Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jedyna Słuszna Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jedyna Słuszna Muzyka. Pokaż wszystkie posty

20 października 2014

Lindsey w Warszawie


Byłem na koncercie Lindsey Stirling w hali Torwar w Warszawie.

Wcześniej byłem już na paru koncertach. Widziałem U2 na stadione w Chorzowie w trasie 360 Tour. Widziałem ośmiogodzinny koncert czterech artystów między metalem a progrockiem, zwieńczony występem zespołu Arena, uwiecznionym na DVD. Widziałem dwa razy The Legendary Pink Dots i trzy razy Pendragona, w tym koncert na 30-lecie zespołu w Teatrze Śląskim, także uwiecziony na DVD. Widziałem wreszcie megaspektakl rockowy "The Wall" Rogera Watersa na Stadionie Narodowym. Więc co może dać mi skromna, 28-letnia Mormonka, grająca na skrzypcach?

W sensie, co poza NAJLEPSZYM KONCERTEM, NA JAKIM W ŻYCIU BYŁEM?

***
Fot. Arkadiusz Chomik
Lindsejkę poznałem jakoś na początku roku. Gdzieś na fejsach zobaczyłem filmik z dwojgiem ludzi, którzy za pomocą jednego głosu (120 ścieżek) i jednych skrzypiec przerobili muzykę ze "Skyrima". Nie wiem nawet, czemu kliknąłem - Skajrima nie mam, nie znam, nigdy nie grałem (pewnie kiedyś zagram), ale muzyka opatrzona była bardzo fajnym teledyskiem, w którym obydwoje o Peter Hollens i sympatyczna dziewczynka ze skrzypcami biegają po lasach i po śniegu, a nawet walczą ze sobą - on mieczem, ona smyczkiem. Musiałem się dowiedzieć, kim ona jest. I tak poznałem Lindsey Stirling.

Dalej poszły kolejne kawałki - także z Hollensem muzyka z Gwiezdnych Wojen i Gry o Tron, z Piano Guys fantastyczny Mission Impossible, i solo: Władca Pierścieni, Assassin's Creed. A wreszcie jej oryginalne kawałki z pierwszej płyty, zatytułowanej po prostu "Lindsey Stirling" (którą niedługo oczywiście nabyłem drogą kupna) i wydanej w ubiegłym roku. Poznałem jej historię, początki w amerykańskim Mam Talent w 2010 i późniejszą, pracowitą autopromocję na YouTube. Nawet, jeśli na początku nie do końca podchodziło mi połączenie skrzypiec z muzyką taneczną, hip hopem i dubstepem, to oczarowała mnie jej osobowość dziewczyny z sąsiedztwa, uśmiech i niesamowita otwartość do swoich fanów, do których prędko dołączyłem. Jej płyta potrzebowała chwili, żeby mnie do siebie w pełni przekonać, ale teraz doceniam nie tylko najbardziej znane "Crystallize", "Trancendence" i "Elements" (a jakże!), które w wersji deluxe albumu występują też w lepszych moim zdaniem wersjach orkiestrowych, ale też kapitalne "Moon Trance" (ukłon w stronę "Thrillera" Michaela J.) i "Stars Align" z teledyskiem wartym poznania nawet nie ze względu na efekty specjalne, co na genialnych tancerzy, którzy jej w nim towarzyszą.

Z resztą jej teledyski zasługują na osobny artykuł - wszystkie dopieszczone w najmniejszych szczegółach, pomysłowe, świetnie zmontowane (często przez nią samą), pełne wymyślnych i adekwatnych strojów, pięknych wnętrz i krajobrazów oraz, oczywiście, tańca. Bo Lindsey jest skrzypaczką która gra i tańczy jednocześnie. Złośliwi twierdzą, że za bardzo wymachuje nóżkami, ale do diaska, czym ma wymachiwać, jeśli w rękach ma skrzypce i smyczek? Jasne, mogła stać w miejscu, ale wtedy nie byłaby Lindsey Stirling, tylko, dajmy na to, Vanessą Mae.

***

Gdy tylko rzucili bilety na europejską trasę, już pięć minut później miałem w ręku (wirtualnie) swój. W międzyczasie Lindsey wydała swoją drugą płytę i kilka teledysków do materiału z niej. Otwierający "Beyond the Veil", tytułowy "Shatter Me" z mocnym wokalem Lizzy Hale oraz epicki "Master of Tides", do którego wizualizacja powala - polecam, mając na uwadze podczas oglądania, że to nie jest teledysk, tylko flash mob, to zostało zarejestrowane NA ŻYWO.

Druga płyta jest lepsza od pierwszej. Miła odmiana po rozczarowujących drugich płytach artystów, których pierwsze pokochałem w ostatnich latach (Caro Emerald, Florence i nawet Lana Del Rey rozczarowały). Tutaj jest lepiej - płyta jest znacznie bardziej różnorodna, utwory są odważniejsze i ciekawsze. Gdzie na "Lindsey Stirling" trzeba było się natrudzić, żeby rozpoznać, który utwór akurat słyszymy, na "Shatter Me" to znacznie bardziej wpada w ucho. Nawet nie tylko utworzy z wokalem - tytułowy i "We Are Giants" - ale też otwierający z potężną perkusją (ach, jak to brzmiało na koncercie...) "Beyond the Veil", irlandzko brzmiący "Roundtable Rival" (do którego westernowo-steampunkowy teledysk został właśnie wrzucony w sieć, a moja głowa eksplodowała), inspirujący "Take Flight", trzymający w napięciu "Heist" czy lekko szantowy "Master of Tides" - nie muszę już sprawdzać w odtwarzaczu, którego utworu właśnie słucham. Ciężko mi jest też wrócić do pierwszej płyty, słucham teraz tylko drugiej, trochę jak z Nolana filmami o Batmanie - "Shatter Me" jest dla debiutu tym, czym "Dark Knight" dla "Batman Begins". Mam tylko nadzieję, że ciąg dalszy nie będzie jak u Nolana...

***

Widząc to wszystko spodziewałem się, że koncert będzie niesamowitym show. Spodziewałem się świateł, wizualizacji, strojów, tancerzy i Lindsey biegającej po całej scenie. Gdy tydzień temu wszedłem do warszawskiej hali Torwar, zobaczyłem niewielką, płytką scenę pełną instrumentów. Pomyślałem, że będzie jednak inaczej - Lindsey widocznie jeździ z zespołem, a tańczy tylko w teledyskach. Dopiero potem przypomniałem sobie, że przecież jest support...

Słówko o chłopakach - A Great Big World są młodym zespołem indie rockowym, który ewidentnie nasłuchał się duuuużo Queena. Zagrali sześć kawałków (w tym jeden Beatlesów) i całkiem się podobali. Szczególnie ucieszyła mnie piosenka, jaką napisali dla swoich znajomych z serwisu everyoneisgay.com, jak to sami ujęli, "The Gayest Song Ever", oraz reakcja na tą piosenkę - zebrana publiczność (bardzo młodzi wiekiem ludzie) byli zachwyceni taką gejowską propagandą! Coś fantastycznego.

Po ich występie scena została opróżniona z instrumentów i zaczął się właściwy koncert... i byłem bardzo zadowolony, gdy okazało się, że moje oczekiwania zostały spełnione - scena była płytka, bo resztę zasłaniała kotara, która opadła podczas pierwszego utworu, "Beyond the Veil" (adekwatnie!), odsłaniając ekrany multimedialne, podesty i więcej przestrzeni dla Lindsey, jej dwóch tancerzy i dwóch instrumentalistów - perkusistę i klawiszowca.

Było fantastycznie. Było głośno i potężnie, w werwą i wariactwem w tańcu i graniu. Było lirycznie i spokojnie w części akustycznej. Było personalnie i przyjacielsko w pogaduchach między piosenkami. Było śmiesznie i ironicznie podczas przebieranek. Było prawdziwie i naturalnie przy drobnych pomyłkach i improwizacjach. Było romantycznie ("All of me"), było rockowo ("Roundtable Rival"), zabójczo ("Moon Trance") i nieziemsko ("Stars Align" na bis). Żyję tym koncertem nieprzerwanie już od tygodnia, mój zachwyt skromną w gruncie rzeczy gwiazdką ze Stanów wzrósł wykładniczo. Nie mogę się doczekać kolejnych koncertów, których już sobie obiecałem, że za nic nie opuszczę.

PS. W czeluściach YouTube udało mi się znaleźć ten koncert, co prawda w wersji z San Francisco z maja, ale to ten sam koncert. Nagranie jest, rzecz jasna, tylko namiastką, i u nas było lepiej, bo bardziej swojsko, z lepszymi pogaduchami i ukłonami w stronę polskiej publiczności (bis zagrany w koszulce polskiej reprezentacji), ale jeśli się nie było, warto zobaczyć choć tyle, żeby następnym razem nie przegapić. 

29 października 2013

Sir Galahad się zestarzał

Śmiesznie się składa, że po trzech i pół roku wracam na bloga z wpisem o zespole, od którego (prawie) blogowanie zacząłem. We wrześniu 2007 roku napisałem, jak to płytą "Empires Never Last" zespół Galahad pokazał, że z autora pastelowych kawałków z płyty "Nothing Is Written"* przerodził się w prawdziwie rockowy zespół z prawdziwym pazurem i Czymś Do Powiedzenia.

Przez tych ostatnich sześć lat jednak jeszcze trochę się muzyki nasłuchałem, tekstów naczytałem, filmów naooglądałem, i teraz patrzę uchem na ową płytę przez przyzmat tego, jak aktualnie ukształtowane są moje wiecznie fluktuujące gusta.

Pięć dni temu byłem na koncercie Galahada w Ośrodku Kultury "Andaluzja" w Piekarach Śląskich. Mały koncert w śmiesznej, małej salce, ale zorganizowany przez dyrektora Ośrodka, sympatycznego grubaska, który zna się na dobrej muzyce i postawił sobie za cel sprowadzić ją do swojego centrum kultury Pośrodku Niczego. Galahad był supportowany przez zespół Lilith z Poznania (co mnie rozbawiło, jako, że znam jedną Lilith z Poznania) i, przyznać muszę, że o ile sześć lat temu uznałem, że sir Galahad zmężniał, to teraz zobaczyłem wyraźnie, że już się mocno postarzał.

Chłopaki mają już pod sześćdziesiątkę i wyglądają jak starzy rockmani, jednak na scenie już ledwo zipią. Na początku koncertu wokalista zapominał tekstów z piosenek z najnowszej płyty i dostawał zadyszki. Ale gdy sięgnął do piosenek starszych, a część widowni (a ja razem z nimi) dała się porwać żywiołowi muzyki i tańczyła przed sceną, wyraźnie się rozkręcił i dalej było już lepiej.

Generalnie muszę przyznać, że koncert wart był swojej ceny - pięćdziesięciu złotych. Szału nie było, ale była dobra zabawa i naprawdę niezła muzyka. Niezła, lecz nie rewelacyjna.

Bo Galahad z perspektywy czasu nie brzmi dla mnie już tak dobrze, jak kiedyś. Parę miesięcy temu w krakowskim Media Markcie dałem sobie wcisnąć ich najnowszy album, "Beyond the Realms of Euphoria" za porażającą cenę 79 złotych. Poczułem się oszukany, bo ta płyta stanowczo NIE JEST tyle warta, zwłaszcza, że choć trwa 55 minut, materiału zawiera de facto połowę z tego - reszta dopchana jest sztucznie rozdętymi utworami, reprise'ami i nową wersją starego utworu ("Richelieu's Prayer" z ich debiutanckiej płyty).

