Przed sylwestrem zagadałem się z XaveXem, który opowiadał mi, że właśnie przeprowadza ostatnie muzyczne zakupy przed pewnym okresem czasu, kiedy nie będzie sobie mógł na takowe pozwolić z powodów różnych pożyczek, kredytów, nowych mieszkań i pewnie ślubów. Postanowił więc wydać trochę kasy w internetowym sklepie Rock Serwisu w celu zakupienia kilku płyt, które zawsze chciał mieć w oryginale – tak, jak ja mam takich kilka(dziesiąt), z których część wisi na liście po lewej. Gdy tak sobie rozmwialiśmy, udało mu się namówić mnie do kupienia kilku razem z nim.
1. Postanowiłem jednak najpierw sprawdzić, czy nie ma lepszych ofert na allegro. Po krótkich poszukiwaniach znalazłem "Close to the Edge" Yesa za 16 zł, więc niewiele myśląc zakupiłem. Xav podrzucił mi tą płytę relatywnie wcześnie – mniej więcej na początku mojej podróży ścieżką Jedynej Słusznej Muzyki, zaraz po tym, jak poznałem pierwsze płyty Marilliona, Pendragona i Pink Floydów. Moim zdaniem wręcz za wcześnie – nie jest to łatwy zespół i stanowczo nie jest to łatwa płyta, w związku z czym na początku zupełnie mi nie podeszła, tak samo, jak na początku nie podeszła mi "Dark Side of the Moon", do której musiałem przekonywać się ponad rok. Z Yesem było jeszcze gorzej, bo zanim w pełni poznałem i pokochałem tą płytę minęły co najmniej dwa lata...
Teraz natomiast tytułowego, osiemnastominutowego utworu mogę słuchać dosłownie w kółko, za każdym tak samo rozkoszując się tym, co kiedyś potrafiły wyczyniać Prawdziwe Zespoły – pięciu ludzi, którzy potrafili grać tak niebywale skomplikowane melodie w tak nietypowych metrach, ze zmiennym tempem, rytmem, linią melodyczną... Progresja tego utworu jest absolutnie fenomenalna, a fragment między 15 a 16 minutą zawiera absolutnie najgenialniejszą solówkę na klawiszach w historii muzyki... każdej. Żadne Chopiny czy Liszty nie mogą się równać z Rickiem Wakemanem, prawdziwym wirtuozem klawiszy.
Drugi utwór "And You and I" nie jest specjalnie porywający, przynajmniej na początku – jest trochę zbyt spokojny. Jeśli jednak pozwoli mu się rozwinąć, to naprawdę okazuje się być tego wart. Płytę zamyka także świetny, dziewięciominutowy "Siberian Khatru", podobnie energiczny i dziki jak utwór tytułowy. Całość składa się na jedno z największych arcydzieł (jeśli nie największe w ogóle) muzyki progresywnej – wydaną w 1972 roku płytę, którą gdy się już pozna, to nigdy się o niej nie zapomni.
2. Przy okazji szukania płyty powyższej postanowiłem poszukać także innego dzieła Yesa – wcześniejszej o rok płyty "Fragile", jeszcze z Brufordem na perkusji (na "Close..." zastąpił go już Alan White – Yes chyba nie nagrał nigdy dwóch płyt w tym samym składzie*), bo choć doceniam i wielbię "Close..." jako prawdziwe arcydzieło, to jednak to właśnie "Fragile" pozostaje moją ulubioną ich płytą – taką, do której wracam najczęściej, której mogę słuchać w każdym nastroju, taką płytą-pewniakiem. "Fragile" składa się z dziewięciu utworów. Cztery z nich to pełnoprawne, rzekłbym "pełnometrażowe" piosenki, będące wspólnym dziełem wszystkich członków zespołu, każda z nich rewelacyjna, a najbardziej otwierająca "Roundabout" i zamykająca "Heart of the Sunrise", gdzie w pięciominutowym wstępie gitarzysta Howe i basista Squire wyczyniają rzeczy niesamowite w idealnej harmonii.
