16 lipca 2009

Przyczajone Tygrysy

W dziełach fabularnych – filmach, książkach, serialach itp. – w których występuje wielu bohaterów, czasem można spośród nich wyróżnić pięcioosobowy podzbiór, pasujący do archetypu Bohaterskiego Kwintetu (Five Man Band). Postacie te stanowią zespół, wzajemnie się uzupełniają, a każdy z nich pełni w owej grupie konkretną rolę. W skład takiej grupy wchodzą: Bohater (The Hero), Skrzydłowy (The Lancer), Mądrala (The Smart Guy), Twardziel (The Big Guy) oraz Laska (The Chick). Na tvtropes.org znajduje się dokładny opis tego archetypu wraz z setkami przykładów np. w serialach czy literaturze.

Piszę o tym, bo ostatnio zauważyłem, że w muzyce popularnej jest podobnie - istnieją płyty, na których utworom można przypisać różne role, jakie pełnią na albumach. Na każdej z nich występuje – jak ja to nazywam – Hicior, Ballada oraz utwór, który pełni rolę Przyczajonego Tygrysa.

Hicior – wiadomo. Najbardziej chwytliwy utwór na płycie, zwykle pierwszy, który zostaje wydany na singlu, żeby zawojować listy przebojów, zwrócić uwagę na nowe wydawnictwo i zachęcić do oczekiwania na premierę (bo zwykle jest on wydany przed premierą płyty).

Ballada – utwór spokojniejszy, bardziej, powiedzmy, artystyczny, który ma pokazać, że na nowej płycie znajdują się nie tylko hiciory, ale też utwory bardziej kontemplacyjne. Często wydane jako drugi, czasem trzeci singiel. Hiciory i Ballady mają zachęcić ludzi do kupienia płyty i posłuchania jej w całości. I dopiero wtedy można trafić na trzeci typ utworu – Przyczajonego Tygrysa.

Przyczajone Tygrysy nigdy nie są wydawane na singlach, można je znaleźć słuchając albumu w całości. Są one przyczajone także dlatego, że nie zwraca się na nie z początku uwagi – po zakupie płyty, do której zachęciły nas zasłyszane Hiciory i Ballady, zwykle przez dłuższy czas tylko na nie jeszcze zwracamy uwagę. Potem dopiero dostrzegamy pozostałe utwory na płycie, ale i wtedy Przyczajone Tygrysy jeszcze się na nas nie rzucają.

Zauważamy je dopiero po jakimś czasie, gdy już ochłoniemy z zachwytu nad znanymi z radia utworami. W pewnym momencie, za którymś przesłuchaniem, nagle uderza nas, jak dany utwór jest... genialny. Wtedy właśnie Przyczajony Tygrys atakuje nas z całym swoją doskonałością i swoją perfekcją. Przyczajone Tygrysy potrzebują osłuchania, bo – jak wszystkie rzeczy prawdziwie genialne – nie są łatwo przyswajalne i wymagają czasu, ale gdy już się je zauważy, dostrzega się też, że zwykle właśnie one są na danej płycie najważniejsze, niosą najistotniejsze przesłanie i właściwie o nie tutaj głównie chodzi.

Kilka przykładów:

Mars Volta "De-loused in the Comatorium" (2003)
Hicior: "Inertiatic ESP"
Ballada: "Televators"
Przyczajony Tygrys: "Eriatarka" – sztandarowy przykład, pierwszy, jaki mi zawsze przychodzi do głowy, gdy myślę o Przyczajonych Tygrysach. Utwór doskonały, i nie jest to tylko moja odosobniona opinia – "Eriatarka" jest najczęściej wymieniana przez fanów pierwszej płyty Mars Volty jako ich ulubiona piosenka. Ma doskonałą konstrukcję – idealnie odzwierciedla paradygmat budowy scenariusza filmowego: ekspozycja, pierwszy punkt zwrotny, konfrontacja, drugi punkt zwrotny i finał.

