Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arcydzieła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arcydzieła. Pokaż wszystkie posty

11 listopada 2013

Deus eX: Human Revolution - Director's Cut

Wiele się wydarzyło w czasie, gdy mnie tu nie było, ale jednym z większych wydarzeń było wydanie w sierpniu 2011 roku trzeciej części mojej Gry Wszechczasów - "Deus eX: Human Revolution".

Czekałem na nią z wypiekami na twarzy. Miałem ją zamówioną i opłaconą na Amazonie już pół roku przed premierą (miała wyjść w kwietniu, ale opóźnili) i gdy tylko wyszła, przez tydzień nie było mnie dla świata. Co było o tyle kłopotliwe, że nie minął nawet miesiąc od mojego ślubu. No, ale, kaman, Deus eX.

Gra okazała się dobrą kontynuacją Gry Wszechczasów. Jest przepiękna wizualnie, pełna jest interesujących postaci, ciekawej fabuły i ma świetną muzykę, choć nie tak dobrą, jak oryginał. Ale właściwie to wszystko można powiedzieć o całej grze: wszystko jest dobre, ale nie tak dobre, jak pierwszy Deus eX. Przekonałem się o tym ponownie dopiero co, gdyż właśnie została wydana jej Wersja Reżyserska, którą natychmiast kupiłem, bo, kaman, Deus eX.

Wersja Reżyserska zawiera kilka ulepszeń w stosunku do "Human Revolution": wkleja wydany kilka tygodni po premierze gry dodatek "The Missing Link" w ciągłość rozgrywki, zawiera opcjonalne komentarze twórców oraz poprawia jedną z poważnych wpadek DX:HR, jaką był walki z bossami.

Komentarze dla mnie posłużyły udowodnieniu tezy, jaką od DX:HR miał mój kolega, który sam pracuje w branży (i pisze "Wiedźmina 3"), mianowicie, że twórcy mieli masę pomysłów, ale skończył im się budżet i czas, więc końcówka gry jest zamknięta na siłę i doklejona na szybko, i z tego samego powodu walki z bossami były outsourcowane do jakiegoś podwykonawcy, który zrobił je takie, jakie zrobił.

Był to jeden z dwóch głównych zarzutów wobec gry, które miałem, a które potem powtórzył w swojej recenzji Ben 'Yahtzee' Croshaw (drugim było samo zakończenie): po kilkudziesięciu godzinach prawdziwie deuseksowej rozgrywki, gdzie każdą przeszkodę można pokonać na wiele sposobów (dialogiem, walką, sprytem, hakowaniem, włamaniem, skradaniem, przekupstwem itd. itp.), natrafiamy nagle na potężnego przeciwnika w zamkniętej przestrzeni, i jedyne, co możemy, to ładować do niego z najpotężniejszej broni, jaką mamy, i nie zginąć. Brakowało tutaj alternatywnych, prawdziwie deuseksowych form walki: chowania się w wentylacji, korzystania z wieżyczek armatnich, korzystania ze sprytu i technologii.

Wersja Reżyserska poważnie tą lukę uzupełnia, bardzo sprytnie owe znane przestrzenie rozszerzając i dając tym samym graczowi nowe możliwości pokonania bossa. Brakuje jedynie (choć to już nitpicking) znanej (choć cholernie trudnej) z oryginalnego Deus eXa możliwości uniknięcia owej walki całkowicie i po prostu ominięcia przeciwnika.

DLC "The Missing Link", czyli dodatkowa misja wklejona w środek oryginalnej fabuły, wydana dwa miesiące po premierze jako osobna gra (choć za odpowiednio niższą cenę), w Wersji Reżyserskiej jest też sprytnie wklejona w całość fabuły i tworzy jedną ciągłość. DLC było o tyle fajne, że tamtejsza walka z bossem była dokładnie taka, jakiej się po Deus eXie spodziewałem: boss jest po drugiej stronie pomieszczenia pełnego rozmaitych wrogów, mogę się do niego dostać na wiele sposobów (walczyć, unikać, przekradać się itp.), ale gdy się dostanę, mogę go położyć jednym, dobrze wymierzonym ciosem. Cudownie! Tak ma być!

W skrócie: jeśli kogoś ominął Deus eX: Human Revolution, to warto zagrać od razu w Director's Cut. Bo gra jest naprawdę dobra, i ładna, i ciekawa. Wiele jej brakuje do niedoścignionego oryginału, ale na pewno o tym będę jeszcze pisał, bo grając w nią ostatnio czuję, że doszedłem do sedna tego, co oryginał czyniło tak wyjątkowym, a czego w DX:HR zabrakło.

A najchętniej to bym zobaczył remake oryginału taki, żeby miał tą samą fabułę, ale wyglądał, jak najnowsza odsłona serii. Każde pieniądze bym za to dał. A więc, modderzy, do roboty!



PS. Jedną z poważniejszych zmian w ostatnich latach u mnie jest zmiana medium, na którym się skupiam - już od jakiegoś czasu filmy nie kręcą mnie już tak, jak gry wideo, którym poświęcam coraz więcej czasu i uwagi (zwłaszcza, że przy swoich kilkudziesięciu godzinach gameplayu są znacznie bardziej absorbujące, niż dwugodzinne filmy). Stąd też spodziewajcie się, że będzie o nich na blogu teraz znacznie częściej.

16 lipca 2009

Przyczajone Tygrysy

W dziełach fabularnych – filmach, książkach, serialach itp. – w których występuje wielu bohaterów, czasem można spośród nich wyróżnić pięcioosobowy podzbiór, pasujący do archetypu Bohaterskiego Kwintetu (Five Man Band). Postacie te stanowią zespół, wzajemnie się uzupełniają, a każdy z nich pełni w owej grupie konkretną rolę. W skład takiej grupy wchodzą: Bohater (The Hero), Skrzydłowy (The Lancer), Mądrala (The Smart Guy), Twardziel (The Big Guy) oraz Laska (The Chick). Na tvtropes.org znajduje się dokładny opis tego archetypu wraz z setkami przykładów np. w serialach czy literaturze.

Piszę o tym, bo ostatnio zauważyłem, że w muzyce popularnej jest podobnie - istnieją płyty, na których utworom można przypisać różne role, jakie pełnią na albumach. Na każdej z nich występuje – jak ja to nazywam – Hicior, Ballada oraz utwór, który pełni rolę Przyczajonego Tygrysa.

Hicior – wiadomo. Najbardziej chwytliwy utwór na płycie, zwykle pierwszy, który zostaje wydany na singlu, żeby zawojować listy przebojów, zwrócić uwagę na nowe wydawnictwo i zachęcić do oczekiwania na premierę (bo zwykle jest on wydany przed premierą płyty).

Ballada – utwór spokojniejszy, bardziej, powiedzmy, artystyczny, który ma pokazać, że na nowej płycie znajdują się nie tylko hiciory, ale też utwory bardziej kontemplacyjne. Często wydane jako drugi, czasem trzeci singiel. Hiciory i Ballady mają zachęcić ludzi do kupienia płyty i posłuchania jej w całości. I dopiero wtedy można trafić na trzeci typ utworu – Przyczajonego Tygrysa.

Przyczajone Tygrysy nigdy nie są wydawane na singlach, można je znaleźć słuchając albumu w całości. Są one przyczajone także dlatego, że nie zwraca się na nie z początku uwagi – po zakupie płyty, do której zachęciły nas zasłyszane Hiciory i Ballady, zwykle przez dłuższy czas tylko na nie jeszcze zwracamy uwagę. Potem dopiero dostrzegamy pozostałe utwory na płycie, ale i wtedy Przyczajone Tygrysy jeszcze się na nas nie rzucają.