Nawet "Empires Never Last" po paru latach słuchania odkrywa swoje słabe strony: męczący "I Could Be God", sztuczne wydłużony "Sidewinder", słabe teksty, których proste słownictwo, leniwe rymy i tanie metafory sprawiają wrażenie, jakby były pisane przez kogoś, dla kogo język angielski nie jest językiem ojczystym (podobne przekleństwo wisi nad tekstami zespołu Millenium, ale to są Polacy piszący po angielsku, więc można im to wybaczyć). Dalej jednak bronią go niezłe "Termination", porywający utwór tytułowy oraz klamra w postaci świetnego zwieńczenia płyty "This Life Could Be My Last" i fantastycznego chóru w "De-Fi-Ance" (czasem słucham tylko jego).

Taki jest Galahad - po latach zapoznawania się z muzyką progresywną dochodzę do wniosku, że nie jest to w żadnej mierze zespół genialny. Nie są też źli - są po prostu mediocre. Ni mniej, ni więcej.


* bonusowa drobinka nikomu niepotrzebnej wiedzy: tytuł płyty "Nothing is Written" oraz cała zawarta na niej piosenka "Aqaba (A Matter of Going)", w której tekście ów tytuł się pojawia, inspirowane są klasycznym filmem "Lawrence z Arabii" z Peterem O'Toolem z 1962 roku i zdaniem, które w owym filmie pojawia się kilkakrotnie.

13 listopada 2009

Jedyna Słuszna Muzyka wg cracked.com

Długo, długo nosiłem się z artykułem (wpisem) przybliżającym wszystkim tajniki i niuanse Rocka Progresywnego. Tak długo, że serwis cracked.com (taki amerykański joemonster.org) zrobił to za mnie niezwykle trafnie:

http://www.cracked.com/funny-2359-progressive-rock/

Polecam :)

17 sierpnia 2009

Under the red and white sky...

Z jakiegoś powodu najtrudniej mi na tym blogu pisać o sprawach największych – jakichś wielkich wydarzeniach z mojego życia, czy jakichś poważnych przemyśleniach. Nie wiem, czemu tak jest – może gdzieś w głębi boję się, że w swojej grafomanii przy przelewaniu ich na słowa te wydarzenia spłaszczę, przemyślenia wypaczę i nie oddam w pełni tego wszystkiego, co się we mnie kotłuje.

Postaram się jednak z tym powalczyć, bo ostatnio dzieje się wiele, i dziać się będzie. Zacznę jednak od wydarzeń mniejszych, co by nabrać wprawy.

***

Wydarzenie pierwsze, o którym chciałbym napisać, samo w sobie jest dosyć wielkie (uczestniczyło w nim, z tego, co słyszałem, około 80 tysięcy osób), ale w porównaniu z pozostałymi – naprawdę miałkie.

Byłem więc na U2 w Chorzowie.

(tu mała przerwa, bo chłopcy z pracy zorientowali się, że zamiast coś robić ja klepię notkę, więc muszę trochę poudawać ;)

W ramach przygotowań do koncertu – o czym pisałem – postanowiłem zapoznać się z wcześniejszą twórczością zespołu i o nareszcie odkrytych i zachwycających wczesnych płytach. Przed samym wyjazdem postanowiłem jeszcze dać jedną, ostatnią szansę dwóm dziełom sprzed "No Line..." a po niedoścignionym po wsze czasy "POPie".

I tak po raz kolejny po "All That You Can't Leave Behind" nie zostało mi w głowie NIC interesującego. Ta płyta jest po prostu słaba, zła i kiepska. Bardziej nawet niż "Joshua Tree", gdzie jednak są porywające kawałki (ach, "Bullet the Blue Sky"...) – "All That You Can't..." nie ma NIC do zaoferowania. Kiedyś podobało mi się "Elevation", "Beautiful Day" porwało mnie tylko w połączeniu z teledyskiem, "Walk On" jest fajnie przez pierwszych 30 sekund wersji albumowej, i tyle – reszta to porażka.

Jednak muszę przyznać, że "How To Dismantle An Atomic Bomb" odkryło przede mną swoje sekrety. Po fatalnie tragicznym, otwierającym "Vertigo", które jest najgorszym łajnem, jakie U2 kiedykolwiek popełniło, już od drugiego kawałka, "Miracle Drug" robi się naprawdę fajnie, i tak zostaje do końca. Płyta pełna jest zapadających w ucho kawałków – jest ładne, singlowe "City of Blinding Lights", jest utrzymane w najlepszej tradycji irlandzkiego kwartetu "Crumbs From Your Table", ale przede wszystkim zakochałem się w Przyczajonym Tygrysie tej płyty, jakim jest skromny, bardzo w stylu Madrugady utrzymany kawałek "A Man and a Woman", który jak się w mojej głowie rozpanoszył, tak nie może jej za Chiny opuścić (co widać po moich statusach na gTalku czy Skypie ;):

Wiedząc, że na chorzowskim koncercie pełno będzie – prócz, rzecz jasna, pewniaków w postaci największych hitów zespołu – utworów z tych dwóch płyt oraz, co smutne, NIC z "Popa", jechałem na koncert w miarę przygotowany repertuarowo, choć nie oczekiwałem zachwytu.

***

Po koncercie jednak byłem zachwycony. Uczestniczenie w takim wydarzeniu z 80 tysiącami fanów (a musieli to być fani zaprzysięgli, bo ceny za bilety były zaporowe – 450 zł za miejsce na widowni) jest przeżyciem, które na zawsze zostanie mi w pamięci. Było pełno magicznych momentów:

  • była, rzecz jasna, gigantyczna polska flaga podczas wykonywania "New Year's Day", tym bardziej widowiskowa, że widownia była obsadzona w całości, dookoła sceny, więc z każdego punktu było ją widać;
  • Edge miał urodziny akurat w dniu koncertu, więc na scenie zespół napił się szampana, a 80 tysięcy gardeł zaśpiewało mu "Sto Lat";
  • Bardzo piękna była wizualizacja przy piosence "Walk On";
  • Wreszcie – najbardziej magiczny moment: ostatnia piosenka przed bisami, "One", Bono z gitarą akustyczną na scenie prosi, by zgaszono wszystkie światła z infrastruktury koncertowej (scena, wszelkie konstrukcje, lampy stadionowe), a wszyscy, którzy mają komórki, żeby je wyciągnęli i nimi świecili. I tak powstała ogromna konstelacja tysięcy światełek... wyglądało to absolutnie niesamowicie, znowu z powodu tego, że trybuny były obsadzone w całości, dookoła sceny.

Nie miałem aparatu, ale tysiące innych miało, więc w sieci jest pewnie pełno zdjęć. Mogłem dzięki temu bez krępacji chłonąć koncert i dobrze się bawić, i nawet "Vertigo" i trzy identyczne kawałki z "Joshua Tree" mi się na nim podobały. Chłopcy z U2 dali nam kawał solidnej muzyki i solidnej zabawy.

***

Ale zachwyt jakoś długo się nie utrzymał. Już następnego dnia stwierdziłem, że w sumie nie było wcale jakoś przełomowo. Owszem, nie żałuję kasy wydanej na ten koncert, nie żałuję, że tam pojechałem i tam byłem, ale też nie był to na pewno najlepszy koncert w moim życiu. Nie był nawet w pierwszej piątce. A na następny koncert U2 w Polsce wcale nie wiem, czy pojadę... Słowem – U2 mam odhaczone. Byłem, widziałem, słyszałem, bawiłem się świetnie, ale nie wiem, czy to powtórzę. No, chyba, że następna płyta mnie powali na kolana.

Bo zdecydowałem się na ten koncert głównie dlatego, że nowa płyta mi się spodobała. Jest naprawdę dobra, nie ma na niej słabych momentów, a jest kilka rewelacyjnych. Czuję jednak – i nie ja jeden, podobne opinie słyszałem od znajomych i nieznajomych w sieci – że U2 się skończyli. Nie mam im tego za złe, grają już ok. 30 lat i co mieli do dania muzyce, to już dali. Pierwsze trzy płyty były szczytowymi osiągnięciami New Wave i Post-Punka, na następnych trzech U2 literalnie odkrywali Amerykę, a kolejna trylogia z lat 90-tych stanowiła genialne podsumowanie i pastisz muzyki rozrywkowej, z kumulacją na wiekopomnej i niedoścignionej płycie "POP".

Po czym, nagrywając płytę numer 10, "All Taht You Can't Leave Behind", U2 powiedzieli o sobie, że ponownie aplikują na stanowisko najlepszej grupy świata ("reapplying for the job of the best band in the world"). Dla mnie jest to dziwne, że mówią tak po wydaniu najlepszej płyty w historii muzyki rozrywkowej (moim zdaniem), a jeszcze dziwniejsze, że wydają po tym taki koszmarek... A po nim kolejną płytę, niezłą, a następnie ostatnią, dobrą, ale też bez rewelacji. Wniosek jest jeden – po dwóch wielkich, ryzykownych i eksperymentalnych zmianach stylu (1984 i 1991, "Unforgettable Fire" i "Achtung Baby"), które dały muzyce coś zupełnie nowego, w 2000 roku U2 przeszli na komercję, wracając muzycznie do tego okresu ich twórczości, który zyskał im największą sławę i największą rzeszę wyznawców. Dlatego na ostatnich trzech płytach tak dużo jest klonów "Pride" i "With Or Without You" ("Stuck in a moment...", "Miracle Drug", "Moment of Surrender"), kilka typowo radiowych, "chwytliwych" kawałków ("Get On Your Boots" czy to cholerne "Vertigo") i tylko kilka eksperymentów formalnych ("Fez – Being Born" czy "Cedars of Lebanon"), które ratują wizerunek zespołu i dają nadzieję.

Kto wie, może zamiłowanie grupy do zmiany stylu co trzy płyty nie przeminie, i następne ich dzieło będzie znów czymś świeżym i odkrywczym, może Bono, Edge i reszta nas jeszcze czymś zaskoczą, ale osobiście w to nie wierzę. Myślę, że U2 już się skończyli. Nie mówię, że to źle, i nie mam im tego za złe – co zrobili, to zrobili, a zrobili wiele, i zasługują na odpoczynek, sławę i pamięć...

...Ale po prostu nie bardzo wierzę, że na następny koncert będzie po co iść.

***

A, mimo wszystko, nadal wolę koncerty, gdzie czwórka ludzi na moich oczach śpiewa i gra na instrumentach, niż dwudziestka tancerzy, choćby nie wiem, jak pięknych i wysportowanych, tańczy i rusza ustami do playbacku. Nie tego na koncertach szukam.

Tak, to jest pstryczek w nos Madonny ;)

18 lipca 2009

Zabójcy Albumów

Poprzednio w dziale muzycznym pisałem o rolach, jakie czasem na płytach przypadają różnym piosenkim - o Hiciorach, Balladach i Przyczajonych Tygrysach. W swoich muzycznych wojażach (tu ukłon w stronę Xavexa i Viggena, bez których być może nigdy w takie wojaże bym nie wyruszył) natknąłem się jeszcze na jedną rolę, wartą opisania.

Jest ona, na szczęście, dość rzadka. Na szczęście, bo jej sama nazwa mówi, że należenie do tej grupy nie jest dla piosenki niczym dobrym. Są to Zabójcy Albumów.