U2 "Pop" (1997)
Hicior: "Discotheque"
Ballada: "Staring at the Sun", "Please", "If God Will Send His Angels"
Przyczajone Tygrysy: "Gone" i "Playboy's Mansion" – treściowo i przesłaniowo najważniejsze utwory na płycie – podsumowanie nie tylko tego albumu, ale całej trylogii płyt "Achtung Baby", "Zooropa" i "Pop".

Genesis "Calling All Stations" (1997)
Hicior: "Congo"
Ballada: "Not About Us"
Przyczajone Tygrysy: "The Dividing Line", "Small Talk"... generalnie cała druga strona.

Coheed and Cambria "No World For Tomorrow" (2007)
Hicior: "Running Free"
Ballada: "Mother Superior"
Przyczajony Tygrys: "Radio Bye Bye"

Zapraszam do wyszukiwania i dzielenia się innymi odkrytymi Przyczajonymi Tygrysami :)


14 lipca 2009

Gorąco i leniwie, czyli jak było na Krecie

Gorąco i leniwie. Tak właśnie, w skrócie, było ;)

Jakoś tak wyszło, że nie chciało nam się nic zwiedzać (a jest na Krecie co zwiedzać - ruiny pałacu w Knossos, Heraklion, plaża Vai...), zwłaszcza, że wycieczki organizowane przez hotel były potwornie drogie, autobusów jakoś nie mogliśmy rozczaić, a ja nie miałem prawa jazdy, żeby wynająć samochód. Wobec czego już wiemy, że na Kretę kiedyś wrócimy, żeby już porządnie ją zwiedzić. A ten tydzień spędziliśmy na słodkim nieróbstwie, postanowiliśmy się bowiem smażyć na plaży, pływać z morzu, pić drinki z palemką i malować paznokcie...

Mieszkaliśmy w przyjemnym hotelu, podzielonym na dwa budynki, z malutkim basenem o potwornie chlorowanej i zbyt ciepłej wodzie, oraz z pszynymi i obfitymi śniadaniami i obiadokolacjami (bardzo dobrze, że nie mieliśmy all inclusive, bo ci smutni ludzie, którzy mieli, spędzali nad tą sadzawką całe dnie, sącząc piwo i kolę ile wlezie, nie ruszając się nawet tych 70 metrów, które dzieliły nasz od plaży...). Poznaliśmy bardzo miłe polskie małżeństwo (a - jak już pisałęm - Polaków było w Hersonissos odświeżająco mało) oraz dwie barmanki z Estonii, które pracowały w naszej ulubionej przyplażowej knajpce.

Generalnie wyjazd udał nam się znakomicie. Trafiliśmy w świetny moment pod względem klimatycznym - sezon turystyczny wystartował dokładnie w środku naszego pobytu (ceny wzrosły dosłownie z dnia na dzień), a temperatura rosła z każdym dniem - ostatniego było już prawie nie do wytrzymania. Teraz musi tam być piekło, a my ustaliliśmy, że następnym razem musimy ruszyć jeszcze wcześniej.

Wieczorami, po gigantycznych kolacjach, szliśmy na spacer turystyczną i wypełnioną knajpami promenadą tylko na drinki, bo na jedzenie zupełnie nie mieliśmy ochoty. Knajpy dosłowne prześcigały się w promocjach, happy hours i zagagnianiu przechodniów do środka, więc można było popróbować ciekawych napitków.
Mojito, na które trafiliśmy, było okropne, ale za to zakochałem się w Seksie na Plaży (wódka, sok pomarańczowy i grenadyna), który piliśmy w irlandzkim barze Shenanigans, pstrykając fotki świateł miasta, odbijających się w morzu...

Niczego nie żałujemy. Ani lenistwa, ani ominięcia kreteńskich zabytków i cudów natury, ani nawet nie spróbowania czysto greckiej kuchni albo alkoholu. Jedyne, czego może żałuję, to że ani razu nie popływałem w morzu nocą... ale to się jeszcze poprawi, gdy wrócimy tu znów.

Może za rok?

PS. Niedługo zdjęcia na picasie. Stay tuned!

13 lipca 2009

Złapany w zakładki

http://xkcd.com/609/

- to o mnie.