Zauważamy je dopiero po jakimś czasie, gdy już ochłoniemy z zachwytu nad znanymi z radia utworami. W pewnym momencie, za którymś przesłuchaniem, nagle uderza nas, jak dany utwór jest... genialny. Wtedy właśnie Przyczajony Tygrys atakuje nas z całym swoją doskonałością i swoją perfekcją. Przyczajone Tygrysy potrzebują osłuchania, bo – jak wszystkie rzeczy prawdziwie genialne – nie są łatwo przyswajalne i wymagają czasu, ale gdy już się je zauważy, dostrzega się też, że zwykle właśnie one są na danej płycie najważniejsze, niosą najistotniejsze przesłanie i właściwie o nie tutaj głównie chodzi.

Kilka przykładów:

Mars Volta "De-loused in the Comatorium" (2003)
Hicior: "Inertiatic ESP"
Ballada: "Televators"
Przyczajony Tygrys: "Eriatarka" – sztandarowy przykład, pierwszy, jaki mi zawsze przychodzi do głowy, gdy myślę o Przyczajonych Tygrysach. Utwór doskonały, i nie jest to tylko moja odosobniona opinia – "Eriatarka" jest najczęściej wymieniana przez fanów pierwszej płyty Mars Volty jako ich ulubiona piosenka. Ma doskonałą konstrukcję – idealnie odzwierciedla paradygmat budowy scenariusza filmowego: ekspozycja, pierwszy punkt zwrotny, konfrontacja, drugi punkt zwrotny i finał.

U2 "Pop" (1997)
Hicior: "Discotheque"
Ballada: "Staring at the Sun", "Please", "If God Will Send His Angels"
Przyczajone Tygrysy: "Gone" i "Playboy's Mansion" – treściowo i przesłaniowo najważniejsze utwory na płycie – podsumowanie nie tylko tego albumu, ale całej trylogii płyt "Achtung Baby", "Zooropa" i "Pop".

Genesis "Calling All Stations" (1997)
Hicior: "Congo"
Ballada: "Not About Us"
Przyczajone Tygrysy: "The Dividing Line", "Small Talk"... generalnie cała druga strona.

Coheed and Cambria "No World For Tomorrow" (2007)
Hicior: "Running Free"
Ballada: "Mother Superior"
Przyczajony Tygrys: "Radio Bye Bye"

Zapraszam do wyszukiwania i dzielenia się innymi odkrytymi Przyczajonymi Tygrysami :)


16 maja 2009

Faraway, so close

Po tym, jak zlikwidowali Music Cornera, a wraz z nim dział "Komis" w galerii Rynek 13, byłem może nie zdruzgotany, ale przynajmniej nieszczęśliwy - udało mi się tam trafić parę naprawdę świetnych płyt w naprawdę świetnych cenach.

Dzisiaj jednak okazało się, że bardzo fajny substytut dla tego miejsca mieści się bardzo niedaleko mnie. Mieszkam sobie mianowicie kilka minut od Placu Imbramowskiego, i choć co jakiś czas tam zaglądam po warzywa, wędliny czy pieczywo, to jakoś nigdy nie dotarłem do ostatniej jego alejki, która udowadnia, że można na tym targu znaleźć NAPRAWDĘ wszystko, bo nawet meble i kredyty majątkowe ;)

A także bardzo sympatyczne stoisko, na którym pan sprzedaje najróżniejsze starocie i obiekty, które wyglądają na mocno zdobyczne - w tym płyty i filmy na DVD. A że ofertę ma może nie rozległą, ale na pewno nader ciekawą, to oczywiście wydałem u niego trochę kasy.

Przede wszystkim polecam wybrać się do niego fanom Genesis - jest tego u niego pełno. Jest "Calling all stations" i "A trick of the tail" (te akurat mam), są "Abacab", "And then there were three" i koncertowe "Three Sides Live" (te mnie nie interesują) oraz są "Trespass" i "Nursery Cryme", których nie mam i na które poluję, ale że były w formacie SACD+DVDA za 40 zł każda, to się powstrzymałem - po co mi te formaty, jeśli nie mam na czym ich odpalić?

Zakupiłem natomiast wreszcie "Tales from Topographic Oceans" Yesa, "Atom Heart Mother" Floydów (w ciekawej wersji z dodatkowymi sześcioma bardzo wczesnymi utworami Floydów, jeszcze z Barrettem, w bardzo surowych wersjach - chyba bootlegów) oraz dwie pierwsze płyty polskiej grupy Satellite - "A Street Between Sunrise and Sunset" i "Evening Games". Była też digipackowa, rozszerzona wersja ich trzeciej, pięknej płyty "Into the Night", z dodatkowymi utworami, ale że ją mam, to postanowiłem nie dublować - nawet mimo bonusowych utworów. Generalnie pan ma jeszcze parę ciekawostek - "Amused to Death" Watersa czy "Private Collection" Jona i Vangelisa, których zakup też rozpatrywałem - więc polecam się do niego wybrać, zanim Wam wszystko wykupię ;) Pana można znaleść na Imbramowskim we wtorki, czwartki i soboty, a w niedzielę pod Halą Targową.

Ostatnią rzeczą, jaką u niego zakupiłem, było DVD z filmem "Pink Floyd The Wall", z paroma dodatkami w postaci wyciętego fragmentu filmu z piosenką "Hey You" (piosenka absolutnie prześliczna, ale faktycznie, do filmu nie pasowała), teledysku do "Another Brick in the Wall Part 2" oraz paru dokumentów wspominkowych czy z planu filmowego. W tym ostatnim szczególnie mi sie spodobała wypowiedź reżysera, Alana Parkera, nawiązująca do trudnej realizacyjnie sceny nazistowskiego koncertu/wiecu, w której w tłumie zagrali prawdziwi skinheadzi, co wywołało niepokój, czy ironicznej sceny nie odbiorą oni (a także widzowie) zbyt dosłownie. Alan Parker powiedział wtedy:
If you have a clear view of what you want to say, then you have to say it, and say it as strongly as you possibly can.
No, ale po tym wszystkim znowu muszę sobie dać na jakiś czas spokój z zakupami. A więc - żegnajcie, Ayreony i Fool's Gardeny, znalezione na allegro, żegnajcie, pierwsze płyty U2, i żegnaj, ostatnia płyto OSI.

Ale wasz czas jeszcze nadejdzie :)

07 maja 2009

The problem with U2

The Best Ofy to zło. Zapamiętajcie te słowa, weźcie je sobie do serca i unikajcie ich jak ognia, kiedy przyjdzie Wam zapoznać się z twórczością jakiegoś nowego artysty czy zespołu. Można wpaść w fatalną pułapkę utworów, uznanych za "najlepsze" przez kogoś innego.

Weźmy takich Beatlesów - wszyscy znają ich bigbeatowe kawałki, "She Loves You Yeah Yeah Yeah", "C'mon C'mon C'mon Baby Twist and Shout" czy "Awannaholdyahand" bębnią każdemu w głowie, gdy słyszy o kwartecie z Liverpoolu, i tak się też on wszystkim kojarzy - z trzyminutowymi, lekkimi piosenkami o miłości, które tak łatwo wpadają w ucho. A ja tylko zbieram do swojej kolekcji te wszystkie zaskoczone wyrazy twarzy i niedowierzania w oczach, gdy uświadamiam ludzi, że Beatlesi to znacznie, znacznie więcej, niż bigbit, że zdecydowanie ważniejsza dla rozwoju muzyki popularnej była ich twórzość z drugiej połowy lat 60-tych, twórczość mocno psychodeliczna. Ale, niestety, ich zdecydowanie najlepszych utworów - "I'm Only Sleeping", "Being for the Benefit of Mr Kite" czy "A Day in the Life" nie uświadczymy w radiu, ewentualnie ten ostatni znajdziemy na jakimś thebestofie...