Tych pięć "dużych" utworów przetkanych jest pięcioma mniejszymi, z których każdy opiera się na talencie jednego z członków zespołu – w "Cans and Brahms" Wakeman daje czadu na klawiszach, w "We Have Heaven" Anderson śpiewa pięć partii wokalnych na raz, "Five Per Cent For Nothing" to zabawa Bruforda perkusją, a "Mood For a Day" to lekka melodyjka grana przez Howe'a na gitarze akustycznej. Z tych małych dzieł najlepsze jest zdecydowanie "The Fish (Schindleria Praematurus)", gdzie – z wyjątkiem perkusji w tle i wokalu pod koniec – wszystkie linie melodyczne grane są przez Squire'a na basie – rewelacja.
"Fragile" znalazłem na allegro, ale z zakupem jeszcze się wstrzymałem do nowego roku. I dobrze, bo wczoraj przechodziłem przez rynek z forsą, która mi dosłownie wypalała kieszeń – miałem okrutną chcicę trochę jej wydać. Wstąpiłem więc do komisu w Music Cornerze (polecam – kupiłem tam kiedyś za 20 zeta "Pop" U2, najlepszą płytę wszech czasów) z myślą, że jak znajdę tam mojego wymarzonego Yesa, to z nim wyjdę. I znalazłem. I wyszedłem. Ach, marzenie...
3. Ale "Fragile" nie był jedyną płytą, z którą stamtąd wyszedłem. Przeglądając pobieżnie półki komisu dostrzegłem jeszcze jedną płytę – Grzesiu przed świętami wspominał mi o płycie nowego polskiego zespołu progresywnego Satellite
"Into the Night". Oczywiście śpiewają po angielsku, bo rock progresywny po polsku zwyczajnie nie brzmi dobrze (jedyna grupa, której to wychodzi, to Coma, a i to tylko przypadkiem), ale płyta jest bardzo nowa (2007 rok – co to robiło w komisie?), ma fantastyczną, gotycko-klimatyczną okładkę (nie pierwszy raz kupuję płytę dla samej okładki – swego czasu z podobnej przyczyny kupiłem "The City" Vangelisa i były to najlepiej wydane pieniądze w moim życiu, gdyż okazało się to być jego najgenialniejszym dziełem ever), świetną cenę (20 zł), a przesłuchanie paru fragmentów przed kupieniem dawało nadzieję na coś fajnego (w większości brzmi oczywiście progresywnie, ale czasem zaciąga Future Sound of London, a ja ich bardzo lubię). I tak, wydawszy 40 złotych, wyszedłem zadowolony z dwoma nowymi płytami do płytoteki.
Satellite podobno grali jako support na koncertach Riverside'a, ale muszę przyznać, że chyba podchodzą mi nawet bardziej niż Rzekibrzeg, który niestety zbyt często brzmi pretensjonalnie, a niektóre kawałki są po prostu kiepskie ("Artificial Smile"). Po kilku wstępnych przesłuchaniach muszę stwierdzić, że "Into the Night" brzmi fantastycznie – gotycki klimat okładki bardzo oddaje nastrój utworów, a delikatne melodie gitary i basu, ze świetnym podkładem rytmicznym i wokalem przypominają mi najwspanialszą płytę polskiej muzyki – ukochane przeze mnie po wsze czasy "Kolory" grupy Firebirds. Ogniste ptaki nie tworzą już od dawna, ale ja na płytę w klimacie ich debiutu czekam nieświadomie już od wielu lat, a wszystko wskazuje na to, że mogłem ją dostać właśnie od Satellite. I kto wie, może nawet zaśpiewane po polsku nie brzmiałoby to tak źle...
* oczywiście, że nagrał – choćby wspomniane "Close to the Edge" i późniejsze o rok monumentalne dzieło "Tales from Topographic Oceans" w swoim najlepszym składzie Anderson-Wakeman-Howe-Squire-White.