Wyobraźcie sobie, że macie płytę, na której wszystkie utwory są dobre, bardzo dobre, a nawet genialne, a nagle, wśród nich, natykacie się na jeden, który jest ni w dupę, ni w oko, pasuje do płyty jak pięść do nosa i w ogóle nie wiadomo, jakim cudem się nia niej znalazł. I nie jest on średni, kiepski czy słaby - na każdej płycie trafiają się utwory słabsze czy odstające od reszty. One są po prostu Złe. Tak tragiczne, że ryją się w pamięć i nieodparcie już kojarzą się z danym albumem, i to kojarzą się bardzo negatywnie - do tego stopnia, że nie chce nam się wracać do danego albumu, bo wiemy, że on tam jest, a wolelibyśmy go uniknąć.

Stąd nazwa - Zabójcy Albumów. Po angielsku Album Killer, albo krócej - Hitman, co nomen omen jest tytułem pierwszego przykładu, jaki przychodzi mi do głowy.

"Innuendo", ostatnia wydana za życia Freddiego Mercury płyta Queen, jest pełna piosenek od fajnych ("Delilah") przez rewelacyjne ("All God's People") po genialne ("The Show Must Go On"), ale są wśród nich aż dwa Album Killery - rzeczony "Hitman" oraz "I Can't Live With You", co też przypadkowo świetnie pasuje do samego utworu - ja go po prostu nie mogę zdzierżyć ;)

Innym wartym wspomnienia przykładem jest utwór z pierwszego albumu legendarnej grupy King Crimson. Są na niej niekwestionowane arcydzieła - "Epitaph", "21st Century Schizoid Man" czy tytułowy "In The Court of the Crimson King", ale jest też "Moonchild". Pieprzony w dupę kopany "Moonchild". To są utwory, które pomija się w playlistach w odtwarzaczach mp3...

Pisałem jakiś czas temu o nowej płycie Comy. Zawiera ona piosenki, a pomiędzy piosenkami są różne dźwiękowe wstawki, i te wstawki (zwłaszcza "Stosunek do Służby Wojskowej") są takimi Album Killerami - można je posłuchać raz, drugi, i są zabawne, a potem zaczynają męczyć, i chciałoby się ich z płyty pozbyć.

Niektóre zespoły mają zmysł i potrafią takich potencjalnych Zabójców Albumów odsiać w trakcie sesji. Jeśli im ich żal, to potem wydają płytę typu "odrzuty z sesji", które czasem da się jakoś przełknąć, przynajmniej w części (Dream Theater "Awake"), a czasem faktycznie okazują się być stosem szitu strasznego (Therion "Deggial") i tylko się cieszyć, że kawałki z nich nie znalazły się na oryginalnych wydawnictwach (odpowiednio - "Images and Words" i "Vovin").

Jeśli Zabójca jest na płycie, czasem występuje w pojedynkę, a czasem jest ich więcej (na "The Miracle" Queen jest ich co najmniej trzech). Jeśli jednak jest ich więcej niż połowa, trudno tu mówić o Zabójcach - mamy do czynienia po prostu ze Złą Płytą (Queen "Jazz" - oni generalnie mieli do nich pecha), którą należy omijać szerokim łukiem.

Może ktoś z Was natknął się kiedyś na jakiegoś Zabójcę Albumów?

16 lipca 2009

Przyczajone Tygrysy

W dziełach fabularnych – filmach, książkach, serialach itp. – w których występuje wielu bohaterów, czasem można spośród nich wyróżnić pięcioosobowy podzbiór, pasujący do archetypu Bohaterskiego Kwintetu (Five Man Band). Postacie te stanowią zespół, wzajemnie się uzupełniają, a każdy z nich pełni w owej grupie konkretną rolę. W skład takiej grupy wchodzą: Bohater (The Hero), Skrzydłowy (The Lancer), Mądrala (The Smart Guy), Twardziel (The Big Guy) oraz Laska (The Chick). Na tvtropes.org znajduje się dokładny opis tego archetypu wraz z setkami przykładów np. w serialach czy literaturze.

Piszę o tym, bo ostatnio zauważyłem, że w muzyce popularnej jest podobnie - istnieją płyty, na których utworom można przypisać różne role, jakie pełnią na albumach. Na każdej z nich występuje – jak ja to nazywam – Hicior, Ballada oraz utwór, który pełni rolę Przyczajonego Tygrysa.

Hicior – wiadomo. Najbardziej chwytliwy utwór na płycie, zwykle pierwszy, który zostaje wydany na singlu, żeby zawojować listy przebojów, zwrócić uwagę na nowe wydawnictwo i zachęcić do oczekiwania na premierę (bo zwykle jest on wydany przed premierą płyty).

Ballada – utwór spokojniejszy, bardziej, powiedzmy, artystyczny, który ma pokazać, że na nowej płycie znajdują się nie tylko hiciory, ale też utwory bardziej kontemplacyjne. Często wydane jako drugi, czasem trzeci singiel. Hiciory i Ballady mają zachęcić ludzi do kupienia płyty i posłuchania jej w całości. I dopiero wtedy można trafić na trzeci typ utworu – Przyczajonego Tygrysa.

Przyczajone Tygrysy nigdy nie są wydawane na singlach, można je znaleźć słuchając albumu w całości. Są one przyczajone także dlatego, że nie zwraca się na nie z początku uwagi – po zakupie płyty, do której zachęciły nas zasłyszane Hiciory i Ballady, zwykle przez dłuższy czas tylko na nie jeszcze zwracamy uwagę. Potem dopiero dostrzegamy pozostałe utwory na płycie, ale i wtedy Przyczajone Tygrysy jeszcze się na nas nie rzucają.

Zauważamy je dopiero po jakimś czasie, gdy już ochłoniemy z zachwytu nad znanymi z radia utworami. W pewnym momencie, za którymś przesłuchaniem, nagle uderza nas, jak dany utwór jest... genialny. Wtedy właśnie Przyczajony Tygrys atakuje nas z całym swoją doskonałością i swoją perfekcją. Przyczajone Tygrysy potrzebują osłuchania, bo – jak wszystkie rzeczy prawdziwie genialne – nie są łatwo przyswajalne i wymagają czasu, ale gdy już się je zauważy, dostrzega się też, że zwykle właśnie one są na danej płycie najważniejsze, niosą najistotniejsze przesłanie i właściwie o nie tutaj głównie chodzi.

Kilka przykładów:

Mars Volta "De-loused in the Comatorium" (2003)
Hicior: "Inertiatic ESP"
Ballada: "Televators"
Przyczajony Tygrys: "Eriatarka" – sztandarowy przykład, pierwszy, jaki mi zawsze przychodzi do głowy, gdy myślę o Przyczajonych Tygrysach. Utwór doskonały, i nie jest to tylko moja odosobniona opinia – "Eriatarka" jest najczęściej wymieniana przez fanów pierwszej płyty Mars Volty jako ich ulubiona piosenka. Ma doskonałą konstrukcję – idealnie odzwierciedla paradygmat budowy scenariusza filmowego: ekspozycja, pierwszy punkt zwrotny, konfrontacja, drugi punkt zwrotny i finał.

U2 "Pop" (1997)
Hicior: "Discotheque"
Ballada: "Staring at the Sun", "Please", "If God Will Send His Angels"
Przyczajone Tygrysy: "Gone" i "Playboy's Mansion" – treściowo i przesłaniowo najważniejsze utwory na płycie – podsumowanie nie tylko tego albumu, ale całej trylogii płyt "Achtung Baby", "Zooropa" i "Pop".

Genesis "Calling All Stations" (1997)
Hicior: "Congo"
Ballada: "Not About Us"
Przyczajone Tygrysy: "The Dividing Line", "Small Talk"... generalnie cała druga strona.

Coheed and Cambria "No World For Tomorrow" (2007)
Hicior: "Running Free"
Ballada: "Mother Superior"
Przyczajony Tygrys: "Radio Bye Bye"

Zapraszam do wyszukiwania i dzielenia się innymi odkrytymi Przyczajonymi Tygrysami :)


16 maja 2009

Faraway, so close

Po tym, jak zlikwidowali Music Cornera, a wraz z nim dział "Komis" w galerii Rynek 13, byłem może nie zdruzgotany, ale przynajmniej nieszczęśliwy - udało mi się tam trafić parę naprawdę świetnych płyt w naprawdę świetnych cenach.

Dzisiaj jednak okazało się, że bardzo fajny substytut dla tego miejsca mieści się bardzo niedaleko mnie. Mieszkam sobie mianowicie kilka minut od Placu Imbramowskiego, i choć co jakiś czas tam zaglądam po warzywa, wędliny czy pieczywo, to jakoś nigdy nie dotarłem do ostatniej jego alejki, która udowadnia, że można na tym targu znaleźć NAPRAWDĘ wszystko, bo nawet meble i kredyty majątkowe ;)

A także bardzo sympatyczne stoisko, na którym pan sprzedaje najróżniejsze starocie i obiekty, które wyglądają na mocno zdobyczne - w tym płyty i filmy na DVD. A że ofertę ma może nie rozległą, ale na pewno nader ciekawą, to oczywiście wydałem u niego trochę kasy.

Przede wszystkim polecam wybrać się do niego fanom Genesis - jest tego u niego pełno. Jest "Calling all stations" i "A trick of the tail" (te akurat mam), są "Abacab", "And then there were three" i koncertowe "Three Sides Live" (te mnie nie interesują) oraz są "Trespass" i "Nursery Cryme", których nie mam i na które poluję, ale że były w formacie SACD+DVDA za 40 zł każda, to się powstrzymałem - po co mi te formaty, jeśli nie mam na czym ich odpalić?

Zakupiłem natomiast wreszcie "Tales from Topographic Oceans" Yesa, "Atom Heart Mother" Floydów (w ciekawej wersji z dodatkowymi sześcioma bardzo wczesnymi utworami Floydów, jeszcze z Barrettem, w bardzo surowych wersjach - chyba bootlegów) oraz dwie pierwsze płyty polskiej grupy Satellite - "A Street Between Sunrise and Sunset" i "Evening Games". Była też digipackowa, rozszerzona wersja ich trzeciej, pięknej płyty "Into the Night", z dodatkowymi utworami, ale że ją mam, to postanowiłem nie dublować - nawet mimo bonusowych utworów. Generalnie pan ma jeszcze parę ciekawostek - "Amused to Death" Watersa czy "Private Collection" Jona i Vangelisa, których zakup też rozpatrywałem - więc polecam się do niego wybrać, zanim Wam wszystko wykupię ;) Pana można znaleść na Imbramowskim we wtorki, czwartki i soboty, a w niedzielę pod Halą Targową.

Ostatnią rzeczą, jaką u niego zakupiłem, było DVD z filmem "Pink Floyd The Wall", z paroma dodatkami w postaci wyciętego fragmentu filmu z piosenką "Hey You" (piosenka absolutnie prześliczna, ale faktycznie, do filmu nie pasowała), teledysku do "Another Brick in the Wall Part 2" oraz paru dokumentów wspominkowych czy z planu filmowego. W tym ostatnim szczególnie mi sie spodobała wypowiedź reżysera, Alana Parkera, nawiązująca do trudnej realizacyjnie sceny nazistowskiego koncertu/wiecu, w której w tłumie zagrali prawdziwi skinheadzi, co wywołało niepokój, czy ironicznej sceny nie odbiorą oni (a także widzowie) zbyt dosłownie. Alan Parker powiedział wtedy:
If you have a clear view of what you want to say, then you have to say it, and say it as strongly as you possibly can.
No, ale po tym wszystkim znowu muszę sobie dać na jakiś czas spokój z zakupami. A więc - żegnajcie, Ayreony i Fool's Gardeny, znalezione na allegro, żegnajcie, pierwsze płyty U2, i żegnaj, ostatnia płyto OSI.