Ale, no właśnie. Thebestofy powstają ku zaspokojeniu gustów jak największego "targetu", więc niejako z definicji znajdą się na nim utwory najpopularniejsze. Ale "najpopularniejsze" rzadko tak naprawdę oznacza "najlepsze"...

Przykłady można mnożyć, ale największą niesprawiedliwością dziejową jest dla mnie to, jak zostało potraktowane U2, przede wszystkim przeze mnie. I dlatego to piszę - żeby irlandzkiemu kwartetowi po latach oddać sprawiedliwość.

Oto, jaki obraz U2 miałem jeszcze kilka tygodni temu: jest więc "POP", płyta, którą wychwalam pod niebiosa, którą uważam za najlepszy album nagrany w historii, czym "Deus eX" jest w świecie gier komputerowych, tym "POP" jest dla muzyki.

Jest "Achtung Baby", druga ich płyta, jaką poznałem, zachęcony artykułem z dodatku do "Wyborczej" sprzed 12 lat, wydanym z okazji koncertu z trasy PopMart, opisującemu historię i dotychczasowe osiągnięcia zespołu (jeszcze gdzieś ten artykuł mam...) . Płyta odjazdowa, rockowa, zwariowana, ale jednak nie potrafiła mnie tak całkiem porwać.

Jest "War", który zachwycił mnie surowym brzmieniem wczesnych lat 80-tych, pierwszych trzech utworów ("Sunday Bloody Sunday", "Seconds" i "New Years Day") mógłbym słuchać w kółko, ale cała płyta ma coś, co nazwałem "syndromem U2", o czym za chwilę.

No i jest "Joshua Tree", płyta, która wywindowała zespół na szczyty popularności, z bohaterów zrobiła bogów, którą wszyscy wymieniają jako najlepsze dokonanie zespołu... i której nie znoszę. Po prostu nie mogę. A trio najsłynniejszych utworów, które ciągle słyszę w radiu ("Where the streets...", "Still haven't found..." i "With or without you") jest do siebie tak podobne, że nigdy nie potrafię rozróżnić, który z tych kawałków właśnie słyszę (to jest właśnie syndrom U2).

Do tego trio dochodzą inne utwory, które ogólnie nazywam "jutupodobnymi", pełne motywów, które nazywam "jutuchwytami" (powolna, wręcz leniwa melodia, falsetowe wycie Bono... nie potrafię tego określić), a które też ciągle słyszę w radiu - "Pride", którego mam serdecznie dość, i nudne do wyrzygania "Stuck in the moment you can't get out of" - doprawdy, tytuł doskonale do tej piosenki pasuje.

I to jest obraz U2, jaki mam. Jaki miałem. A miałem go dlatego, że w radiu słyszałem tylko i wyłącznie wspomniane wyżej jutupodobne kawałki, i te same kawałki zawsze były wybierane na thebestofy, by grupę reprezentować, więc nie moja wina, że ja sobie ten obraz z tych paru identycznych, nudnych kawałków, rozciągnąłem na całą ich twórzość, której nie znam, i automatycznie założyłem, że przed "Joshua Tree" wszystkie płyty składały się z różnych odmian "Pride". Bo pierwsza płyta, "Boy", miała być o wchodzeniu w dorosłość, o matce Bono, o dzieciństwie, więc uznałem, że będzie równie mdła i nudna. "October" jest w dużej mierze o religii, więc też będzie mdła i nudna. "War" jest ostrzejsza, bo wymaga tego temat, więc to tylko jednorazowy wybryk. Nie miałem ŻADNYCH podstaw, żeby wierzyć, że jest inaczej.

Właśnie dlatego thebestofy są złe.

Bo przed sierpniowym koncertem zabrałem się wreszcie za posłuchanie ich wszystkich płyt. Wszystkich, w całości. I jestem, kurna, zachwycony. Okazuje się, że nie tylko "War", ale wszystkie trzy pierwsze płyty są równie rockowe, z tym ukochanym przeze mnie surowym, gitarowym brzmieniem (a'la wczesna Republika czy Bauhaus). Nie tylko "I Will Follow", ale cały "Boy" pełen jest porywających i energicznych utworów, a uznawany za gorzy "October" moim zdaniem wcale mu nie ustępuje.

Ale na tym nie koniec. Czwarta płyta grupy, "The Unforgettable Fire" zawiera znacznie więcej, niż tylko "Pride" - choćby otwierający "A Sort of Homecoming" czy świetny utwór tytułowy, oraz śliczne, nastrojowe (wpływ producentów, Briana Eno i Daniela Lanoisa, którzy zmienili surowość na delikatne, ambientowe brzmienie) "Bad" i "Indian Summer Sky".

Teraz nawet "Joshua Tree" zaczyna mi się podobać. Nie dość, że okazuje się, iż trzy identyczne utwory wcale nie są takie identyczne, i teraz nie mogę znieść już tylko jednego z nich, to jeszcze za nimi na płycie kryje się kilka perełek (kocham "Bullet the Blue Sky").

Idąc dalej, dzięki temu wszystkiemu na nowo odkryłem "Achtung Baby", którego należy słuchać w połączeniu z "Zooropą" i wieńczącym nieformalną trylogię "Popem". Kto wie, może nawet jeszcze przekonam się do płyt numer 10 i 11...

Ale to też jeszcze nie wszystko. Poza słuchaniem płyt mnóstwo oglądam i czytam i dowiaduję się, że cholera jasna, ten irlandzki kwartet to jednak znacznie, znacznie więcej, niż tych 12 płyt, które wydali. Pal sześć, że mają mnóstwo świetnych teledysków, do niektórych piosenek nawet więcej, niż jeden ("One" ma ich pięć!), to jeszcze na uwagę zasługują setki b-side'ów, EPów, alternatywnych wersji, nagrań koncertowych, coverów innych wykonawców (U2 naprawdę dużo czerpali z Beatlesów), wreszcie - ich trasy koncertowe. Wiedziałem o całej filozofii, która stała za "POPem" i trasą PopMart, od naklejek na płytach po wystrój sceny koncertowej, ale gdy dowiedziałem się o niewyobrażalnie wręcz złożonym i dech w piersiach zapierającym multimedialnym przedsięwzięciu, jakim była megatrasa koncertowa ZooTV, to nadal nie mogę wyjść z podziwu, że ten - jak mi się zdawało - skromny zespół z Irlandii porwał się na coś takiego...

Morał z tego taki - patrzę teraz na U2 zupełnie inaczej, coraz bardziej ich podziwiając i chwaląc (bo na to zasłużyli, zwłaszcza po tym, jak po nich przez ostatnie lata jeździłem), ale to wszystko no thanks to The Best Of.

Powtarzam jeszcze raz - trzymajcie się z dala od The Best Ofów. Nikt nie powinien za Was wybierać, które utwory są "najlepsze". Słuchajcie wszystkiego, słuchajcie uważnie i sami szukajcie tego, co Wam się w muzyce podoba.

Gwarantuję, że to się opłaca.

23 marca 2009

Światełko na horyzoncie

Co sądzicie o nowej płycie U2?

Pytam głównie fanów, szczególnie tych wierzących w Teorię Liczb Nieparzystych. Bo ja słyszałem kilka opinii – zarówno od moich znajomych, jak i od tych, co "sie znają" – że płyta jest przeciętna, że to odgrzewanie starych kawałków, że jadą po nazwisku i nic nowego nie odkrywają. Co by się ze wspomnianą teorią w sumie zgadzało, jako, że to płyta jest z numerem 12.