PS. A jeśli nie wierzycie, sami sprawdźcie: http://tvtropes.org

12 lipca 2009

Atramentowe Serce na papierze i na ekranie

Uczennica Ani poleciła jej książkę "Atramentowe Serce" o człowieku, który potrafił, czytając książki na głos, przenosić ich zawartość do rzeczywistości. Gdy mi o niej opowiadała, skojarzyłem, że raz w Multikinie widziałem plakat filmu "Inkheart", który wyglądał jak reklama jakiejś produkcji fantasy, i skojarzyłem, że to pewnie to samo – że już powstaje jej ekranizacja. Ania zabrała książkę na Kretę, dzięki czemu mogłem ją tam przeczytać.

Choć słowo "przeczytać" jest mało akuratne w tym przypadku – właściwie to ja ją zmęczyłem, bardzo mnie bowiem rozczarowała. Postacie były źle napisane, psychologicznie fałszywe i niespójne – ich cechy zmieniały się zgodnie z tym, co autorce w danej chwili akurat odpowiadało. I nie był to rozwój postaci, bo tego w książce nie uświadczysz (no, może poza ciotką Elinor), tylko tzw. "idiot plot", czyli coś, co ma miejsce, gdy bohaterowie nie zachowują się sensownie, tylko tak, żeby na siłę popchnąć fabułę do przodu. Cała książka sprawiała wrażenie dziesiątej wody po Harrym Potterze, nawet główny Zły – Capricorn – został mocno wystylizowany na Voldemorta (a jego kumpel na Tolkienowskiego Balroga). Szkoda mi tylko postaci Smolipalucha, który się świetnie zapowiadał, ale przez totalny brak rozwoju postaci pozostał mi po nim niesmak.

Po powrocie sprawdziłem, jak się ma sprawa filmu, bo mimo wszystko, czytając miałem wrażenie, że dobry scenarzysta potrafiłby przerobić tę książkę na tyle, żeby coś dobrego z niej wyciągnąć. Miała potencjał i gdyby ją dobrze zaadaptować, coś z tego mogłoby być (tak, jak np. z "Prestiżem" – to, jak z tak kiepskiej książki powstał tak genialny film, dla mnie podchodzi właśnie pod Magię Kina). Poszperałem więc w sieci i okazało się, że film powstał już rok temu. Znalezienie go więc nie stanowiło problemu i właśnie go obejrzałem.

I okazało się, że miałem rację. Za scenariusz zabrał się widocznie ktoś profesjonalny, bo film został w stosunku do swojego pierwowzoru mocno poprawiony. Fabuła została nieznacznie skondensowana, wątki mało lub bez-sensowne zostały albo usunięte, albo poprawione, postacie nabrały barw i dorobiły się trzeciego wymiaru, a nawet pewnej dynamiki (Smolipaluch wreszcie jest sympatyczny, a nawet wzruszający), a całkiem niezła obsada (Paul Bettany, Helen Mirren, Jim Broadbent oraz Andy "Gollum" Serkis jako Capricorn) sprawia, że można je polubić i się nimi przejąć.

Dobrym pomysłem było też większe zastosowanie umiejętności lektorskich głównego bohatera, choć szczerze mówiąc widać stojącą za tym nie tylko pomysłowość scenarzystów, ale też większy budżet, który pozwolił na opłacenie praw autorskich – w książce pojawiają się tylko postacie i elementy z dzieł z domeny publicznej ("Wyspa Skarbów", "Piotruś Pan", "Baśnie Tysiąca i Jednej Nocy"), podczas, gdy przy produkcji dość wysokobudżetowej można było sobie pozwolić na pożyczenie bohaterów także z "Czarnoksiężnika z Krainy Oz" czy "Władcy Pierścieni". Dzięki temu jest także, rzecz jasna, bardziej widowiskowo.

Podsumowując – film się nieźle ogląda, ale raczej nie będzie się chciało do niego wracać. Książki natomiast osobiście nie polecam.

