagateli (BTW: panowie, w styczniu wystawiają to w dniach 17-20 stycznia, idziemy?)

Sonia mówiła, że to film częściowo o kobietach, natomiast Luke upierał się, że on jest jednak stanowczo o facetach. Rozmyślałem sobie o tym i naszła mnie refleksja, że mimo wszystko jednak on trochę o kobietach jest, a to dlatego, że o naszej płci nie da się opowiedzieć w oderwaniu od płci pięknej. Zauważcie - filmy o kobietach (dzieła Almodovara czy "babskie kino" w stylu Stalowych Magnolii czy Smażonych Zielonych Pomidorów) potrafią opowiadać o kobietach przez pryzmat innych kobiet, praktycznie bez udziału mężczyzn. Natomiast gry opowiada się o facetach, to te baby jednak zawsze gdzieś tam są - jako kontekst.

Pomijam tutaj temat filmów o Prawdziwej Męskiej Przyjaźni ("Strach na wróble" czy inne amerykańskie buddy movies), bo one jednak nie są stricte o facetach, tylko właśnie o tej dziwnej męskiej przyjaźni. Ciekawe, że takich filmów się w Polsce nie kręci - doprawdy, "Testosteron" był pierwszym i bodaj jedynym filmem na ten temat, jaki potrafię przytoczyć. Najbliżej (geograficznie) nas był słowacki reżyser Martin Sulik i jego świetne "Słoneczne miasto" z 2005 roku. U nas kręciło się co najwyżej albo "mocne męskie kino sensacyjne" spod znaku Pasikowskiego i jego Psów (gdzie nie było dialogów, tylko same odzywki), albo kretyńskie komedie - z braku lepszego słowa - sensacyjne w reżyserii Olafa Lubaszenki ("Chłopaki się płaszczą" i jego jeszcze bardziej denne klony). Jeden tylko Koterski ratował sytuację. A teraz, na całe szczęście, dołączyli do niego Konecki i Saramonowicz, którzy - zamiast tekstów, pożal się Boże, kultowych - potrafią przekazać w swoim filmie trochę treści i trochę prawdy o życiu i o ludziach. I o facetach, rzecz jasna.


03 stycznia 2008

Ostatnie muzyczne zakupy

Przed sylwestrem zagadałem się z XaveXem, który opowiadał mi, że właśnie przeprowadza ostatnie muzyczne zakupy przed pewnym okresem czasu, kiedy nie będzie sobie mógł na takowe pozwolić z powodów różnych pożyczek, kredytów, nowych mieszkań i pewnie ślubów. Postanowił więc wydać trochę kasy w internetowym sklepie Rock Serwisu w celu zakupienia kilku płyt, które zawsze chciał mieć w oryginale – tak, jak ja mam takich kilka(dziesiąt), z których część wisi na liście po lewej. Gdy tak sobie rozmwialiśmy, udało mu się namówić mnie do kupienia kilku razem z nim.

1. Postanowiłem jednak najpierw sprawdzić, czy nie ma lepszych ofert na allegro. Po krótkich poszukiwaniach znalazłem "Close to the Edge" Yesa za 16 zł, więc niewiele myśląc zakupiłem. Xav podrzucił mi tą płytę relatywnie wcześnie – mniej więcej na początku mojej podróży ścieżką Jedynej Słusznej Muzyki, zaraz po tym, jak poznałem pierwsze płyty Marilliona, Pendragona i Pink Floydów. Moim zdaniem wręcz za wcześnie – nie jest to łatwy zespół i stanowczo nie jest to łatwa płyta, w związku z czym na początku zupełnie mi nie podeszła, tak samo, jak na początku nie podeszła mi "Dark Side of the Moon", do której musiałem przekonywać się ponad rok. Z Yesem było jeszcze gorzej, bo zanim w pełni poznałem i pokochałem tą płytę minęły co najmniej dwa lata...