A ja sobie jej słucham i tak sobie myślę, że teoria jest błędna. To nie liczby nieparzyste są dla U2 szczęśliwe. Dla mnie stanowczo dużo szczęśliwsze są liczby podzielne przez trzy...

"War" (numer 3) jest płytą bardzo dobrą, rewelacyjną wręcz. Ma pewną irytującą cechę, mianowicie – wszystkie kawałki są na niej do siebie podobne, przez co nie można jej przesłuchać więcej, niż dwa-trzy razy pod rząd, ale otwierająca trójka – "Sunday Bloody Sunday", "Seconds" i "New Year's Day" – dosłownie powala na kolana, a ja wolę, jak utwory są podobne ale dobre, a nie podobne, ale kiepskie (jak na numerach 5 i 10, o czym za chwilę).

"Rattle and Hum" (numer 6) przesłuchałem ostatnio właśnie po to, żeby sobie teorię trójek udowodnić, i nie pomyliłem się – zaskakujące połączenie utworów koncertowych (w tym świetnych coverów klasyki Beatlesów i Dylana) z oryginalnymi nagraniami studyjnymi ("God Part II" i "Angel of Harlem"), mocna rzecz.

Wreszcie – "Pop" (numer 9), płyta wybitnie niedoceniana, nazwana przez Edge'a "najodleglejszą od U2 jak to tylko możliwe", niedopracowana i dokańczana w pośpiechu, co wyszło tylko na dobre tej JEDNEJ Z NAJLEPSZYCH, JEŚLI NIE NAJLEPSZEJ PŁYCIE, JAKĄ W ŻYCIU SŁYSZAŁEM (tak, mówię to ja, miłośnik wszystkiego, co progresywne i przeciwnik wszystkiego, co, no cóż, popowe). Arcydzieło, które nigdy mi się nie znudzi.

Tymczasem płyty "nieparzyste" – numer 7, "Achtung Baby", jest dobra, ale ja jednak bardzo się cieszę, że nie była pierwszą płytą U2, jaką poznałem. Była natomiast drugą (tzn. sięgnąłem po nią po tym, jak poznałem "Pop") i na długi czas pozostała ostatnią... Numer 5, "Joshua Tree" jest fatalna. To jest właśnie przykład płyty pełnej podobnych do siebie, mdłych i nudnych piosenek ("Where The Streets...", "With Or Without You" i "Still Haven't Found..." – do dziś nie potrafię ich od siebie odróżnić). Takie niestety jest to prawdziwe U2, które wiele osób zna i kocha, to U2, od którego odeszli jak najdalej, tworząc swoje (moim zdaniem) opus magnum. To samo, do którego po "Popie" wrócili kolejną tragiczną płytą "All That You Can't Leave Behind".

No i wreszcie przedostatnia, jedenasta, "How To Dismantle an Atomic Bomb"... NAPRAWDĘ dałem jej szansę. Niejedną. Słuchałem jej cały czas, przez kilka dni pod rząd, a jednak wszystko, co z niej pamiętam, to "Un, dos, tres, quatorze..." Kiepsko, jak na rockowy zespół.

Tymczasem – wbrew recenzjom, jakie czytałem, utwory z "No Line on the Horizon" nuciłem i podśpiewywałem już po jednym, dwóch przesłuchaniach. I to nie singlowe "Get On Your Boots", tylko piękne "Magnificent" czy tytułowy, otwierający kawałek. Właściwie, pierwszy singiel z płyty jest jego najsłabszą częścią, chyba dobrze, że go nigdy w radiu nie słyszałem. Poza nim jakoś nie mogę dostrzec na nim słabych punktów, za to bardzo często piosenki, które niby sobie lecą w tle, odrywają mnie od tego, co robię, i każą mi zerknąć, który to kawałek teraz leci.

I ja naprawdę nie wiem, jaka jest zawartość U2 w nowym U2. Nie wiem, na ile wrócili do korzeni, a na ile eksperymentują na swojej płycie. Piękny i wolny od maniery wokal Bono, gitara Edge'a w najlepszej formie – nie potrafię tego zrozumieć, bo przecież są to klasyczne elementy ich muzyki, których brak na "Popie" chyba mnie tak ujął, a obecność na innych płytach tak odrzuca – a jednak tutaj wydają się być w tak idealnych proporcjach, że ja po prostu nie mogę tej płyty przestać słuchać...

Dlatego pytam prawdziwych fanów (piszę bez ironii, naprawdę – wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że ja nie jestem fanem U2, ja ich właściwie nawet nie lubię) – jak to jest? Jest linia, czy nie ma linii na horyzoncie?

26 lutego 2009

Walentynki

Tak, wyobraźcie sobie – JA piszę notkę na temat walentynek ;)

Dwa tygodnie temu na Toastmasters mieliśmy spotkanie, którego Walentynki były właśnie tematem przewodnim. Radek przygotował bardzo ciekawe pytania na tematy okołoromantyczne i wszystkie one były tak świetne, że na każde po kolei chciałem odpowiedzieć. No, ale mnie sie oczywiście trafiło pytanie filmowe ("jaki jest najromantyczniejszy film, jaki widziałeś"), więc nie mogłem powiedzieć nic z tzw. "serious stuff". Dlatego postanowiłem grafomańsko na te pytania odpowiedzieć tutaj.

The Perfect Date. O tym, że randka była doskonała, wiadomo dopiero po randce. Do tego stopnia wiadomo po, że aż – moim zdaniem – nie da się czegoś takiego zaplanować. A im bardziej się planuje, tym bardziej można się na tym przejechać. Bo można zarezerwować romantyczne miejsce w przytulnej restauracji, z winem i świecami, a coś może po drodze pójść bardzo źle - ostatnio byliśmy z Anią właśnie w restauracji, w której zarezerwowałem miejsca wcześniej i pani przez telefon powiedziała mi, że to takie intymne miejsce na końcu piwnicy, gdzie są dwa małe stoliczki. I wszystko byłoby cacy i w ogóle super romantycznie, gdyby nie to, że dziewczyny przy tym drugim intymnym stoliczku rozmawiały głośno i ze szczegółami o pogrzebie babci jednej z nich, że cztery dni leżała w kostnicy, że była sztywna, że trzeba ją było łamać, że wszyscy rozpaczali, a ona z aparatem, i tak dalej i tak dalej, i randkę idealną diabli, nomen omen, wzięli.

Do randki można się przygotować – ładnie ubrać, wypachnieć, ogolić, kupić kwiatka, zarezerwować stolik, przygotować kolację, puścić muzykę, zapalić świeczki. Ale też można się spotkać w ostatniej chwili i spędzić cudowny wieczór zupełnie niezaplanowany, ale pełen czułości i potężnej energii w powietrzu. Taki, którego nie chce się za nic kończyć. To jest randka doskonała – czas, który zupełnie bez przymusu, presji i krępacji można spędzić z drugą osobą. To, co czyni randkę doskonałą, nie są okoliczności przyrody, tylko ta druga osoba i to, co pomiędzy nami się w tej randce dzieje. Ten nastrój, ta czułość, ta energia.

Romance and Love. Patryk ujął to słowami: "When love begins, you know that the romance is over." Po części się z tym zgadzam, ale nie całkiem. Dla mnie różnica jest taka, że romance, zakochanie jest emocją, jest uczuciem, jest porywem serca, czymś od nas niezależnym. A miłość – jest decyzją. Anglosasi mówią na to commitment, polskie słowo mi jak zwykle uciekło.