05 lipca 2009

Grecja – Bułgaria 6:1

Dobrze wybrałem – choć to nasz drugi dzień na Krecie, Ania wciąż powtarza mi to po kilka razy dziennie. Miejsce, w którym jesteśmy, jest naprawdę niesamowite i zeszłoroczna Ravda na bułgarskim Słonecznym Brzegu nie może się równać z Hersonissos, ok. 30 km od stolicy wyspy, Iraklionu.

Jedyny punkt, jaki zdobyła Bułgaria, to pokój, a właściwie sama łazienka, która tutaj jest mikroskopijna, a przez to wielce niewygodna. A prysznic jest stanowczo jednoosobowy. Cała reszta natomiast nas wciąż zachwyca – żwirowa plaża daleko przyjemniejsza jest od piaszczystej, gdzie porywany wiatrem piasek właził dosłownie wszędzie. Morze jest czystsze i dużo bardziej przejrzyste, a przez to – piękniejsze. Sama miejscowość jest od Ravdy znacznie większa, a promenada nadmorska pełna jest przyjemnych knajpek, z których wiele wystylizowanych jest pod poszczególne narodowości – mijaliśmy kilka Irish Pubów, pizzerii, barów skandynawskich, za to żadnej typowo polskiej budki z piwem. Żywieniowo w hotelu też wyszliśmy wspaniale, bo nie dość, że śniadania i obiadokolacje są w sensownych godzinach (18:30-21:30, a nie, jak rok temu, o 15:30), to jeszcze jedno i drugie jest w formie szwedzkiego stołu, a wybór jest naprawdę olbrzymi i bardzo zróżnicowany, z dużą domieszką lokalnego kolorytu – są, rzecz jasna, oliwki i arbuzy, są typowe greckie, słodkie jak ulepek, ale przepyszne desery, są świeże warzywa (śmieję się, że to jest miejsce, gdzie nawet pomidory są dobre) oraz bardzo dobre dania główne.

Pozytywnym – a przy tym dość zaskakującym po zeszłym roku - aspektem jest ogólnie niewielki odsetek Polaków. Kreta wydaje się być miejscowością, do której zjeżdżają ludzie z całego świata – na plaży, w hotelu i na promenadzie co rusz słyszymy języki skandynawskie, niemiecki, francuski, angielski, za to polskiego prawie w ogóle. Oprócz nas w hotelu nie wiem, czy jest więcej niż 10 Polaków. To fajnie, bo słyszałem przed wyjazdem głosy, że to pewnie będzie wycieczka jak wszystkie inne – hotel z basenem przy plaży, a w nim pełno nieokrzesanych Polaków. Na szczęście ci nieokrzesani, którzy lecieli z nami samolotem, wylądowali w innych hotelach i miejscowościach ;)

Nie byliśmy jeszcze poza Hersonissos, ale i tutaj jest na co popatrzeć – Grecy naprawdę dbają o swoje antyczne ruiny i potrafią je ciekawie wyeksponować, więc spacer po miejscowości może być bardzo interesujący.

A teraz popijamy sobie waniliowego szejka (ja) oraz mrożoną kawę (Ania), siedząc w jednej z knajpek na promenadzie (nie możemy się opalać, bo wczoraj się strasznie spiekliśmy i robimy sobie odpoczynek od słońca) i z tego uroczego miejsca wszystkich pozdrawiamy :)

03 czerwca 2009

Filmowo bezmózgowo: Wolverine, Star Trek i Anioły i Demony

Bez owijania w grafomańską bawełnę (może to jest jakiś sposób na zwiększenie czytelnictwa mojego bloga w narodzie? ;) – kilka filmów, na których ostatnio byłem, wszystkie z gatunku kina odmóżdżającego a widowiskowego, choć, oczywiście, każdy przeznaczony dla widza mniej lub bardziej specyficznego:

X-Men Geneza: Wolverine – z komiksów o Wolverinie czytałem w swoim życiu cały jeden, ale samego superbohatera z metalowymi szponami zawsze lubiłem, choć niewiele o nim wiedziałem. Okazuje się, że to dość popularna przypadłość – Wolverine szczyci się dość specyficzną formą popularności i jest jednym z najbardziej lubianych bohaterów amerykańskich komiksów o superbohaterach (co doprowadza do pewnych absurdów, o których szerzej tutaj). Nic dziwnego więc, ze gdy - po trylogii filmów X-Men – przyszła kolej na kręcenie filmów o każdym X-Manie z osobna, na pierwszy ogień poszedł właśnie on.