Ale wasz czas jeszcze nadejdzie :)

07 maja 2009

The problem with U2

The Best Ofy to zło. Zapamiętajcie te słowa, weźcie je sobie do serca i unikajcie ich jak ognia, kiedy przyjdzie Wam zapoznać się z twórczością jakiegoś nowego artysty czy zespołu. Można wpaść w fatalną pułapkę utworów, uznanych za "najlepsze" przez kogoś innego.

Weźmy takich Beatlesów - wszyscy znają ich bigbeatowe kawałki, "She Loves You Yeah Yeah Yeah", "C'mon C'mon C'mon Baby Twist and Shout" czy "Awannaholdyahand" bębnią każdemu w głowie, gdy słyszy o kwartecie z Liverpoolu, i tak się też on wszystkim kojarzy - z trzyminutowymi, lekkimi piosenkami o miłości, które tak łatwo wpadają w ucho. A ja tylko zbieram do swojej kolekcji te wszystkie zaskoczone wyrazy twarzy i niedowierzania w oczach, gdy uświadamiam ludzi, że Beatlesi to znacznie, znacznie więcej, niż bigbit, że zdecydowanie ważniejsza dla rozwoju muzyki popularnej była ich twórzość z drugiej połowy lat 60-tych, twórczość mocno psychodeliczna. Ale, niestety, ich zdecydowanie najlepszych utworów - "I'm Only Sleeping", "Being for the Benefit of Mr Kite" czy "A Day in the Life" nie uświadczymy w radiu, ewentualnie ten ostatni znajdziemy na jakimś thebestofie...

Ale, no właśnie. Thebestofy powstają ku zaspokojeniu gustów jak największego "targetu", więc niejako z definicji znajdą się na nim utwory najpopularniejsze. Ale "najpopularniejsze" rzadko tak naprawdę oznacza "najlepsze"...

Przykłady można mnożyć, ale największą niesprawiedliwością dziejową jest dla mnie to, jak zostało potraktowane U2, przede wszystkim przeze mnie. I dlatego to piszę - żeby irlandzkiemu kwartetowi po latach oddać sprawiedliwość.

Oto, jaki obraz U2 miałem jeszcze kilka tygodni temu: jest więc "POP", płyta, którą wychwalam pod niebiosa, którą uważam za najlepszy album nagrany w historii, czym "Deus eX" jest w świecie gier komputerowych, tym "POP" jest dla muzyki.

Jest "Achtung Baby", druga ich płyta, jaką poznałem, zachęcony artykułem z dodatku do "Wyborczej" sprzed 12 lat, wydanym z okazji koncertu z trasy PopMart, opisującemu historię i dotychczasowe osiągnięcia zespołu (jeszcze gdzieś ten artykuł mam...) . Płyta odjazdowa, rockowa, zwariowana, ale jednak nie potrafiła mnie tak całkiem porwać.

Jest "War", który zachwycił mnie surowym brzmieniem wczesnych lat 80-tych, pierwszych trzech utworów ("Sunday Bloody Sunday", "Seconds" i "New Years Day") mógłbym słuchać w kółko, ale cała płyta ma coś, co nazwałem "syndromem U2", o czym za chwilę.

No i jest "Joshua Tree", płyta, która wywindowała zespół na szczyty popularności, z bohaterów zrobiła bogów, którą wszyscy wymieniają jako najlepsze dokonanie zespołu... i której nie znoszę. Po prostu nie mogę. A trio najsłynniejszych utworów, które ciągle słyszę w radiu ("Where the streets...", "Still haven't found..." i "With or without you") jest do siebie tak podobne, że nigdy nie potrafię rozróżnić, który z tych kawałków właśnie słyszę (to jest właśnie syndrom U2).

Do tego trio dochodzą inne utwory, które ogólnie nazywam "jutupodobnymi", pełne motywów, które nazywam "jutuchwytami" (powolna, wręcz leniwa melodia, falsetowe wycie Bono... nie potrafię tego określić), a które też ciągle słyszę w radiu - "Pride", którego mam serdecznie dość, i nudne do wyrzygania "Stuck in the moment you can't get out of" - doprawdy, tytuł doskonale do tej piosenki pasuje.

I to jest obraz U2, jaki mam. Jaki miałem. A miałem go dlatego, że w radiu słyszałem tylko i wyłącznie wspomniane wyżej jutupodobne kawałki, i te same kawałki zawsze były wybierane na thebestofy, by grupę reprezentować, więc nie moja wina, że ja sobie ten obraz z tych paru identycznych, nudnych kawałków, rozciągnąłem na całą ich twórzość, której nie znam, i automatycznie założyłem, że przed "Joshua Tree" wszystkie płyty składały się z różnych odmian "Pride". Bo pierwsza płyta, "Boy", miała być o wchodzeniu w dorosłość, o matce Bono, o dzieciństwie, więc uznałem, że będzie równie mdła i nudna. "October" jest w dużej mierze o religii, więc też będzie mdła i nudna. "War" jest ostrzejsza, bo wymaga tego temat, więc to tylko jednorazowy wybryk. Nie miałem ŻADNYCH podstaw, żeby wierzyć, że jest inaczej.

Właśnie dlatego thebestofy są złe.

Bo przed sierpniowym koncertem zabrałem się wreszcie za posłuchanie ich wszystkich płyt. Wszystkich, w całości. I jestem, kurna, zachwycony. Okazuje się, że nie tylko "War", ale wszystkie trzy pierwsze płyty są równie rockowe, z tym ukochanym przeze mnie surowym, gitarowym brzmieniem (a'la wczesna Republika czy Bauhaus). Nie tylko "I Will Follow", ale cały "Boy" pełen jest porywających i energicznych utworów, a uznawany za gorzy "October" moim zdaniem wcale mu nie ustępuje.

Ale na tym nie koniec. Czwarta płyta grupy, "The Unforgettable Fire" zawiera znacznie więcej, niż tylko "Pride" - choćby otwierający "A Sort of Homecoming" czy świetny utwór tytułowy, oraz śliczne, nastrojowe (wpływ producentów, Briana Eno i Daniela Lanoisa, którzy zmienili surowość na delikatne, ambientowe brzmienie) "Bad" i "Indian Summer Sky".

Teraz nawet "Joshua Tree" zaczyna mi się podobać. Nie dość, że okazuje się, iż trzy identyczne utwory wcale nie są takie identyczne, i teraz nie mogę znieść już tylko jednego z nich, to jeszcze za nimi na płycie kryje się kilka perełek (kocham "Bullet the Blue Sky").

Idąc dalej, dzięki temu wszystkiemu na nowo odkryłem "Achtung Baby", którego należy słuchać w połączeniu z "Zooropą" i wieńczącym nieformalną trylogię "Popem". Kto wie, może nawet jeszcze przekonam się do płyt numer 10 i 11...

Ale to też jeszcze nie wszystko. Poza słuchaniem płyt mnóstwo oglądam i czytam i dowiaduję się, że cholera jasna, ten irlandzki kwartet to jednak znacznie, znacznie więcej, niż tych 12 płyt, które wydali. Pal sześć, że mają mnóstwo świetnych teledysków, do niektórych piosenek nawet więcej, niż jeden ("One" ma ich pięć!), to jeszcze na uwagę zasługują setki b-side'ów, EPów, alternatywnych wersji, nagrań koncertowych, coverów innych wykonawców (U2 naprawdę dużo czerpali z Beatlesów), wreszcie - ich trasy koncertowe. Wiedziałem o całej filozofii, która stała za "POPem" i trasą PopMart, od naklejek na płytach po wystrój sceny koncertowej, ale gdy dowiedziałem się o niewyobrażalnie wręcz złożonym i dech w piersiach zapierającym multimedialnym przedsięwzięciu, jakim była megatrasa koncertowa ZooTV, to nadal nie mogę wyjść z podziwu, że ten - jak mi się zdawało - skromny zespół z Irlandii porwał się na coś takiego...

Morał z tego taki - patrzę teraz na U2 zupełnie inaczej, coraz bardziej ich podziwiając i chwaląc (bo na to zasłużyli, zwłaszcza po tym, jak po nich przez ostatnie lata jeździłem), ale to wszystko no thanks to The Best Of.

Powtarzam jeszcze raz - trzymajcie się z dala od The Best Ofów. Nikt nie powinien za Was wybierać, które utwory są "najlepsze". Słuchajcie wszystkiego, słuchajcie uważnie i sami szukajcie tego, co Wam się w muzyce podoba.

Gwarantuję, że to się opłaca.

02 maja 2009

Krew lepsza od wolności

OSI wydali nową płytę. W sam raz by się zgadzało, bo wydają jedną co trzy lata ("Office of Strategic Influence" w 2003, "Free" w 2006).

Kilka słów o OSI: jest to projekt muzyczny (tzn. wydają tylko płyty, nie grają – niestety – koncertów), założony przez Jima Matheosa, Kevina Moore (były, moim zdaniem najlepszy, klawiszowiec Dream Theater) i Mike'a Portnoya (perkusista DT), z niewielką pomocą Stevena Wilsona (Porcupine Tree i wiele innych). Do pierwszej ich płyty, "Office of Strategic Influence" ("Biuro Oddziaływań Strategicznych", podobno jest to nazwa autentycznej organizacji, oddziału amerykańskiego MONu, powstała po atakach 11 września w celach szerzenia propagandy w wojnie przeciw terroryzmowi) przekonywałem się długo, ponad rok. Ale gdy się wreszcie przekonałem, płytę tą pokochałem i uwielbiam do dziś.

Szczególnie ujęły mnie na niej ten rządowy, szpiegowski klimat – jeśli ktoś kojarzy grę "Splinter Cell", szczególnie misję, w której wkradamy się do siedziby CIA w Langley w pierwszej części, doskonale wie, o czym mówię – nie znam dwóch dzieł, które lepiej by do siebie pasowały, niż ta płyta i ta gra. Ostatecznie może być film Tony'ego Scotta "Wróg Publiczny". Klimat zawarty jest nie tylko w muzyce i efektach specjalnych (płyta przesiąknięta jest nagraniami rozmów, część brzmi jak rozkazy wydawane podczas tajnych operacji, część jak nagrania audycji radiowych czy telewizyjnych na temat wszechobecnej inwigilacji, a część brzmi jak nagrania z podsłuchów telefonicznych czy w pomieszczeniach), ale i w tekstach – tytułowy utwór "OSI" mówi wprost, jaka jest agenda tytułowej organizacji:

Hate it when the truth unravels
Hate it when we don't get a spin
Hate it when the enemy travels
'cause it's awfully un-american

Inne piosenki mają bardzo podobny wydźwięk ("When You're Ready", "Hello Helicopter"), nawet utwory instrumentalne nie są takiego klimatu totalnej inwigilacji pozbawione ("Horseshoes and B-52s" – tytuł pochodzi od dwóch "mitycznych" szpiegowskich samolotów). A wśród tych wszystkich utworów mamy też perłę w postaci dziesięciominutowego kawałka autorstwa i z wokale Stevena Wilsona – "shutDOWN", bardzo w stylu jego Porcupine Tree. Jest to miła odmiana na całej płycie także dlatego, że wokal Moore'a jest fajny, ale na dłuższą metę może być męczący.