Chodzi o to, żeby po tym, jak zakochanie się skończy (lub trochę przytłumi), żeby coś pod spodem zostało, żeby przez okres romance zdążyła się utworzyć więź wystarczająca, by można było mówić o love. Więź opierająca się na przyjaźni, na pociągu fizycznym, ale też na jeszcze jednym elemencie, który wymyka się wszelkim definicjom. Czymś jeszcze. Tym czymś.

Ale to nie znaczy, że zakochanie, gdy odejdzie, odejdzie na zawsze. Bo gdy miłość jest trwała i prawdziwa, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby romans ożywiać co jakiś czas, i ciągle na nowo się w sobie zakochiwać.

Who's more romantic? Mężczyźni, czy kobiety? Paradoksalnie odpowiem, że mężczyźni. Czytałem ostatnio, że przeprowadzono badania nad szczerością i umiejętnością rozpoznawania emocji mężczyzn i kobiet i o ile w facetach można czytać jak w otwartej księdze, to emocje kobiet stanowią zagadkę zarówno dla płci brzydkiej, jak i pięknej. Odpowiedzialna za to jest ewolucja – kobiety nauczyły się pozorować niektóre emocje, żeby w ten sposób na facetach wymusić autentyczną reakcję, na której podstawie mogą podjąć decyzję, czy ten facet się nadaje na męża/ojca/żywiciela, czy też nie, bo np. będzie niewierny i chodzi mu tylko o seks, a jak przeleci, to odejdzie.

Dla mnie dowodzi to tego, co powiedziałem – faceci może i bywają draniami, którzy przelatują i odlatują, ale to po nich widać. Nie potrafią tego maskować. A gdy kochają, to kochają szczerze, do granic. Kobiety natomiast są bestiami boleśnie wręcz praktycznymi i potrafią dla swych celów wszelkie emocje ukrywać bądź maskować. Z własnych rozmów, kontaktów czy doświadczeń dochodzę do wniosku, że to faceci, gdy kogoś poznają, prędzej wyobrażają sobie siebie przed ołtarzem, niż kobiety.

Może nie jesteśmy romantyczni często, ale gdy jesteśmy, jesteśmy romantyczni szczerze.

What to say and what not to say on the first date? Ktoś mnie kiedyś spytał o coś podobnego. Pytanie było raczej w ogólnym wydźwięku "jak to się robi z dziewczynami". Moją pierwszą odpowiedzią było – być sobą, być szczerym, nie udawać kogoś, kim się jest, nie ściemniać. Oglądam takich np. Friendsów i patrzę, jak Ross, który ma wiele odchyłów, strasznie napotkanym kobietom ściemnia i wymyśla niestworzone historie i przedstawia siebie jako zupełnie innego, niż jest, a potem się dziwi, że wszystko się wali, i nie mogę tego zrozumieć – jaka strategia przyświeca ludziom, którzy kłamią na pierwszych randkach?

Oczywiście, odpowiadając na to pytanie, biorę pod uwagę tylko ludzi, którym zależy, żeby pierwsza randka była pierwszą z wielu, potencjalnie na całe życie, a nie do pierwszego bzyknięcia. Ci drudzy ściemniają ile wlezie, bo przecież im zależy tylko na seksie, i to jest zrozumiałe, ale też ryzykowne, bo co, jak się okaże, że akurat ta ostatnio bzyknięta coś nie chce wyleźć z głowy albo serca? Wtedy te kłamstwa, które ją do łóżka zaciągnęły, będzie trzeba odkręcać...

Więc wracając do sytuacji randki pierwszej z wielu – nie należy kłamać. Zasada numer jeden. Należy mówić prawdę, przedstawiać siebie takiego, jakim się jest. Fantastyczną sztuką natomiast jest robienie tego w sposób taki, żeby nawet wady brzmiały pozytywnie i zachęcająco, a wszelkie dziwactwa i odchyły były odbierane jako ciekawe cechy naszej bogatej osobowości :)

How to say "I love you" without saying "I love you". Mark Sloan w jednym z ostatnich odcinków "Grey's Anatomy" powiedział "Cliches became cliches for a reason. Because they worked." Fish na podobną modłę śpiewał 20 lat temu "The best way is with an old cliche". Ale tak naprawdę, poza słowami, bardzo ważne są tzw. małe rzeczy. Nie jakieś wielkie gesty, jak sto milionów róż czy samochód, tylko naprawdę małe rzeczy, które pokazują, że pamiętamy, że myślimy o tej drugiej osobie. Jak kawa zaparzona rano albo przygotowana do zaparzenia, jak ta druga osoba wstanie i przyjdzie do kuchni (nawet, jak nas już nie będzie w domu), albo gazeta z zagiętym rogiem na stronie, gdzie jest coś ciekawego dla tej drugiej osoby, albo kartka na lodówce z uśmiechem i życzeniami miłego dnia – generalnie, małe rzeczy, których się nie planuje, o które się nie prosi ani nie jest proszonym, które wynikają tylko i wyłącznie z tego, i tego też dowodzą, że myślimy, że pamiętamy, że istniejemy dla siebie nawzajem.

Secrets to set up romantic mood. Podobnie jak z randką idealną – nie ma reguł. Ale dla mnie są trzy – przyjemna, ale nieinwazyjna muzyka, świeczki zapachowe, i masaż. Szczegóły zależne od sytuacji.

Na koniec, gdyby kogoś jednak interesowała odpowiedź na pytanie, które faktycznie zostało mi na Toastmasters zadane:

Most romantic movie ever? "Moulin Rouge", bez dwóch zdań. Za komediami romantycznymi nie przepadam, bo a) filmy S-F są bliższe rzeczywistości, oraz b) od czasu "Czterech Wesel i Pogrzebu" nic lepszego w tym temacie nie powstało. Wielbię też "Angielskiego Pacjenta", ale on, oprócz romansu, jest głównie o wojnie. "Moulin Rouge" natomiast... opowiem Wam, jak genialny to jest film.

Widziałem go w kinie, gdy był normalnie w kinie – w listopadzie 2001 roku. Wyszedłem oczywiście zachwycony, nawijając, jak to on nie był zajebisty i tak dalej. Potem spędziłem całe miesiące, próbując go dorwać na DivXie i gdy wreszcie mi się to udało, w lipcu 2002 roku, dziewięć miesięcy później, oglądałem go noc w noc przez siedem nocy. Tak, dobrze czytacie. Siedem nocy pod rząd oglądałem ten film. Nigdy wcześniej ani później tak nie miałem.

I do dziś do niego wracam raz na kilka miesięcy. I do dziś na niektórych scenach zdarza mi się płakać.

Tak genialny to jest film.

15 grudnia 2008

Viggen

Viggen wydał dwa nowe albumy, jeden (Roadtrip) świetny i drugi (BW) genialny. A mnie nasuwa się refleksja:

(uwaga, refleksja będzie)
Z fotografią Viggena jest jak z blogowaniem Kasi M. - jak tylko staram się ich naśladować albo się nimi inspirować, wychodzi mi grafomiania. Tudzież - fotografomania.
(po refleksji)

Viggen jest moim guru od spraw fotografii (obejrzyjcie sobie jego poprzednie albumy - nawet zdjęcia czysto imprezowe potrafi pokazać w taki sposób, że ja pieję z zachwytu. A moje zdjęcia z tej samej imprezy są w najlepszym wypadku mediocre). Potrafi niesamowicie uchwycić moment, a potem jeszcze doprawić go tak, że buty spadają. Chciałbym tak, jak on, umieć uchwycić, wydobyć lub wyeksponować urok osoby, wyjątkowość zdarzenia czy atmosferę miejsca.