Słówko o trylogii – jeśli oglądaliście tylko pierwszą część i się zawiedliście, to popełniliście błąd. X-Men jest bowiem jedną z tych serii, które z części na część są coraz lepsze. Szczególnie warta polecenia jest część druga, w której ujrzymy urywki historii Wolverine'a, i przed wybraniem się na "Genezę" warto sobie tą środkową część trylogii odświeżyć lub obejrzeć.

Sama "Geneza" jest dobrym filmem – stanowczo fajnie się ją ogląda (gdy oczywiście przymknie się oczy na absurdy fizyki i logiki, ale tego, do diaska, wymaga konwencja), zwłaszcza, gdy ktoś lubi Hugh Jackmana (ja lubię). Trochę rozczarowała mnie historia Rosomaka – komiksów nie znam, więc nie wiem, na ile to kanoniczne, ale średnio podoba mi się wizja jego jako pewnej mutacji lambertowskiego Nieśmiertelnego. Fajna jest natomiast gościnna obecność nastoletniego Cyklopa (który w swoich czerwonych okularach wygląda jak Andrew Eldritch) oraz – dla maniaków – wspólny występ Charliego (Dominic Monaghan) i Keamy'ego (Kevin Durand) z Losta. Szkoda, że obaj pojawiają się tylko na chwilę...

Generalnie – polecam fanom kina komiksowego. I Hugh Jackmana ;)

Star Trek – trailer zobaczyłem przed powyższym Wolverinem, i trzy rzeczy powiedziały mi, że będę na to pójdę. Star Trek jest gigantycznym uniwersum: dziesięć filmów, ponad 700 odcinków różnorakich seriali od lat 60-tych do dziś, oraz niezliczona ilość ksiażek (w UK w antykwariatach, gdzie była jedna półka na książki z Gwiezdnych Wojen, tam była cała szafa książek ze Star Treka). Taki ogrom mnie zawsze przerażał i odstraszał od zapoznania się z tym światem – doprawdy, nie ma dla mnie nic smutniejszego, niż ludzie, którzy potrafią mówić po klingońsku... No, może ci, co mówią Lojbanem ;)

A więc po pierwsze – nowy film Star Trek jest prequelem absolutnym - można na niego iść, nie mając żadnego pojęcia o świecie ST. Fani i znawcy oczywiście będą mieli kupę zabawy z rozpoznawaniem znanych postaci, miejsc czy raz, ale generalnie, dzięki sprytnemu zabiegowi scenariuszowemu, wydarzenia nie mają żadnego związku ze znaną ciągłością zdarzeń, i wszystko jest świeże i nie wymaga żadnego obeznania. Powód pierwszy powiedział mi, że na film mogę iść.

Drugi powód powiedział, że na film warto iść - trailer zapowiadał po prostu kupę widowiskowej zabawy – sceny akcji, kosmiczne bitwy, konflikty między bohaterami (Kirk i Spock prawie się pobili). Trzeci powód natomiast był pieczątką z hasłem "MUSZĘ na to iść". Trzy słowa: Reżyseria Dżejdżej Abrams.

Poszedłem więc i ani trochę się nie zawiodłem – film ogląda sie dobrze, zabawa jest przednia, humoru mnóstwo, a nawet kilka smaczków, które udało mi się odkryć, mając moją bardzo ograniczoną o Star Treku wiedzę. Naprawdę, polecam. J.J. Abrams znów nie zawiódł.

Wreszcie Anioły i Demony – kontrowersje wokół tej nowej ekranizacji "skandalisty" Dana Browna były jakieś mniejsze, właściwie niezauważalne, w porównaniu z darmową promocją, jaką "Kodowi Da Vinci" zafundował Kościół i kto tam jeszcze. Słusznie zresztą, bo naprawdę nie ma się o co pieklić. "Kod Da Vinci" widziałem i wynudziłem się śmiertelnie – film obnażył wszystkie słabości książki, był przegadany, kiepsko zagrany, nie było w nim ani grama napięcia czy suspensu. Szkoda czasu i generalnie wiele hałasu o nic.