W całą tą atmosferę świetnie wkomponowuje się okładka i książeczka płyty, stylizowana na paszport ze wszystkim, co trzeba (jest strona z danymi personalnymi Biura, są pieczątki i wizy) oraz dołączony do płyty teledysk do jednego z instrumentalnych utworów.

Trzy lata później grupa wydała album "Free", który także potrzebował trochę czasu, żeby do mnie trafić, i choć teraz go już w całości bardzo lubię i cenię, to jednak do świeżości i nastroju debiutu jest mu daleko. Brakuje mi na nim instrumentalnych utworów i gościnnych występów – krótko mówiąc, choć płyta jest dobra, to jednak mam po niej przesyt wokalu Moore'a. Ale nie brakuje na nim prawdziwych perełek – jest piękne, singlowe "Go", jest śliczna ballada "Home Was Good", no i jest mój ulubiony "Bigger Wave" z tekstem, który już kiedyś tu zamieszczałem, ale powstrzymać się nie mogę, więc powtórzę:

I was hoping we could walk on the water
and still find reasons to swim inside

Braki płyty wynagradza nieco bonusowy dysk "re: free", dodawany do niektórych wydań albumu – zawiera kilka utworów spokojnych, nastrojowych i instrumentalnych ("Communicant").

A teraz, w 2009 roku, projekt OSI wydał album numer trzy, "Blood", pierwszy ich album, który mnie wciągnął od pierwszego przesłuchania, właściwie od pierwszej piosenki – już słuchając "Escape Artist" piałem z zachwytu, tylko, żeby przy następnym, "Terminal", piać jeszcze głośniej.

Dziewięć utworów, z których nie wszystkie zachwycają – właściwie najbardziej podobają mi się te spokojniejsze, nastrojowe (jak dwa pierwsze, przepiękny "Radiologue", "Stockholm" z gościnnym wokalem Mikaela Åkerfeldta z grupy Opeth, którego ja znam bardziej jako Fear z "Human Equation" Ayreona, oraz zamykający płytę utwór tytułowy). Słabsze są te głośniejsze, bardziej łomotliwe ("False Start", "Be The Hero"), ale równoważy je obecność utworu instrumentalnego w starym, dobrym, rządowo-szpiegowskim klimacie ("Microburst Alert").

Generalnie – "Blood" wchodzi i przyswaja się dużo lepiej, niż "Free", dużo bardziej skłania do słuchania w kółko i bardziej zostaje w pamięci.

Tylko wkurza mnie, że skoro na "Free" wydałem tych 70 złotych, to nie ma rady – będę musiał "Blood" kupić, i to szybko...

22 kwietnia 2009

Zagraniczna płyta, polska cena, badziewna jakość

A więc kupiłem sobie nowa płytę U2. W Epiku, jak należy, i w ogóle. Wydań jest kilka - od dużego boksu, z filmem, książką, albumem fotograficznym i nie wiem jeszcze jakimi bajerami za dwie stówy, poprzez wydanie CD+DVD, przez zwykłą płytę aż do płyty z serii "Zagraniczna płyta, polska cena" za faktycznie polską cenę 36 zł.

Wybrałem więc tą ostatnią opcję, bo bardzo akcję popieram... i okazało się, że za polską cenę otrzymałem też typowo polską jakość.
Nie dość, że oryginalna okładka płyty została otoczona oszpecona wianuszkiem z nazwą akcji, a jej logo bezczelnie widnieje na grzbiecie płyty, to jeszcze to, co najważniejsze, czyli książeczka, zwyczajnie nie istnieje - zawiera ledwo "cast and crew" płyty, nawet nie ma listy utworów, nie mówiąc już o tekstach...

Szkoda bardzo, bo już myślałem, że wydawcy naprawdę pójdą na rękę melomanom i poważnie obniżą ceny, a nie będą wystawiać takie cyrki.

***

Ale z dobrych wieści - dzisiaj wszedłem sobie do Empiku i w drzwiach powitała mnie informacja, że Depeche Mode właśnie wydali nową płytę. Ciekawy zbieg okoliczności, bo dosłownie dzień-dwa temu sobie o nich przypomniałem, że "Ultra" w 1996, na "Excitera" trzeba było czekać 5 lat, a od 2001 roku nic, przez osiem lat ze stajni królów New Romantic (no, obok U2, rzecz jasna) nie było ani słówka. U2 przez ten czas wydali jedną płytę i kilka "pobocznych" piosenek, a Depeche Mode milczą. A tu dzisiaj plakat, reklamujący "Sounds of the Universe".

Wszedłem więc, spojrzałem na półkę z nowościami, i zobaczyłem - na szczycie właśnie nowe DM (w kilku wydaniach), półkę niżej, oczywiście, nadal U2, a jeszcze półkę niżej...
Tak, zgodnie z oczekiwaniami, kilka miesięcy po wydaniu w Polsce pierwszej płyty Tesco Value, zespołu Czesława Mozila, z którym grał w Danii, przyszła kolej na drugą, "Songs for the Gatekeeper". Podczas, gdy "Debiut" Czesława jest zabawny i fajny, a "Tesco Value" jest interesująca, "Songs for the Gatekeeper" jest po prostu zajebista. Genijalna, jak to niektórzy mówią ;) Absolutny must-have, o którym pisałem już jakiś czas temu.

I dlatego wyszedłem ze sklepu o parę groszy na koncie lżejszy ;)

14 kwietnia 2009

Cedry Libanu

Cały wczorajszy dzień spałem
Obudziłem sie w ubraniu na stercie brudów
Całą noc starałem się zdążyć przed terminem
Wtłoczyć komplikacje życia w prosty nagłówek

Twoją twarz mam tu na starym zdjęciu
Sprzątasz na nim dziecięce ubranka i zabawki
Uśmiechasz się do mnie, zabrałem je z lodówki
Nie pamiętam, co potem robiliśmy

Czuję, jakbym od lat nie był z kobietą
Cały czas myslę o Tobie i Twoich słonych łzach
Ten gówniany świat czasem wyda piekną różę
Jej zapach unosi się w powietrzu, a potem zanika

Oddzwoń do domu

Najgorsi z nas produkują malownicze wyznania
Najlepsi są geniuszami lakonizmu
Mówisz, że nie zostawisz prawdy samej
Jestem tu, bo nie chcę wracać do domu

Dziecko pije brudną wodę z koryta rzeki
Żołnierz przynosi z czołgu pomarańcze
Czekam na kelnera, trochę trwa zanim przyjdzie
Patrzę na zachód słońca nad Libanem

Oddzwoń do domu

Moja głowa jest jak zapalony papieros
Pogańskie chmury odbijają się w minarecie
Jesteś tak wysoko, wyżej niż ktokolwiek
Czy jesteś też wśród cedrów Libanu?

Wybieraj wrogów rozsądnie, bo to oni cię określają
Niech będą interesujący, bo w pewien sposób ich obchodzisz
Nie ma ich na początku, ale gdy opowieść dobiegnie końca
Zostaną z tobą na dłużej, niż przyjaciele
Przepiękna jest ta piosenka.

23 marca 2009

Światełko na horyzoncie

Co sądzicie o nowej płycie U2?

Pytam głównie fanów, szczególnie tych wierzących w Teorię Liczb Nieparzystych. Bo ja słyszałem kilka opinii – zarówno od moich znajomych, jak i od tych, co "sie znają" – że płyta jest przeciętna, że to odgrzewanie starych kawałków, że jadą po nazwisku i nic nowego nie odkrywają. Co by się ze wspomnianą teorią w sumie zgadzało, jako, że to płyta jest z numerem 12.

A ja sobie jej słucham i tak sobie myślę, że teoria jest błędna. To nie liczby nieparzyste są dla U2 szczęśliwe. Dla mnie stanowczo dużo szczęśliwsze są liczby podzielne przez trzy...

"War" (numer 3) jest płytą bardzo dobrą, rewelacyjną wręcz. Ma pewną irytującą cechę, mianowicie – wszystkie kawałki są na niej do siebie podobne, przez co nie można jej przesłuchać więcej, niż dwa-trzy razy pod rząd, ale otwierająca trójka – "Sunday Bloody Sunday", "Seconds" i "New Year's Day" – dosłownie powala na kolana, a ja wolę, jak utwory są podobne ale dobre, a nie podobne, ale kiepskie (jak na numerach 5 i 10, o czym za chwilę).

"Rattle and Hum" (numer 6) przesłuchałem ostatnio właśnie po to, żeby sobie teorię trójek udowodnić, i nie pomyliłem się – zaskakujące połączenie utworów koncertowych (w tym świetnych coverów klasyki Beatlesów i Dylana) z oryginalnymi nagraniami studyjnymi ("God Part II" i "Angel of Harlem"), mocna rzecz.

Wreszcie – "Pop" (numer 9), płyta wybitnie niedoceniana, nazwana przez Edge'a "najodleglejszą od U2 jak to tylko możliwe", niedopracowana i dokańczana w pośpiechu, co wyszło tylko na dobre tej JEDNEJ Z NAJLEPSZYCH, JEŚLI NIE NAJLEPSZEJ PŁYCIE, JAKĄ W ŻYCIU SŁYSZAŁEM (tak, mówię to ja, miłośnik wszystkiego, co progresywne i przeciwnik wszystkiego, co, no cóż, popowe). Arcydzieło, które nigdy mi się nie znudzi.

Tymczasem płyty "nieparzyste" – numer 7, "Achtung Baby", jest dobra, ale ja jednak bardzo się cieszę, że nie była pierwszą płytą U2, jaką poznałem. Była natomiast drugą (tzn. sięgnąłem po nią po tym, jak poznałem "Pop") i na długi czas pozostała ostatnią... Numer 5, "Joshua Tree" jest fatalna. To jest właśnie przykład płyty pełnej podobnych do siebie, mdłych i nudnych piosenek ("Where The Streets...", "With Or Without You" i "Still Haven't Found..." – do dziś nie potrafię ich od siebie odróżnić). Takie niestety jest to prawdziwe U2, które wiele osób zna i kocha, to U2, od którego odeszli jak najdalej, tworząc swoje (moim zdaniem) opus magnum. To samo, do którego po "Popie" wrócili kolejną tragiczną płytą "All That You Can't Leave Behind".

No i wreszcie przedostatnia, jedenasta, "How To Dismantle an Atomic Bomb"... NAPRAWDĘ dałem jej szansę. Niejedną. Słuchałem jej cały czas, przez kilka dni pod rząd, a jednak wszystko, co z niej pamiętam, to "Un, dos, tres, quatorze..." Kiepsko, jak na rockowy zespół.

Tymczasem – wbrew recenzjom, jakie czytałem, utwory z "No Line on the Horizon" nuciłem i podśpiewywałem już po jednym, dwóch przesłuchaniach. I to nie singlowe "Get On Your Boots", tylko piękne "Magnificent" czy tytułowy, otwierający kawałek. Właściwie, pierwszy singiel z płyty jest jego najsłabszą częścią, chyba dobrze, że go nigdy w radiu nie słyszałem. Poza nim jakoś nie mogę dostrzec na nim słabych punktów, za to bardzo często piosenki, które niby sobie lecą w tle, odrywają mnie od tego, co robię, i każą mi zerknąć, który to kawałek teraz leci.