Na dodatek on to robi z tak godną podziwu nonszalancją (podpis pod zdjęciem: "
kanał z jakimś czymś z tyłu") i bez absorbowania uwagi osób fotografowanych (na mnie psioczą, że ja znowu z tym aparatem, dałbym se spokój, a jego nikt z wałkiem nie goni ani go nie zauważa, nawet mimo głośnej jak diabli migawki), że jest to aż irytujące ;)

Viggenie, ukłony. W następnym wcieleniu chcę być Tobą.

26 czerwca 2008

GAME(s) OF (my) LIFE

Nigdy nie grałem specjalnie dużo w gry komputerowe. Swego czasu kupowałem regularnie Secret Service, mniej więcej trzymałem rękę na pulsie i co nieco grałem, ale nigdy nie było to moją główną rozrywką – często znajdowałem coś innego do roboty, czy to lego, czy pisanie systemów RPG, czy – później – filmy, książki, wreszcie dziewczyny ;) Nigdy też nie grałem w żadne gry sieciowe. To znaczy, czasem wypadałem w kumplami do kafejki, popykać parę godzin w Quake'a, ale z domu nigdy się nie łączyłem i nie grałem w żadnego CSa, WoW, Guildwars czy Diablo – zwyczajnie szkoda mi było na to czasu (i impulsów, bo to były te czasy).

Dzisiaj też gram raczej rzadko, bo rzadko znajduję na to czas, jednak jak już jakaś gra mnie wciągnie (jak kilka miesięcy temu Half Life, albo KotOR podczas pamiętnej sesji zimowej w 2006 roku), to zwykle połyka na kilka dni dokumentnie. A kilka takich gier, które połykały mnie często niejednokrotnie, postanowiłem zebrać i umieścić na liście dziesięciu najlepszych gier, w jakie w życiu grałem.

10. "Portal" (Valve, 2007) – absolutna rewolucja w świecie gier komputerowych – czegoś takiego po prostu jeszcze nie było. Niby FPP, ale przede wszystkim gra logiczna, polegająca na przejściu kilkunastu plansz z pomocą tzw. portal guna, czyli urządzenia tworzącego portale do szybkiego pokonywania dużych odległości z zachowaniem pędu i prędkości, co ma czasem duże znaczenie. Do tego wszystkiego osadzenie w świecie znanym z serii Half Life, klimat konspiracji i tajemnicy oraz niezapomniana postać pokręconej sztucznej inteligencji o imieniu GLaDOS, której teksty już wpisały się w kanon najlepszych cytatów komputerowej rozrywki. Do tego ta końcowa piosenka

9. "Duke Nukem 3D" (3D Realms, 1996) – nawet nie chodzi o samą grę, co o miasto, które zostało w niej pokazane – w żadnym innym FPP nie mogłem pójść do kina, rozwalić budynku, przeżyć trzęsienia ziemi, zagrać w bilard, potańczyć w klubie… Oczywiście powinienem dodać: w żadnym innym FPP do czasu Deus Exa, który przeniósł mnie do cyberpunkowego miasta, którego mi właśnie od czasu Duke Nukem bardzo brakowało. Ale DN3D miał jeszcze wiele innych atutów – miałem do niego setki modów, dodatkowych map, totalnych konwersji… naprawdę, znałem tę grę na wylot. Następną, w którą do tego stopnia się zagłębiłem, był, rzecz jasna, Deus eX.

8. "Dune" (Cryo + Virgin, 1992) – jedyne w swoim rodzaju i nigdy nie powtórzone połączenie przygodówki ze strategią. Do tego w uniwersum, które znam i kocham od bardzo dawna – w świecie "Diuny" Franka Herberta. Zawiera też kilka innowacji technicznych (nigdy wcześniej ani nigdy później nie było gry, która pozwala podróżować praktycznie po całej planecie), a przede wszystkim pozwala wcielić się w samego Paula Atrydę i przeżyć historię bardzo zbliżoną do tej z filmu i książki.

7. "Quake II"
(ID Software, 1997) – najlepszy czysty FPS, w jakiego grałem. Ma wszystko, co FPS mieć powinien – wielkiego bohatera, wielkie giwery, wielkich złych typów, doskonale wyważony stosunek kombinowania do czystej nawalanki, fantastyczną muzykę autorstwa grupy Sonic Mayhem oraz kilka takich scen, które na zawsze zapadają w pamięć. I fajną fabułę (w przeciwieństwie do pierwszego Quake'a, który fabuły nie miał ani grama, a poza tym generalnie w trybie single player leżał i kwiczał) – pojedynczy żołnierz, który w trakcie bitwy ląduje gdzieś na obrzeżach bazy wroga robi serię akcji dywersyjnych, pomagających tym dobrym chłopakom zwyciężyć. Czysty miód.

6. "Splinter Cell"
(Ubi Soft, 2002) – Deus eX otworzył przede mną istnienie tzw. "gier skradackich", które bardzo mi się spodobały – wolę to, niż ogólną rąbankę. "Thief" mi zupełnie nie podszedł (świetny klimat steampunkowo-fantasy, ale sterowanie toporne, no i te pierzone zombiaki…), ale pojawił się "Splinter Cell", który pod względem rozrywki pozostaje grą najbliżej Deus eXa. Dodatkowo – te szpiegowsko-rządowe klimaty, rodem z debiutanckiej płyty O.S.I. Druga część, "Pandora Tomorrow" też fajna, ale śmiesznie prosta, za to trzecia, "Chaos Theory" zawiera wiele pomysłowych unowocześnień rozgrywki. Czwarta, "Double Agent", czeka na swoją kolej, ale słyszałem, że wiąże się z istotnymi zmianami w sposobie grania, co może mi nie podejść.

5. "Knights of the Old Republic" (BioWare, 2002) – pierwszy komputerowy RPG, jakiego przeszedłem w całości. Głównie ze względu na uniwersum – co Star Warsy, to jednak Star Warsy, nie? Świetna fabuła (włączając w to fenomenalny przekręt fabularny), znakomita miodność, barwne postacie (Jolee Bindo i droid HK-47 rządzą), ciekawe miejsca, fabuła ewidentnie inspirowana Deus eXem (mam na to dowody), no i te Gwiezdne Wojny… Od czasu Deus eXa nie spotkałem się z tak dobrą fabułą w grze komputerowej.

4. "Flashback"
(Delphine Software, 1992) – nieprawda-że-kontynuacja "Another World" z 1991 roku. Platformówka z fenomenalną jak na tamte czasy grafiką i animacją. Do tego świetna fabuła, nieco zainspirowana filmem "Pamięć Absolutna" – Conrad Hart został pozbawiony pamięci po tym, jak odkrył, że ludzka kolonia na księżycu Jowisza, Tytanie, została zinfiltrowana przez zmiennokształtnych obcych. Hart odzyskuje pamięć, leci na Ziemię, a potem na planetę Obcych. Generalnie dużo się dzieje, a gra jest absolutnie niezapomniana. Byłby z niej naprawdę, naprawdę dobry film. A nawet kilka.