A mimo to wiedziałem, że na "Anioły i Demony" do kina pójdę, bo książki czytałem obydwie i naprawdę, ta pierwsza (a "Anioły" książka były przed "Da Vincim" książką) była znacznie, znacznie lepsza. Głównie dlatego, że podczas, gdy "Da Vinci" miał ambicje pozowania na książkę "demaskującą największe spiski w historii ludzkości", "Anioły i Demony" były czystą fantastyką naukową. Jedno i drugie stanowiło pięćset stron na pięć godzin czytania, a potem odłożenia na półkę, z tym, że "Anioły..." były rozrywką nieskrępowaną (aż tak) bzdurnymi teoriami.

W kwestii filmów - tak jak "Da Vinci" odsłaniał słabości książki, tak "Anioły..." podkreślają mocne punkty powieści. "Da Vinci" był rozgadany i rozwlekły w czasie (24 godziny) i przestrzeni (Paryż, okolice Paryża, potem Londyn), "Anioły..." są szybkie i skondensowane – wszystko dzieje się w ciągu dosłownie kilku godzin na terenie Rzymu i Watykanu. Daje to poczucie ciągłej pogoni/pościgu oraz klaustrofobii, tak pożądanej przecież w podobnych dziełach. Poza tym całkiem filmowi wyszło na dobre, że powstał jako drugi – mnóstwo mamy w nim zabawnych nawiązań do "Kodu Da Vinci".

Tak więc "Anioły i Demony" także polecam szukającym dwóch i pół godziny nieskrępowanej rozrywki.

***

Tyle filmów odmóżdżających na razie, ale spokojnie – już zbliżają się Terminator: Ocalenie i pewnie kilka wakacyjnych superprodukcji...

Natomiast z propozycji bardziej (choć odrobinę) wymagających mam zamiast wybrać się na Wojne Polsko-Ruską, Zacka i Miri co kręcą porno
oraz Bękarty Wojny. Skusiłbym się tez na nowego von Triera, ale po Sierocińcu i Zdarzeniu mam dość horrorów w kinie...

25 maja 2009

What a week...

Uwaga, przed Państwem – Prawdziwy Blogowy Wpis. Takie autentyczne wywalanie duszy i opisywanie przeżyć wewnętrznych i zewnętrznych, jakie powinny się na blogu znajdować, a nie jakieś grafomańskie pieprzenie o filmach i muzyce ;)

Jest piąta rano w poniedziałek, a ja nie mogę spać, bo uprzedni tydzień był tak obfity w wydarzenia i, co by tu ukrywać, przełomowy, że albo nie mogę spać, bo dopadło mnie aftermath tego wszystkiego, albo nie mogę spać, bo się denerwuje, co przyniesie ten tydzień.

Nie zrozumcie mnie źle – wszystkie te zmiany są pozytywne (albo nie są, ale da się z nich wyciągnąć coś pozytywnego), więc "denerwuje" ma raczej znaczenie "kurde, co JESZCZE się może wydarzyć?"

No, ale po kolei (jak to mówią, Indianie podłożyli dynamit pod tory i było po kolei):