Teraz natomiast tytułowego, osiemnastominutowego utworu mogę słuchać dosłownie w kółko, za każdym tak samo rozkoszując się tym, co kiedyś potrafiły wyczyniać Prawdziwe Zespoły – pięciu ludzi, którzy potrafili grać tak niebywale skomplikowane melodie w tak nietypowych metrach, ze zmiennym tempem, rytmem, linią melodyczną... Progresja tego utworu jest absolutnie fenomenalna, a fragment między 15 a 16 minutą zawiera absolutnie najgenialniejszą solówkę na klawiszach w historii muzyki... każdej. Żadne Chopiny czy Liszty nie mogą się równać z Rickiem Wakemanem, prawdziwym wirtuozem klawiszy.

Drugi utwór "And You and I" nie jest specjalnie porywający, przynajmniej na początku – jest trochę zbyt spokojny. Jeśli jednak pozwoli mu się rozwinąć, to naprawdę okazuje się być tego wart. Płytę zamyka także świetny, dziewięciominutowy "Siberian Khatru", podobnie energiczny i dziki jak utwór tytułowy. Całość składa się na jedno z największych arcydzieł (jeśli nie największe w ogóle) muzyki progresywnej – wydaną w 1972 roku płytę, którą gdy się już pozna, to nigdy się o niej nie zapomni.

2. Przy okazji szukania płyty powyższej postanowiłem poszukać także innego dzieła Yesa – wcześniejszej o rok płyty "Fragile", jeszcze z Brufordem na perkusji (na "Close..." zastąpił go już Alan White – Yes chyba nie nagrał nigdy dwóch płyt w tym samym składzie*), bo choć doceniam i wielbię "Close..." jako prawdziwe arcydzieło, to jednak to właśnie "Fragile" pozostaje moją ulubioną ich płytą – taką, do której wracam najczęściej, której mogę słuchać w każdym nastroju, taką płytą-pewniakiem. "Fragile" składa się z dziewięciu utworów. Cztery z nich to pełnoprawne, rzekłbym "pełnometrażowe" piosenki, będące wspólnym dziełem wszystkich członków zespołu, każda z nich rewelacyjna, a najbardziej otwierająca "Roundabout" i zamykająca "Heart of the Sunrise", gdzie w pięciominutowym wstępie gitarzysta Howe i basista Squire wyczyniają rzeczy niesamowite w idealnej harmonii.

Tych pięć "dużych" utworów przetkanych jest pięcioma mniejszymi, z których każdy opiera się na talencie jednego z członków zespołu – w "Cans and Brahms" Wakeman daje czadu na klawiszach, w "We Have Heaven" Anderson śpiewa pięć partii wokalnych na raz, "Five Per Cent For Nothing" to zabawa Bruforda perkusją, a "Mood For a Day" to lekka melodyjka grana przez Howe'a na gitarze akustycznej. Z tych małych dzieł najlepsze jest zdecydowanie "The Fish (Schindleria Praematurus)", gdzie – z wyjątkiem perkusji w tle i wokalu pod koniec – wszystkie linie melodyczne grane są przez Squire'a na basie – rewelacja.

"Fragile" znalazłem na allegro, ale z zakupem jeszcze się wstrzymałem do nowego roku. I dobrze, bo wczoraj przechodziłem przez rynek z forsą, która mi dosłownie wypalała kieszeń – miałem okrutną chcicę trochę jej wydać. Wstąpiłem więc do komisu w Music Cornerze (polecam – kupiłem tam kiedyś za 20 zeta "Pop" U2, najlepszą płytę wszech czasów) z myślą, że jak znajdę tam mojego wymarzonego Yesa, to z nim wyjdę. I znalazłem. I wyszedłem. Ach, marzenie...