I ja naprawdę nie wiem, jaka jest zawartość U2 w nowym U2. Nie wiem, na ile wrócili do korzeni, a na ile eksperymentują na swojej płycie. Piękny i wolny od maniery wokal Bono, gitara Edge'a w najlepszej formie – nie potrafię tego zrozumieć, bo przecież są to klasyczne elementy ich muzyki, których brak na "Popie" chyba mnie tak ujął, a obecność na innych płytach tak odrzuca – a jednak tutaj wydają się być w tak idealnych proporcjach, że ja po prostu nie mogę tej płyty przestać słuchać...

Dlatego pytam prawdziwych fanów (piszę bez ironii, naprawdę – wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że ja nie jestem fanem U2, ja ich właściwie nawet nie lubię) – jak to jest? Jest linia, czy nie ma linii na horyzoncie?

25 lutego 2009

Wielki Sen Pana Sundersa

Dorwałem wreszcie nową płytę Millenium, "Numbers and the Big Dream of Mr Sunders" w oryginale, więc wreszcie mogłem zagłębić się w teksty i koncept, i o ile – jak juz pisałem jakiś czas temu – muzycznie jestem płytą zachwycony, to jednak teksty wywołały reakcję meh.

No bo co się okazało – myślałem, że płyta opisze historię pana Sundersa o tym, co to on zrobi z ogromną wygraną na loterii. W sensie – co też zrobi on z tą kasą naprawdę i jak szczęśliwy (bądź nie, co bardziej prawdopodobne) będzie po podjęciu takiej decyzji. A tu trochę lipa, bo okazuje się, że pan Sunders miał więcej niż jeden sen.

W pierwszym faktycznie, przyśniły mu się numery, ale w drugim – po odebraniu wygranej (10 milionów dolarów) – śni o zakupieniu za tą kwotę magicznego kamyczka ("Wishmaker"), który spełnia życzenia. A życzeniami tymi jest, po kolei, być Prezydentem Wszystkich Ludzi, być wielką gwiazdą, być na powrót dzieckiem, mieć rodzinę (i wynikający z tego atak serca), pogadać z obcymi i wreszcie – pomagać chorym, biednym i potrzebującym.

Krótko mówiąc – spodziewałem się czegoś więcej. Czegoś bardziej przyziemnego, bardziej ludzkiego, bardziej realnego. Kramarski, autor tekstów i konceptu, znowu uniósł się odrobinę za wysoko i za bardzo oddalił od realizmu – Daniel Sunders z "Vocandy" był japiszonem, bogaczem i snobem, który trafił na sąd półostateczny, na którym rozwodził się nad swoją miłością do pieniędzy i wszystkim, co łatwe, jak się ma kasę, po czym nagle, w przeciągu jednej piosenki, się nawrócił i dostał drugą szansę. Jego brat, Adrian z "Interdead" w ciągu jednej nocy styka się ze wszystkimi po kolei zagrożeniami życia wirtualnego, w oderwaniu od życia prawdziwego. Historia trzeciego z braci Sundersów jest równie po łebkach i na skróty potraktowana. Ileż przyjemniej słuchałoby się historii prawdziwej, wzlotów i upadków człowieka, który wygrał dużą kasę, która jednak okazała się bardziej przekleństwem niż zbawieniem?

Jako przykład nasuwa się Hugo Reyes z "Losta". A idąc dalej w przykłady, w nocy przed wyjazdem do Anglii tydzień temu, gdy byłem świeżo po lekturze nowego odcinka tego najlepszego z seriali, oraz gdy do snu przygrywała mi właśnie rzeczona płyta Millenium, mnie samemu przyśniła się fabuła, inspirowana elementami tych historii, a jednak jeszcze inna.

Jak zwykle z moimi filmowymi snami bywa, nie wiem już, co było we śnie oryginalnie, co sie dopisało w pół-śnie, a co dopisałem już w pełni świadomie, na jawie. Generalnie wyobraźmy sobie człowieka, niech będzie to jakiś pan Marian Kowalski, typowy everyman, niespecjalnie przystojny ani wyłamujący się z otoczenia, powiedzmy, księgowy, może jakiś szeregowy informatyk. Kowalskiemu też przyśniły się numerki i on także postanawia je postawić w lotka. Ale, w przeciwieństwie do Hurleya oraz Sundersa, nie wygrywa od razu, a gdy już wygrywa – po paru tygodniach, może miesiącach obstawiania – to też nie jest to szóstka, nie jest to 150 milionów, ani nawet 10. Trafia piątkę i wygrywa jakąś tam niezłą kasę, powiedzmy, 100 tysięcy. I, oczywiście, ta wygrana wcale mu szczęścia nie przynosi.

Niech pan Kowalski coś spróbuje z nią zrobić, niech mu ta kasa trochę uderzy do głowy, ale niech mimo wszystko, w ostatecznym rozrachunku mu szczęścia nie przyniesie. Ale niech z numerami stanie się coś jeszcze – niech Kowalski pozna dziewczynę z datą urodzenia, składającą się z numerów ze snu. Niech te same numery będą też w jej numerze telefonu albo mieszkania. Ale też – niech to wszystko będzie ciągle w granicach wiarygodności (znam osoby, które zaszyły swoją datę urodzenia w numerze telefonu, żeby łatwiej zapamiętać – niech dziewczyna Kowalskiego też będzie taką osobą). I – co najważniejsze – niech Kowalski pozna ją niezależnie od swojej wygranej.

Taką historię – o numerach, które pojawią się we śnie by przynieść śniącemu szczęście, ale nie jako recepta na wygraną w totka – chciałbym usłyszeć albo zobaczyć.

25 stycznia 2009

Żegnaj, Empiku...

...witaj, Saturnie i Media Markcie!

Doprawy, oferta muzyczno-filmowa Saturna, sklepu przecież nastawionego na sprzęt RTV i AGD, bije na głowę ofertę nastawionego na kulturę Empika. Dostałem od siostrzyczki pod choinkę empikowy talon na balon, czyli czek prezentowy, za który zakupiłem sobie nowego "Batmana" i jeszcze mi trochę zostało, więc od jakiegoś czasu regularnie tam zaglądam z zamiarem kupienia sobie czegoś interesującego - głównie rozglądam się za jakąś cholernie drogą płytą, której normalnie bym nie kupił, np. Legendary Pink Dots, Coheed and Cambria, Porcupine Tree czy Beatlesami (swoją drogą, ja nie rozumiem, czemu ich płyty są tak masakrycznie drogie - jak młodzież ma poznawać klasykę taką, jak oni czy Floydzi, jeśli ich płyty są poza zasięgiem zdroworozsądkowego kupca?*) Byłem w Empiku w Galerii oraz na Rynku już chyba z 5 razy - i za każdym razem nic. Nic!

Za to dzisiaj wszedłem sobie ot tak do Saturna... i wyszedłem z trzema nabytkami: filmem "Across the Universe" (w Empiku jest chyba jeden jedyny egzemplarz, ale znaleźć go w ichniejszym bajzlu graniczy z cudem), "Scenes from a Memory" Dream Theater, które nie dość, że kosztowało śmieszne 30 zł, to jeszcze w sklepie, nad głowami kupujących,
grali akurat tą płytę, oraz upragnione od dawna "The Division Bell" Floydów (za 32 zł, prawie dwukrotnie mniej, niż w Empiku). Poza tym byłem pod ogromnym wrażeniem oferty płytowej Saturna oraz porządku, jaki tam mają - można znaleźć bardzo łatwo takie rodzynki, jak Coheed and Cambria, Mars Volta, Pendragon, Satellite, Ayreon, a nawet "Vocanda" Millenium!

Tak więc jak na zakupy płytowe, moi drodzy, to tylko do Saturna albo MM. Zwłaszcza po Floydów, którzy tam są naprawdę w sensownych cenach.

***

Zresztą generalnie wpadłem ostatnio w jakiś ciąg muzyczno-zakupowy, bo dzień wcześniej pół wieczoru przesiedziałem na Allegro i na stronach Rock Serwisu, i wydałem kupę kasy jeszcze na kilka płyt:

Coheed and Cambria "Good Apollo I'm Burning Star Vol.1: From Fear Through The Eyes Of Madness" - ostatnio postanowiłem sprawdzić, czy rację miał XaveX twierdząc, że płyty Coheeda sprzed "No World For Tomorrow" nie są ciekawe i oczywiście okazało się, że była to gruba przesada - w pierwszych dwóch, "Second Stage Turbine Blade" i "In Keeping Secrets of Silent Earth:3" się dosłownie zakochałem i słucham ich ostatnio w kółko, ale dostać je ciężko, za to udało mi się utrafić ich trzeci album, też całkiem dobry.

O.S.I. "Free" w wersji 2CD - druga płyta bardzo ciekawego projektu muzycznego Jima Matheosa i Kevina Moore'a (pierwszego i najlepszego klawiszowca Dream Theater), nie tak dobra jak pierwsza, ale też bardzo ciekawa, miejscami wręcz zachwycająca (singlowy utwór "Go" albo mój ukochany "The Bigger Wave", który zachwycił mnie słowami
I was thinking we could walk on water
and still find reasons to swim inside
The Legendary Pink Dots "The Maria Dimension" - płyta, od której zaczęła się moja miłość do tego jednego z najdziwniejszych zespołów świata. Niesamowicie nastrojowa, klimatyczna, miejscami niepokojąca, miejscami przerażająca, miejscami porywająca, w całości - magiczna.

Millenium "Numbers and the Big Dream of Mr Sunders" z dodatkiem "The Three Brothers Epilogue" - pisałem o tej płycie jakieś 9 miesięc temu i wreszcie postanowiłem ją kupić. Przy okazji dowiedziałem sie, że w zamyśle twórców trzej bohaterowie ich trzech albumów koncepcyjnych - Daniel z "Vocandy", Adrian z "Interdead" oraz tytułowy pan Sunders - tak naprawdę są braćmi, stąd dodatek, na którym znajdują się utwory, podsumowujące trylogię.

Na razie koniec z zakupami, bo jeszcze czeka mnie rozbudowa komputera, ale naprawdę - po wczoraj i dziś czuję się zaspokojony na długi, długi czas ;)

---
* - tak naprawdę to wiem, dlaczego. Beatlesi i Floydzi zbliżają się do tej magicznej daty, kiedy ich dzieł nie będą już chronić prawa autorskie, tylko staną się tzw. dziedzictwem kultury, więc póki jeszcze nie są, wydawcy starają się na nich zarobić ile się da, wydając wciaż to nowe składanki (jak "Love") oraz wyceniając ich płyty na straszne kwoty.

21 stycznia 2009

Hipertrofia czyli przerost...

...w tym wypadku - formy nad treścią.

Dzisiaj znowu próbowałem słuchać nowego, dwupłytowego albumu Comy "Hipertrofia" i po raz kolejny nie dotrwałem nawet do końca płyty numer jeden, tylko przepiąłem się na coś innego (tym razem Beatlesów, a wszystko przez Lucy in the Sky ;).

Niby Coma, ale jednak, jakoś tak... no, nie zachwyca. To mogę powiedzieć o tej płycie. Nie potrafi mnie wciągnąć, przywołać, jakoś wbić mi się w czaszkę. "Nie zachwyca" jest pierwszym, co mi o "Hipertrofii" przychodzi do głowy, ale jak przed chwilą (wyłączając ją na rzecz "Revolvera" kwartetu z Liverpoolu) poddałem to głębszej refleksji, doszedłem do wniosku, że tytuł płyty idealnie oddaje jej problem.