  1. Praca – zapieprzałem jak mały samochodzik. Cały zespół zapieprzał jak małe samochodziki. Mieliśmy do dzisiaj rana skończyć ostatni etap projektu, żeby klient mógł go sobie testować, więc każdy sprężał się jak mógł, i choć Eclipse spływał krwią nikt z nas czasu nie żałował, tylko klepał słuszny kod. (miałem nawet przerobić cały tekst szanty "Czarna rafa" na opowieść o naszym projekcie, moze jeszcze to zrobię ;) Generalnie przełożyło się to na ponad 50h nadgodzin – pracowałem w zeszłą niedzielę, w środę (nie pracuję w środy), oraz w sobotę, kiedy spędziłem w pracy ponad 14 godzin. A w normalne dni tygodnia średnio po 11. Ale skończyliśmy, zdążyliśmy i jest dobrze.
  2. Praca II – pod
    koniec kwietnia ni z gruchy, ni z pietruchy, zwolniony został kolega z projektu. Ot, wręczyli mu miesięczne wymówienie w ostatnim dniu miesiąca, tak, że za kilka dni nas już opuści na zawsze. Na resztę firmy padł blady strach co będzie dalej. Szefostwo nie ukrywało, że sytuacja jest kiepska, i powiedzieli, że być może szykują sie dalsze zwolnienia, a na pewno – przedłużenie okresu obniżek pensji. Sytuacja miała się wyklarować ok. 20-go i rzeczywiście, prezes rozmawiał z nami w piątek. Zostaję w firmie :) Zresztą – wszyscy zostają, na razie nie są planowane dalsze zwolnienia. Ale najważniejsze, że chcą mi przedłużyć umowę :)
  3. Dom – nie chcę się tu za dużo rozpisywać, bo to w sumie nie miejsce do tego, ale sytuacja w domu rodziców była fatalna. A ja, mimo, że na początku moją reakcją było, że mnie to nie dotyczy, nie jest to już moje życie i nie będę się w to mieszał, to jednak się w to wmieszałem. Zobaczyłem się z ojcem w poniedziałek, z matką - w środę, poznałem dwie strony całej historii, a potem napisałem do obojga długiego i treściwego maila na temat. Były to maile, które od lat już cisnęły mi się na usta, z mnóstwem rzeczy, które od dawna chciałem im powiedzieć, i w których postanowiłem zerwać z polityką nie mówienia sobie niczego, nie rozmawiania o słoniach w pokoju, którą moja cała rodzina święcie praktykuje (ja nie wiem, mamy to w herbie rodzinnym, czy co?) I opłaciło się – jeśli nawet nie pomoże im (bo głównie pisałem je z myślą, żeby rodzicom zwrócić uwagę na parę rzeczy, parę cech, które posiadają, zanim zaczną ze sobą rozmawiać), to na pewno pomoże mnie i moim relacjom z nimi.
  4. Mieszkanie – a na koniec – Krzysiek wczoraj powiedział mi, że będę się musiał do lipca wyprowadzić. Krzysiek bierze ślub, udało im się znaleźć jakiś termin na sierpień (fuksiarze ;), więc od lipca już jego narzeczona i jej siostra się mają tu wprowadzać. Oczywiście, wiadomość o zaręczynach automatycznie dla mnie oznaczała, że muszę się zwinąć, ale jednak myślałem, że będę mógł to spokojnie zrobić w lipcu, ale po chwili myślenia o tym doszedłem do wniosku, że właściwie nie ma się czego bać, tylko należy szukać sobie mieszkania. Coś się znajdzie i nie ma co panikować – damy radę :)
  5. Studia – właściwie to jest najmniej pozytywna część wydarzeń, bo niestety, natłok przedmiotów i projektów oraz absolutny brak postępu w tej dziedzinie mojego życia oznacza, że powoli zaczynam się oswajać z myślą, że być może przyjdzie mi powtarzać rok. Ale nic to, reszta mojego życia jest na tyle poukładana, że studia mogę sobie ciągnąć w tle, w niczym mi to nie przeszkadza :)

A tak naprawdę, to jest tego jeszcze więcej, tylko już nie o każdej małej rzeczy chcę tu pisać. Ale generalnie – sprawdziło się (znowu) moje eXistenZjonalne Prawo Murhpy'ego, które ukułem w IV klasie liceum po innym, równie (no, nie równie – nie oszukujmy się, w liceum problemy były miary bezwzględnie dużo mniejszej, ale względnie – były one porównywalne) obfitującym w wydarzenia i zmiany tygodniu:

Życie nigdy nie jest tak pokręcone, żeby nie mogło być bardziej.
Zatem – jeśli myślisz, że życie Cię już nigdy niczym nie zaskoczy, to poczekaj.

Nie pozostaje mi nic innego, jak wstać i iść do pracy :) Ciekawe, co przyniesie kolejny dzień...