3. Ale "Fragile" nie był jedyną płytą, z którą stamtąd wyszedłem. Przeglądając pobieżnie półki komisu dostrzegłem jeszcze jedną płytę – Grzesiu przed świętami wspominał mi o płycie nowego polskiego zespołu progresywnego Satellite
"Into the Night". Oczywiście śpiewają po angielsku, bo rock progresywny po polsku zwyczajnie nie brzmi dobrze (jedyna grupa, której to wychodzi, to Coma, a i to tylko przypadkiem), ale płyta jest bardzo nowa (2007 rok – co to robiło w komisie?), ma fantastyczną, gotycko-klimatyczną okładkę (nie pierwszy raz kupuję płytę dla samej okładki – swego czasu z podobnej przyczyny kupiłem "The City" Vangelisa i były to najlepiej wydane pieniądze w moim życiu, gdyż okazało się to być jego najgenialniejszym dziełem ever), świetną cenę (20 zł), a przesłuchanie paru fragmentów przed kupieniem dawało nadzieję na coś fajnego (w większości brzmi oczywiście progresywnie, ale czasem zaciąga Future Sound of London, a ja ich bardzo lubię). I tak, wydawszy 40 złotych, wyszedłem zadowolony z dwoma nowymi płytami do płytoteki.

Satellite podobno grali jako support na koncertach Riverside'a, ale muszę przyznać, że chyba podchodzą mi nawet bardziej niż Rzekibrzeg, który niestety zbyt często brzmi pretensjonalnie, a niektóre kawałki są po prostu kiepskie ("Artificial Smile"). Po kilku wstępnych przesłuchaniach muszę stwierdzić, że "Into the Night" brzmi fantastycznie – gotycki klimat okładki bardzo oddaje nastrój utworów, a delikatne melodie gitary i basu, ze świetnym podkładem rytmicznym i wokalem przypominają mi najwspanialszą płytę polskiej muzyki – ukochane przeze mnie po wsze czasy "Kolory" grupy Firebirds. Ogniste ptaki nie tworzą już od dawna, ale ja na płytę w klimacie ich debiutu czekam nieświadomie już od wielu lat, a wszystko wskazuje na to, że mogłem ją dostać właśnie od Satellite. I kto wie, może nawet zaśpiewane po polsku nie brzmiałoby to tak źle...


* oczywiście, że nagrał – choćby wspomniane "Close to the Edge" i późniejsze o rok monumentalne dzieło "Tales from Topographic Oceans" w swoim najlepszym składzie Anderson-Wakeman-Howe-Squire-White.

22 grudnia 2007

Fora Microsoftu

Zajebiście pomocni są niektórzy ludzie na forach FAQ Microsoftu, gdy się zwrócić do nich z problemem:

http://www.tutorials-win.com/WindowsXP/Invert-stereo/

Mam podobny problem i jakie słyszę porady? "Usiądź tyłem do ekranu", "Tylko idioci mają takie problemy", "Stań na głowie", ja pierdzielę...

laTOOLarus

Spotkałem dzisiaj w mieście Piotrka L., który wspomniał o zespole Tool, któremu kiedyś dałem szansę i stwierdziłem, że nie jest to psychodeliczne, ale jest łomotliwe, i na tym moja przygoda z Toolem się skończyła. Piotrek namówił mnie na to, żebym spróbował jeszcze raz.

Spróbowałem - faktycznie, nie jest to łomotliwe. Ale dalej mi się nie podoba, przykro mi ;)

21 grudnia 2007

Kowtow *

Dawno dawno temu Magazyn Wyborczej (to, co teraz nazywa się "Dużym Formatem") opublikował reportaż na temat dzienników webowych, popularnie zwanych blogami. Opisana w nim była historia romansu pewnej kobiety z pewnym facetem, za plecami jej męża. Uderzył mnie potwornie fakt, że kobieta opisywała na forum publicznym rzeczy, które z drugiej strony ukrywała przed swoim mężem. Ta i kilka innych historii przytoczonych w owym reportażu sprawiły, że stałem się przeciwnikiem blogów na wieki.