Rogucki poszedł w jakieś dziwne eksperymenty formalno-strukturalne i napakował po 20 kawałków na każdą z płyt, z czego połowa jest piosenkami, a druga połowa to kilkudziesięciosekundowe łączniki pomiędzy nimi. Znam pełno płyt z podobnymi efektami i chwytami, ale zawsze to czemuś służy, a tutaj jakoś nie tylko nie widzę w tym sensu (nie wgłębiałem się jeszcze ani w teksty, ani w koncept), to jeszcze wydaje się być czasem sztuką dla sztuki, a poza tym wiele z tych łączników jest zwyczajnie męczących (cholerny "Stosunek do Służby Wojskowej"). Manewr zmierzający do uciekawienia albo unietypowienia wydawnictwa spalił na manewce i odnosi skutek zniechęcający.

Pewnie jeszcze kiedyś spróbuję, może jakimś pomysłem jest wywalenie z plejlisty łączników i słuchanie samych piosenek, bo te jednak czasem przez mur niechęci się przebijają ("chciałbym homo się stać seksualny..."), ale raczej nie widzę się na koncercie 22 lutego (zwłaszcza, że chyba będę wtedy buszował w sklepach muzycznych i charity shopach na Wyspach ;).

A tymczasem obiecałem komuś zapoznać się z tym, co u Myslovitzów kryje się za radiowo-komercyjną fasadą kawałków dla piszczących nastolatek - spróbowałem niegdyś z Beatlesami i sie opłaciło, a ponoć kwartet (?) z Mysłowic stanowi inspirację nawet dla takich osobistości jak Steven Wilson, więc może rzeczywiście coś w tym jest...

06 stycznia 2009

Krótka piłka na nowy rok II

Podtytuł: Podsumowaniowo

Nie jestem fanem podsumowań. Nie, to kłamstwo. Jestem, jak najbardziej, ale nie jestem fanem organizacji czasu, a organizacja czasu jest do robienia podsumowań jakoś niezbędna ;)

Więc będzie krótko i hasłowo: rok 2008 był jeśli nie najzajebistszym, to jednym z najzajebistszych roków mojego żywota (a ćwiartka stulecia mi niedługo stuknie, więc to coś jednak znaczy). Zdarzyło się w nim bardzo wiele rzeczy wspaniałych i bardzo wiele w moim życiu zmieniło. Wymienię najważniejsze:

1. Praca. Moja pierwsza w życiu normalna praca, na etat, z umową i w zawodzie. Nie liczę tutaj karier przy kontrolowaniu roznoszenia ulotek (wakacje 2005), w fabryce sałatek (2006) czy jako brytyjski listonosz (2007), bo, choć doświadczenia te cenię i będę mniej lub bardziej miło wspominał, to jednak są to raczej przygody, a to jest jednak praca na 4/5 etatu, z prawdziwą umową i w zawodzie.

2. Mieszkanie. W październiku wyprowadziłem się od rodziców i wynająłem pokoik w mieszkaniu na Osiedlu Mozarta (3 min. od pracy), co było mi bardzo potrzebne i bardzo się opłaciło. Mieszkanie jest nowe, ma świetny współczynnik ekono (czyli stosunek jakości do ceny), współlokator bardzo sympatyczny, ale najlepsze było w tym wszystkim to, jak mało czasu minęło od decyzji do samego aktu. I nawet kretyńska stłuczka w dniu przeprowadzki mi tej radości nie zepsuła :)

3. Aparat. Po latach wielu utyskiwań nad brakiem jakiegokolwiek sprzętu do utrwalania rzeczywistości w obrazach (nieruchomych) wreszcie zebrałem się w sobie i kupiłem aparat Fuji Finepix S9600 i natychmiast zacząłem nadrabiać zaległości i wyżywać się fotograficznie, pod czułym acz surowym okiem guru Viggena (który w prezencie na urodziny wręczył mi nawet swój stary polaryzator!).

4. Toastmasters. Na początku wakacji Look wciągnął mnie w tą organizację mówców, z którą już od pół roku spotykamy się raz na tydzień, żeby mówić, przemawiać, improwizować i wznosić toasty, a wszystko to - żeby było ciekawiej - w języku angielskim. Poznałem dzięki temu masę świetnych ludzi, a także, dzięki temu (a dokładniej - dzięki Patrykowi), dane mi było z bliska zobaczyć, co to takiego ta...

5. Świąteczna Paczka. Teraz właściwie już Szlachetna Paczka. Patryk ściągnął mnie tam jako fotoreportera, żeby uwiecznić działania grupy wolontariuszy, bo widać dałem mu się na spotkaniach Toastmasters mocno we znaki ;) ale rozszerzenie roli do jednego z nosicieli i roznosicieli paczek przyszło jakoś tak naturalnie - coś wspaniałego. W tym roku wezmę w tym udział już pełną gębą...

6. Bułgaria. Pierwszy raz od czterech albo pięciu lat pojechaliśmy z Anią na prawdziwe wakacje. Takie z leżeniem na plaży w upali i byczeniu się całymi dniami. Tego nam było bardzo potrzeba i zupełnie tych blisko dwóch tygodni nie żałujemy :)

7. Ola. Pod koniec lutego udało mi się spotkać z moją wielką miłością z podstawówki, której nie widziałem blisko 10 lat i było to spotkanie bardzo miłe, przyjazne i katartyczne.

8. Muzyka. Ten rok upłynął pod znakiem kilku nowych odkryć muzycznych, z których najważniejszym jest na pewno grupa Coheed and Cambria, ale nie należy zapominać też o naszym na wpół rodzimym Czesławie Mozilu i jego Tesco Value, Amy Winehouse oraz polskiej grupie Satellite. Poza tym koncert Pendragona na początku października stanowczo wymiótł i zapadł głęboko w pamięć...

9. Mroczna Wieża. Wreszcie zaczynam czytać Kinga w wersjach powieściowych (a pisywał on naprawdę przepastne tomiska), a zaczynam wcale nieźle, bo od siedmiotomowego, ponadczterotysiącostronicowego dzieła jego życia, jakim jest pisana przez ponad 30 lat seria "Mroczna Wieża". Jej ostatni tom, zatytułowany właśnie "Mroczna Wieża", pozostał mi na ten nowy, 2009 rok.

10. A po drodze kilka wesel, świąt i chyba... Gratulacje dla Magdy i Matta, Bartka i Izy oraz nowożeńców z JCommerce - Miłosza, Jacka, Michała, obydwu Marcinów... jeśli kogoś pominąłem to przepraszam, ale tak czy inaczej - winszuję i przesyłam pozdrowienia.

Tyle w podsumowaniu. A ja od kilku dni w najróżniejszych sytuacjach łapię sie na tym, że mamy już 2009 rok!

I na ten właśnie rok życzę wszystkim wszystkiego dobrego.

24 października 2008

Trzy spojrzenia na Amy Winehouse

Ujęcie pierwsze

Pierwszy raz o Amy usłyszałem w wakacje rok temu, w Anglii – w rozmaitych gazetach typu Metro (taki sam format, jak nasze krakowskie, czyli codzienna gazeta rozdawana w autobusach i na przystankach) czytałem ciągle o jej kolejnych ekscesach i procesach – jak to ją złapali na jeździe po pijaku, albo na handlowaniu czy posiadaniu twardych narkotyków, czy wysyłali na przymusową rehabilitację. Na dodatek na zdjęciach wyglądała jak skrzyżowanie Janice Litman Goralnik z Marylin Mansonem, a ja zachodziłem w głowę, czemu się tak wszyscy podniecają tą najbrzydszą z kobiet świata, i czym ona w ogóle się zajmuje, jak nie rozbija samochodów albo nie handluje kokainą?

Generalnie – przypiąłem jej etykietkę dodopodobną, czyli skandalistki, która nie ma - oprócz skandali – nic do zaoferowania. Doda przynajmniej ba biust.

Ujęcie drugie

Dopiero po powrocie zobaczyłem w Krakowie kilka plakatów (pierwszy – pamiętam dokładnie – na bloku przy Kapelance), na których reklamowana jest nowa płyta Amy Winehouse – i wtedy się dowiedziałem, że ta pani śpiewa. Ale etykietka zrobiła swoje, i jakoś nie paliłem się do tego, żeby sprawdzić, jak ten twór sobie w owej dziedzinie radzi. Etykietka działała do tego stopnia, że jak się dowiedziałem, że Amy ma zaśpiewać piosenkę do nowego Bonda ("Quantum of Solace"), poważnie się przeraziłem.

A potem usłyszałem z dwóch-trzech zaufanych (pozdrowienia dla Gosi :) źródeł, że babka jednak fajnie śpiewa i powinienem jej posłuchać. Postanowiłem więc dać jej szansę.

Ujęcie trzecie

Najprościej było ją oczywiście znaleźć na youtube, i wtedy okazało się nie tylko, że babka jest naprawdę świetna, ale też – że ze dwa jej kawałki słyszałem już we fragmentach kilkakrotnie, w jakimś grający w tle radio (bo sam radia nie słucham aktywnie). Szczególnie bardzo fajny, trąbkowy motyw z "You Know I'm No Good" (ok. 2'30), który bezwiednie nuciłem długo po tym, jak go usłyszałem. Po prostu nigdy, słysząc je, nie przyszło mi na myśl, że to może być Amy, bo brzmiało to muzycznie jak utwór rythm and bluesowy z lat 60-tych czy 70-tych (ten klasyczny, a nie ten współczesny szit pt. "czarne laski melorecytują przy kiepskiej nie-muzyce"), a wokalnie – jakby śpiewała to jakaś wielka Murzynka, w stylu Glorii Gaynor, Niny Simone czy Shirley Bassey.

Dorwałem więc jej dwie płyty ("Frank" z 2003 i "Back to Black" z 2006) i zasłuchuję się w nie ciągle – częściej, niż w nową Marię Peszek i Pendragona razem wziętych. Głos Amy ma niesamowity, co na dobrą sprawę nie jest zaskakujące – gdyby wrócić jeszcze do Janice, która przecież swoim głosem specjalnie tak grała, żeby być irytująca, ale prawda jest taka, że gdyby przyszło jej do głowy śpiewać, to pewnie brzmiałaby tak, jak brzmi Amy. A muzycznie – jak pisałem: prawdziwy, klasyczny, świetny rythm'n'blues, który naprawdę przywodzi na myśl piosenki z wczesnych Bondów. I teraz mam pewność, że mimo mojego kręcenia nosem, piosenka Amy do "Quantum of Solace" byłaby na pewno świetna. Zresztą – nawet nie musiałaby pisać nowej, bo każdy jej kawałek byłby lepszy, niż to, co wypłodzili Alicia Keys i Jack White...

18 października 2008

Madrugada Selftitled

Niedawno pisałem o Madrugadzie jako o Najlepszym Zespole Świata, a teraz, po paru tygodniach słuchania, przyszła pora na recenzję ich najnowszej płyty, zatytułowanej właśnie "Madrugada".

Generalnie – jest to typowa jakość dla tego zespołu, czyli, innymi słowy, album jest bardzo, bardzo dobry. Jest, niestety, krótszy niż poprzednie – tylko dziewięć utworów, ale, jak zwykle, nie ma wśród nich żadnego słabego, a nawet – żadnego średniego. Wszystkie młócą, każdy na swój sposób.