A teraz pierwsza trójka. To ciekawe, że najlepsze trzy gry, w jakie grałem w życiu, są przygodówkami w świecie cyberpunka. To chyba coś znaczy…

3. "Beneath a Steel Sky" (Revolution Studios + Virgin, 1994) – klasyczna przygodówka z interfejsem point-n-click. Człowiek, zagubiony w wielkim, cyberpunkowym mieście, próbuje z niego uciec, a przy okazji, przez przypadek, samo miasto ratuje przed rządzącym nim superkomputerem. Fabuła miesza wątki poważne ze scenami i dialogami iście monty-pythonowskimi. Jest tu wszystko, co prawdziwy cyberpunk mieć powinien – sceneria wielkiego miasta z gigantycznymi budynkami (za stronę graficzną gry odpowiedzialny był autor komiksów, Dave Gibbons), droidy, mutanty, cyberprzestrzeń…

2. "Blade Runner" (Westwood Studios + Virgin, 1997) – najlepsza w historii gra na licencji filmu, niesamowicie dopracowana pod względem fabuły, tak, by nie zawieść prawdziwych fanów filmu – widać, że autorzy także byli fanatykami, bo zwyczajnie nie pozwolili sobie na fuszerkę. Co ciekawe, gra stanowi poniekąd wypełnienie przepaści między filmem a jego pierwowzorem literackim - książką "Czy Androidy marzą o elektrycznych owcach?" Dicka: pojawiają się w niej sceny ewidentnie zainspirowane scenami z książki, a których zabrakło w filmie. Ta prawie-że-klasyczna przygodówka (tzn. interfejs point-n-click i zbieranie przedmiotów, ale bez możliwości bezpośredniego użycia ich w świecie) posiada najważniejszą cechę, za którą fani "Blade Runnera" (w tym ja) ją pokochali: niepowtarzalny klimat Los Angeles 2019 roku. A jak ktoś nie wierzy – niech wyjdzie w mieszkaniu głównego bohatera, Raya McCoya, na balkon i sobie tam postoi…

A na pierwszym miejscu wszyscy, którzy mnie znają, doskonale wiedzą, co się znajdzie. A ci, co nie wiedzą, mogli się już domyśleć z poprzednich punktów. Tak jest. Last, but definitely not least…

1. "Deus Ex" (ION Storm + Eidos, 2000) – najlepsza gra w historii. Arcydzieło komputerowej rozrywki interaktywnej. Genialne i jedyne w swoim rodzaju połączenie gry FPP, przygodówki i RPG. Do tego rewelacyjna fabuła, niesamowity klimat (cyberpunk + teorie spiskowe dziejów), mnóstwo przebarwnych postaci (po skończeniu gry jak po skończeniu dobrej książki - naprawdę bardzo mi ich brakowało), mnóstwo sposobów rozwiązania każdego napotkanego problemu (można zdobyć hasło, kod do zamka, można się włamać, shackować komputer, ukraść komuś klucz, wczołgać się przez wentylację itd. itp.) – naprawdę, zalety Deus eXa mógłbym wymieniać godzinami (i kiedyś to zrobię). Jedyne, czego mu brakuje, by być grą idealną, to porządny sequel (wydany w 2003 r. "Deus eX: Invisible War" został pozbawiony dokładnie wszystkich tych elementów, które stanowiły o wyjątkowości "jedynki", i był przez to fatalnie tragiczny). Jasne, że dziś gra trochę trąci już myszką, a engine i AI przeciwników nieco kuleje, ale i tak przechodziłem ją już siedem razy i wciąż co jakiś czas do niej wracam

10 czerwca 2008

Storyteller

Kupiłem sobie ostatnio książkę. Pierwszy raz od dawna zawitałem do taniej księgarni na Brackiej i znów nie wyszedłem stamtąd z pustymi rękami. Znalazłem tam książkę "Duża Ryba" Daniela Wallace'a, na podstawie której w 2003 roku Tim Burton nakręcił swój najlepszy film (a rewelacyjnych filmów nakręcił wiele). Piękne wydanie w twardej oprawie, które widziałem w księgarniach już od dawna, tylko odrzucało mnie nazwisko tłumacza (Jerzy Łoziński wciąż zalega na mojej czarnej liście). Ale jak znalazłem ją przecenioną z 26 złotych do 10, postanowiłem jednak książkę przeczytać.

Książkę postanowiłem potraktować trochę jako ćwiczenie ze scenariopisarskiego reverse-engineeringu. Wpadłem na to niedawno, gdy przy okazji wieczorku filmowego u Luke'a przypomniałem sobie najpierw film, a potem książkę "Angielski pacjent". Książkę autorstwa Michaela Ondaatje, która po tym, jak się ukazała, została uznana za niemożliwą do sfilmowania, a którą Anthony Minghella przeniósł na ekran, tworząc arcydzieło nagrodzone dziewięcioma Oscarami. Pierwszy raz książkę przeczytałem chyba z 10 lat temu i bardzo niewiele z niej pamiętałem. Tylko tyle, że różniła się od filmu naprawdę znacząco – pamiętałem tylko kilka punktów wspólnych. Teraz, gdy do niej powróciłem, i to świeżo po obejrzeniu filmu, dostrzegłem, że podobieństw jest znacznie, znacznie więcej, i że przerobienie tej książki na scenariusz wcale nie musiało być takie karkołomne – książka jest napisana bardzo specyficznie, jej akcja toczy się w różnych miejscach i czasach, ale można w powieści znaleźć źródła praktycznie każdej sceny z filmu. Tak sobie właśnie myślałem, czytając tą książkę ponownie – jak scenarzysta wyłapywał z tych wszystkich opisanych wydarzeń te, które nadają się do zbudowania nieco innej, bardziej filmowej historii. Zbierał je, zmieniał niektóre elementy, usuwał niepotrzebnych bohaterów, łączył kilku w jednego, przesuwał lekko akcenty i naciski, tworząc genialny scenariusz. Takiej sztuki chciałbym się nauczyć.

Kiedyś było dla mnie nie do pomyślenia, żeby zmienić jakąś książkę przy przenoszeniu na film. "Ubika" Dicka, czy też jego "Płyńcie łzy moje..." wziąłbym jak leci i nakręcił dokładnie tak, jak jest. Największe zmiany, na jakie bym sobie pozwolił, to kosmetyczne – najwyżej usunąłbym najbardziej psychodeliczne sceny, żeby uniknąć zamieszania, oraz zaniechałbym tych wszystkich odjechanych strojów (jak tunika w kolorze pośladków pawiana, jaką nosił Joe Chip w bodaj trzecim rozdziale). Ale im więcej mam styczności z adaptacjami i ich pierwowzorami, z pracami i książkami o pisaniu scenariuszy, a wreszcie z książkami, które chętnie bym zobaczył na ekranie (a jeszcze chętniej – nakręcił), taka śmiałość do przerabiania tego, co dobre na papierze, ale niekoniecznie filmowe, do formy, która nadawałaby się na srebrny ekran, przychodzi mi coraz łatwiej, i teraz wiem, ze książce "Limes Inferior" należałoby nadać porządną, trzyaktową strukturę z wyraźnymi punktami zwrotnymi (książka jest pod tym względem mało przemyślana), a pozbyć się (z bólem, co prawda) kilku postaci (np. Fred Banfi), a z kolei książce mojego dzieciństwa "A w Patafii nie bardzo..." przydałby się bondowski w klimacie wstęp, przedstawiający porwanie profesora Pstrixa. Bo książki te, jakkolwiek dobre, jednak potrzebują nieco przerabiania, żeby zrobić z tego dobry, zrozumiały i ciekawy film. Choć nadal uważam, że "Ubik" jest cudownie filmową książką taka, jaka jest, i naprawdę niewiele w nim trzeba by poprawić. Doprawdy, nie rozumiem, dlaczego nikt tego jeszcze nie nakręcił.