Minęło kilka lat. Nastała jesień roku 2003. Kilka tygodni minęło od powrotu z pierwszych żagli w moim życiu, kiedy postanowiłem skompletować teksty różnych piosenek szantowo-poezjośpiewano-ogniskowych, które sobie na tym wyjeździe śpiewaliśmy. Drugą albo trzecią piosenką, jakiej szukałem, było "Maki, chabry i malwy". Wpisałem więc fragment tekstu w googla, kliknąłem "szukaj", po czym nieopatrznie kliknąłem na pierwszy wyświetlony link. Zapomniałem o tym, że przy poszukiwaniu tekstów piosenek po fragmentach tych tekstów pierwszych 20 adresów, jakie wyświetla Google, to blogi. Dopiero po kliknięciu na adres zauważyłem, że jego elementem jest to znienawidzone słowo. Ustawiłem więc wskaźnik myszy na przycisku "wstecz" i czekałem, aż strona się załaduje, co by natychmiast z niej wyjść.

Byłem zbyt wolny. Zanim kliknąłem, mój wzrok padł na kilka zdań pierwszej notki, otwierającej bloga (tak się złożyło, że tekst "Maków…" był częścią jednej z pierwszych napisanych tam notek). Wsiąkłem…

Nie wiem, co dokładnie sprawiło, że wsiąkłem. Może fakt, że nie był to różowy, koffany blogasek, z mnóstwem animowanych emotikon, z gwiazdkami latającymi za wskaźnikiem myszki, potwornie zwalniając przy tym komputer, z misiami gdzie tylko padnie wzrok czytelnika. A może to była treść, choć naprawdę nie wiem, które ze zdań pierwszej notki (która w dużej części składała się z cytatu z piosenki Johna Donne'a) tak do mnie trafiło… Może to:

nie jestem kobietą - i jest to ostatnia rzecz w sprawie której można mi ufać. To nie będzie szczery blog - nie jestem w stanie zdobyć na szczerość wobec siebie, a szczerość na blogu jest o tyle trudniejsza, że wymaga tej pierwszej, lub conajmniej ją powoduje. Będę więc kłamał: zarówno przed tym, kto to będzie czytał, jak i przed samym sobą.

…a może po prostu jakiś zalążek stylu (zalążek, bo nie wiem, ile o stylu można powiedzieć po kilku zdaniach). W każdym razie jakaś magiczna kombinacja tego wszystkiego, odpowiednia ilość stylu, treści i braku różowości skomponowały się w pierwszego bloga, którego przeczytałem od samego początku (a miałem do nadrobienia nieco ponad rok historii) do samego końca. Miałem przeczucie, że u tego człowieka będę miał co czytać, a po przeczytaniu – będę miał o czym myśleć. Bo uwielbiam ludzi, którzy mnie zmuszają do myślenia.

Miałem rację, i przekonałem się o tym niezwykle szybko - już czwarta notka porusza temat bardzo mi bliski ("Nie ten, ten do wbijania mostowych pali", punkt 4.), a następne wielokrotnie były po prostu mądre ("Istotnie nieistotne"), w pewien specyficzny sposób piękne ("O miłości"), boleśnie prawdziwe ("Po"), zabawne ("O dniu przeklętym ani słowa") albo literackie ("Kaloryfer jak mysz się poci też") – i to wszystko z samych tylko pierwszych czterech tygodni. Ponad to wielokrotnie nawiązywał autotematycznie do samej idei blogowania i tym, co się z blogowaniem wiąże – z pretensjonalnością, wzajemnym linkowaniem i komentowaniem, z wabieniem czytelnikuff na roożne spossoby, co w tamtym czasie, gdy moja niechęć do blogów była bardzo mocna, było mi bardzo bliskie, a wreszcie - z problemem braku czytelników, gdy się czuje, że ma się naprawdę coś interesującego do powiedzenia i jest się wkurzonym, że ludzie wolą koffane blogaski od istotnej treści. "Bo mnie się marzy polowanie na jelenia wśród ruin Central Parku".