Pierwszy singiel z płyty, "Look Away Lucifer" jest bardzo Nicko-Cave'owy – posłuchajcie piosenki i wokalu Siverta i postawcie go obok choćby tytułowego utworu z najnowszej płyty Nicka Cave'a and the Bad Seeds "Dig, Lazarus, Dig!!!" (swoją drogą – świetny teledysk, a Cave z wąsami jest nie do poznania ;), a teledysk do tej piosenki porównajcie z teledyskami do "Lovermana" i "Red Right Hand".

Potężnym utworem jest też mocny, rockowy "The Hour of the Wolf", ponadto mamy bardzo dobry, otwierający "Whatever Happened To You?" i podobny "What's On Your Mind?". Jest też bardzo spokojny utwór "Honey Bee" i ballada "Valley of Deception" – najsłabszy kawałek płyty, ale też bardzo ładny. Świetne są za to długie i nastrojowe "New Woman / New Man" i "Highway of Light" – w tym ostatnim naprawdę można aż zatonąć, przypomina nastrojem utwory z pierwszej płyty Madrugady, te, które idealnie nadają się do nocnej jazdy autostradą ("Sirens", "Strange Colour Blue").

Na koniec mamy zamykający płytę utwór "Our Time Won't Live That Long" jest pierwszym i jedynym utworem Madrugady z wokalem świętej pamięci Roberta Burasa, i naprawdę brzmi lepiej, niż gdyby śpiewał to – z całym, rzecz jasna, szacunkiem dla frontmana grupy – Sivert Hoyem.

Podsumowując – tylko powtórzę. Piękna płyta, dokładnie spełnia wszelkie pokładane w niej nadzieje i na pewno spodoba się wszystkim fanom zarówno Madrugady, jak i podobnych klimatów, przede wszystkim Nicka Cave'a.

14 października 2008

Pure Pendragon

Na początek – artykuł z infomuzyki.pl, który w pierwszych słowach wspomina o tym, o czym ja wspominam nader często – o mamoniźmie. A dalej jest o tym, że muzyka pop zjada własny ogon, każdy zrzyna inspiruję się każdym i generalnie nie można nikogo posądzić o oryginalność.

A moja rada jest prosta – słuchajcie rocka progresywnego! Cechą przewodnią tego gatunku jest właśnie to, że tam powiedzieć o zespole A, że brzmi jak zespół B, nie jest komplementem, nawet, jeśli zespół B to genialni giganci. Tam każdy zespół musi znaleźć swoją drogę, swoje brzmienie, swój styl – i to nawet nie raz na zawsze, tylko nigdy nie ustawać w poszukiwaniach i nadal ewoluować i odkrywać. A ci, którzy powtarzają odkrycia innych, nie wnosząc nic nowego, nie są warci uwagi.

Wspominam o tym w kontekście wczorajszego koncertu. XaveX zadzwonił w piątek, że ma wolny bilet na poniedziałkowy koncert Pendragona w Katowicach. Finałowy, siódmy koncert polskiej części ich trasy po Europie, która jednocześnie jest trasą z okazji 30-lecia zespołu, a drugocześnie – promuje nową płytę, "Pure".

"Pure" nie słyszałem, tylko przed samym koncertem na Jutubie przesłuchałem dwa kawałki, żeby mieć jakieś pojęcie o nowym brzmieniu zespołu, bo od czasu poprzedniej, średniej "Believe" grupa nabyła nowego perkusistę oraz stała się cięższa w brzmieniu, bardziej rockowa, mniej muzyczno-pejzażowa (wspominałem kiedyś o tym, że wizualizacje piosenek Pendragona widzę zawsze jako monumentalne obrazy Ziemi z nieba – gór, lasów, rzek, pustyni... nie byłem taki daleki od prawdy – wiele wizualizacji na samym koncercie, np. utworu "A Man of Nomadic Traits" tak właśnie wyglądało). Za to Pendragona widziałem na koncercie już raz – siedem lat temu, w nieistniejącym już klubie Miasto Krakoff. Fenomenalny był to koncert – mimo, że promujący najnowszy (wtedy) krążek grupy – "Not of this World" – to jednak najwięcej utworów zagrali z ich opus magnum, jakim wciąż pozostaje dla mnie płyta z 1996 roku, "The Masquerade Overture", w tym absolutne piękny "Paintbox".

Wczorajszy koncert – pomijając dwa supporty, zespół dosyć znośny zespół Final Conflict i bardzo dobry Credo, żadnego z nich wcześniej nie znałem, a grają od dość dawna – był jednak zupełnie inny: zaczął się od mnóstwa utworów z właśnie owej nowej, nie znanej mi płyty, wielu utworów z rzeczonego "Believe" i wcześniejszych płyt i EPów, za którymi niespecjalnie przepadam i które niespecjalnie lubię. Zacząłem wtedy zazdrościć Viggenowi, który widział Pendragona dwa dni wcześniej, w sobotę, w Krakowie, i opowiadał, jakich to świetnych kawałków nie grali. Ale – i tu powracam do wspomnianego na wstępie mamonizmu – jeszcze kilka miesięcy temu bym żałował i marudził, że w 2001 roku było lepiej, ale że już się z tego leczę, to teraz po prostu chłonąłem, zapoznawałem się z utworami nowymi oraz na nowo spoglądałem na te stare a mniej znane – i dzięki temu mogłem w "Believe" dostrzec coś nowego, przez co trochę bardziej tą płytę polubiłem.

A druga część koncertu (wliczając w to ponad godzinne bisy) to już był totalny odjazd – nowy perkusista, Scott Higham, jest świetnym kolesiem, prawdziwą osobowością sceniczną, robi świetne miny, wspaniale się bawi i ma rewelacyjny kontakt z publicznością. Basista Peter Gee jest jak zwykle spokojny (wszyscy basiści są chyba spokojni – vide John Deacon ;), Clive Nolan rządzi klawiszami jak zwykle i choć dużo schudł, nadal jest Wielki, a Nick Barrett, w koszulce, spodniach trzy czwarte i z długimi włosami wyglądał jak nastolatek, który się dorwał do gitary. Chłopcy, choć grają od 30 lat, nadal mają mnóstwo młodzieńczej pasji...

No, a na bisach zagrali same wspaniałości – był przepiękny "King of the Castle", był klasyk "Master of Illusion", a na sam koniec – cały, ponaddwudziestominutowy "Queen of Hearts"...

Jeśli mam narzekać, to żałuję, że nie zagrali nic z pierwszej płyty "The Jewel" ani mojego najukochańszego ich utworu "Guardian of my Soul" (a ponoć jedno i drugie było dane zobaczyć Viggenowi w sobotę), ale to jest czepianie się – koncert był rewelacyjny, miał fantastyczny klimat i za nic nie chciał się skończyć – razem z supportami cała impreza trwała bite siedem godzin!

Nacykałem fotek, nakręciłem kilka filmików, ale i tak cały koncert był nagrywany i zostanie wydany na DVD – a że ja tej atmosfery nie chcę zapomnieć, to jak tylko wyjdzie, ja się na to rzucę :)


23 września 2008

Ten Czesław, co śpiewa

Ostatnio wszystkie moje posty traktują o muzyce, ciekawe…

A więc jest Czesław, ten, co śpiewa. Wszyscy Czesława znają – zdobył polski rynek muzyczny szturmem, akordeonem i uroczymi tekstami o żabie, co tonie w betonie, o Mieszku, co to nie posłuchał ojca Piasta i o kobiecie, co uciekła z miasteczka, bo ktoś jej złamał paznokieć albo wsadził w oko łokieć. No, i nie zapominajmy o maszynie, co świerka.

Piosenki nieprzeciętne i naprawdę wyjątkowe, ale taki jest też sam Czesław – kto miał okazję zobaczyć choć jeden wywiad z nim, jego niepowtarzalny akcent i wymowę w języku polskim, jego historie z życia, ten wie. A jego debiut płytowy, zatytułowany po prostu "Debiut", stał się niekwestionowanym hitem, i bardzo zasłużenie zresztą.

Ale ja mogę się pochwalić, że kontakt z Czesławem miałem już wcześniej. Ponad dwa lata temu znajoma moja o imieniu Diana podrzuciła mi kilka utworów bardzo nietypowego duńskiego zespołu o bardzo brytyjskiej nazwie Tesco Value ("Tesco Value" to generalnie produkty sprzedawane w sieciach super- i hipermarketów, sygnowane markami tych właśnie sieci, coś jak nasz "Produkt Carrefour"), którego wokalista wiele piosenek śpiewał po polsku, przy akompaniamencie, rzecz jasna, akordeonu. W ten sposób poznałem i pokochałem piosenkę "Proszę się nie bać", najlepszą jaką znam piosenkę antyhomofobiczną. I dzięki temu poznałem też – jeszcze przed "Debiutem" Czesława co śpiewa – dwie płyty, jakie z owym zespołem nagrał.

Na szczególną uwagę zasługuje szczególnie druga – "Songs for the Gatekeeper". Niby zaczyna się podobnie, jak utwory Czesława, bo od lekkiego wokalu z akompaniamentem akordeonu, to już pierwszy utwór, "The Tournus", z mrożącym krew w żyłach wrzaskiem "MURDER!" staje się dużo mocniejszy i zyskuje pazur w postaci gitary elektrycznej i perkusji. I taka jest cała płyta – niby Czesław, jakiego znamy z piosenek o świerkającej żabie z wesołego miasteczka, ale jednak "z pewną nutką dekadencji", co widać w wielu utworach na tej płycie, a szczególnie na najpotężniejszym z nich wszystkich – "Along Came a Spider".


Utwór składa się z dwóch części, a po bardzo spokojnej pierwszej, która brzmi, jak śpiewana wśród bawiących się na podwórku dzieciaków, nadchodzi (w 2. minucie 15. sekundzie) prawdziwy psychodeliczny lunapark, ze zwariowaną melodią, ciężkim rytmem, chórem dzieciaków, wrzeszczanymi wyzwiskami po polsku. Poezja :)

"Songs for the Gatekeeper", moim zdaniem, wyprzedza solową płytę Czesława – oczywiście moim zdaniem, jako osoby, która woli muzykę ciężką i ostrzejszą, niż poetyckie utwory w stylu Marii Peszek (którą z resztą Czesław bardzo lubi i nawet śpiewa jej utwory na koncertach), choć zdarzają się na niej też spokojne, poetyckie i piękne utwory – najlepszym na płycie jest taki właśnie "Wheel of progress".

A teraz najważniejsza informacja, czyli czemu o tym wszystkim nawijam, skoro płyty Tesco Value są i tak w Polsce nie do zdobycia – mianowicie, z początkiem października w Polsce pojawi się nowe wydanie pierwszej płyty Tesco Value pt. "Tesco Value". Będzie miało nową okładkę (w tym samym stylu, co "Debiut" Czesława) i będzie ładnie wydana w digipacku. Z tego co pamiętam (niewiele jej słuchałem), miejscami jest ona jeszcze bardziej eksperymentalna, niż "Songs…", co dobrze rokuje. A drugim pozytywnym rokowaniem jest to, że może niedługo wreszcie będzie można też w Polsce dostać i drugą płytę duńskiej kapeli Czesława.

Tego Czesława, co śpiewa. I gra na akordeonie. I generalnie robi to całkiem nieźle ;)