Nadrobiłem więc ze smakiem całą historię, a widząc narzekania na brak czytelników żałowałem, że nie odkryłem Ghanburighana wcześniej, na samym początku jego pisania, żebym mógł od dawna komentować, żeby wiedział, że do niektórych ludzi jednak trafia, że niektórzy jednak go czytają i zgadzają się z wieloma obserwacjami i wnioskami, jakie wysnuwa. Potem czytałem go już regularnie, wciąż jednak bojąc się odezwać – szczerze mówiąc, nie chciałem zabrzmieć jak szesnastoletnia siksa albo jakaś groupie i nie chciałem mu pisać "stary, mądrze prawisz", tylko chciałem się odezwać dopiero wtedy, gry będę miał coś konkretnego do powiedzenia. Pierwsza taka okazja zdarzyła się, gdy kiedyś Ghan nie mógł przypomnieć sobie tytułu pewnej gry z połowy lat 90-tych. Tak się złożyło, że akurat ją znałem, więc mu podpowiedziałem. Byłem z siebie cholernie dumny.

Ghan, wraz z paroma swoimi blogowymi znajomymi (jeśli dobrze rozumiem) w pewnym momencie zaczął pisać – w formie bloga – opowiadanie w odcinkach. Miało to tytuł "Przegląd dendrologiczny" i zaczynało się absolutnie rewelacyjnie, ale szybko zostało zawieszone w próżni, akurat, jak zaczęło się robić naprawdę ciekawie – wciąż to jeszcze na sieci wisi, naprawdę, warto przeczytać (a ja właśnie na to wlazłem pierwszy raz od bardzo dawna i zobaczyłem pewną oznakę życia sprzed dwóch miesięcy, mówiącą, że ciąg dalszy jeszcze nastąpi – bardzo mnie to cieszy). Niedługo później Ghan zniknął – z przyczyn niewyjaśnionych zarzucił pisanie bloga pod swoim głównym adresem i przeniósł się pod adres trzydziesty-lutego.blog.pl. Popisał tam przez chwilę – w tym samym fantastycznym, acz nieco bardziej pesymistycznym, stylu - po czym wrócił pod stary adres.

Dzisiaj pojawia się tam nader rzadko, a jak już się pojawia, wrzuca tylko linki do filmików jutubopodobnych z najwyżej jednym zdaniem komentarza. Z jednej strony rozumiem – zagon pracy, niemoc twórcza, życie prawdziwe i świadome ważniejsze od wirtualnego i tak dalej. Ale brakuje mi go cholernie, bo to jednak był człowiek, który nauczył mnie, że blogi niekoniecznie muszą być różowe i śpiewać, że niekoniecznie muszą traktować o tym, jaką kupę się rano zrobiło albo kto z kim się pogryzł dzisiaj na przerwie po biorcy, albo że Heniek jest głupi, a Zośka jest spoko, a muj kociany misiaczek jest wogule najkoffaniejszy na śfffiecie. Ale pal sześć blogowanie – Ghan napisał kilka naprawdę mądrych rzeczy i wielokrotnie kopnął mnie rozruchowo w mózg, za co jestem i będę mu zawsze niezmiernie wdzięczny. Niektóre jego myśli - jak ta o paradoksach - przyjąłem już jako swoje. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wróci na sieć. Albo że kiedyś jakieś niewyobrażalnie kręte drogi życia świadomego i prawdziwego sprawią, że się spotkamy na piwie czy na Mazurach.

A może kiedyś po prostu trafi na tą stronę i przeczyta tych kilka – mam nadzieję – miłych słów pod jego adresem (a potem spotkamy się na piwie). Jeśli to czytasz, Ghan, to niniejszym kłaniam ci się w pas. Let the light surround you.




* oprócz tego, że Kowtow to tytuł drugiej płyty długogrającej Pendragona (1988 rok, całkiem niezła), słowo to oznacza w kulturze Chin wyrażenie głębokiego szacunku wobec drugiej osoby poprzez uklęknięcie i dotknięcie czołem podłogi.