Hm. Miało być o "Dużej Rybie" jako filmie, a skończyło się na rozważaniach o adaptacjach filmowych... Trudno, niezbadane są ścieżki błądzących myśli ;) O "Dużej Rybie" opowiem Wam kiedy indziej. Przerwę też w tym momencie, bo niebezpiecznie zbliżałem się do jeszcze jednego tematu – filmowych adaptacji Dicka – który też mi po głowie krąży. O nim też kiedyś jeszcze będzie :)

12 kwietnia 2008

Zagubione dzieciństwo

W życiu każdego zdarzają się takie chwile, kiedy ma doła i musi sobie w tym dole trochę popływać. Po prostu musi, mimo wszystkich tych mądrych słów typu "don't worry be happy" i że nie należy się smucić – czasem po prostu trzeba w sobie po tym dnie pochodzić, zanim człowiek poczuje się gotowym, by się wreszcie od niego odbić.

Ja w takich chwilach oczywiście zatapiam się w muzyce. A płytą zawsze najlepiej się do tego nadającą nie są ani Floydzi ("Division Bell" ani "Wish You Were Here" ani nawet "The Wall" – tego słucham, jak chcę się zmasakrować), ani King Crimson (generalnie są dla mnie za ciężcy), ani Nick Cave, ani "Exciter" Depeche Mode. W takich chwilach zawsze sięgam po "Misplaced Childhood" Marilliona.

Nic mi tak nie poprawia złego nastroju (w sensie: jeszcze bardziej dołuje, sprawia, że rozlany i nieokreślony smutek przyjmuje jednak jakąś formę), jak ta płyta, jak wszystkie te utwory, których przepiękna płaczliwa gitara i wspaniałe słowa Fisha przepełnione są do granic możliwości poczuciem straty i przemożną tęsknotą. Dłuższe utwory podzielone na krótsze fragmenty, a niektóre z nich po prostu porażają falą emocji – potwornego, rozdzierającego serce bólu, z którym musi borykać się człowiek, który utracił swoją miłość, ale – niestety – nie utracił wspomnień ("Kayleigh" i "Lavender"), a teraz musi jakoś przetrwać codzienne spotkania z nią na ulicy ("Misplaced Rendez-vous" i "Passing Strangers"), który okazjonalnie musi sie z tą osobą skontaktować w jakiejś nagłej lub niedokończonej sprawie (przejmujące "Mylo"), który usiłuje (bezskutecznie) zagłuszyć ten ból radykalnymi środkami ("Blue Angel", "Wide Boy"), wreszcie – który sięga po środki ostateczne ("Perimeter Walk"). A wreszcie, na koniec, przekonuje się, że nie wszystko jest jednak stracone, że życie trwa dalej, a każdy może odnaleźć głęboko w sobie to dziecko, które patrzy na świat szeroko otwartymi oczyma, które czeka, by świat poznać i by świat je poznał, które pełne jest marzeń i nadziei, które nie zostało jeszcze zranione.

Dzięki temu zakończeniu płyta spełnia wspaniałą terapeutyczną rolę w trudnych chwilach – najpierw tuneluje i porządkuje ból i smutek i jasne, że wpycha człowieka na tych 40 minut do łóżka w stany agonalne, ale – po tym zakończeniu – daje kopniaka energii, by wstać i walczyć dalej.

***

A ja nigdy nie zapomnę, jak pierwszy raz tą płytę usłyszałem. Stawiałem pierwsze kroki na ścieżce Jedynej Słusznej Muzyki i co prawda Xavex już chyba podrzucił mi ze dwie-trzy płyty wczesnego Genesis, a Viggen zaraził mnie Alanem Parsonsem i zapoznał mnie z duetem Jon & Vangelis, ale pierwszym wielkim krokiem dla mnie była właśnie ta płyta. Dostałem ją także od Xava (bo jakżeby inaczej), ale nigdy nie zapomnę pierwszego mojego z nią kontaktu.

To był dzień przed wyjazdem z klasą – na pewno w drugiej klasie, ale nie pamiętam, czy był to wyjazd pierwszy (w październiku), czy drugi (pamiętny majowy wyjazd do Dźwirzyna). Mój komputer stał wtedy jeszcze w dużym pokoju (i jeszcze nie był do końca "mój") – pokoju, w którym jednocześnie się dużo działo: ojciec pracował na swoim, jednocześnie rozmawiając z mamą, telewizor leciał nastawiony dość głośno, a pośrodku wszystkiego ja siedziałem przy moim kompie ze starymi, rozlatującymi się słuchawkami, od których prawie odpadła już nauszna gąbka, więc były diablo niewygodne. I w takich warunkach codziennie sprawdzałem i odpisywałem na maile (to były cudowne czasy gigantycznych dyskusji mailowych na milion poważnych tematów – jeszcze przed nastaniem destrukcyjnej ery Gadu-Gadu) oraz zapoznawałem się z muzyką ("I, Robot", czyli moje pierwsze zetknięcie z Parsonsem, też w tych warunkach rozdziewiczyłem). Miałem tą płytę od Xava w formie empetrójek i puściłem sobie ją w tym codziennym domowym zgiełku na tych moich tragicznych słuchawkach i...

Wsiąkłem.

Gdy rozległy się pierwsze dźwięki syntezatora, otwierające utwór "Pseudo Silk Kimono", wszystko dookoła przestało się liczyć. Telewizor, drugi komputer, rozmowy rodziców, szczekający pies, samochody za oknem – to wszystko zniknęło, gdy ja momentalnie przeniosłem sie do innego świata. To było dokładnie takie samo olśnienie, jak we wspomnianych ostatnio filmach "Once" i "Moulin Rouge" – po prostu potężna magia zawarta w potężnej sztuce.

Natychmiast płytę wypaliłem i następnego dnia zabrałem ze sobą na wycieczkę. I jest to jedna z płyt z listy "do zabrania na bezludną wyspę".

***

A najpiękniejsze jest to, że to wcale nie było uzależnione od mojej wrodzonej miłości do JSM, że ta płyta tak mnie zachwyciła – to po prostu jest wielka Sztuka, przy której wszyscy milkną i się w niej zatapiają, i mam na to kilka przykładów. Zabrałem tą płytę (wraz z inną Marilliona – "Fugazi") kiedyś do Przemyśla i tam pożyczyłem obie koleżance mojej kuzynki (a raczej nie pożyczyłem, tylko ona sobie zabrała – to było piękne, że wcale nie musiałem jej namawiać :) Koleżanka nie była zachwycona "Fugazi", ale "Misplaced Childhood" już nie ujrzałem – powiedziała, że sobie znowu wypalę w domu, a ona mnie zabierze w ramach rekompensaty na lody, ale płyty mi nie odda. To było piękne i choć (po dobrych paru latach) doczekałem się egzekucji długu, to wcale mi to nie było potrzebne – wystarczył mi do gigantycznej satysfakcji sam fakt, że płyta tak podziałała także na nią.

***

Mógłbym o "Zagubionym dzieciństwie" jeszcze pisać i pisać – o tym, jak pięknie zbudowany jest ten album koncepcyjny, o tym, ile razy go w życiu słuchałem, jak bardzo mi czasem pomógł, o tym, jak go wspólnie analizowaliśmy na żaglach w 2005, i tak dalej, ale to by już było naciągane. Mam nadzieję, że ta płyta pociągnie za sobą jeszcze wiele osób, bo na pewno ma taki potencjał.

A, i jeszcze – jak kiedyś będę miał knajpę, nazwę ją "Waterhole", albo po polsku (nie wiem, co za geniusz wpadł na takie tłumaczenie, ale należy mu się za to Nobel): "Wodopój". I będę w niej puszczał tylko muzykę progresywną, i to całymi albumami, bo tak jej należy słuchać. A "Misplaced Childhood" – ten ponadczterdziestominutowy utwór – jest tego jednym z najlepszych przykładów.

15 lutego 2008

Jak powstają Arcydzieła?

Zacząłem przed chwilą oglądać, z mojego wielce wypasionego pięciopłytowego wydania Blade Runnera, dokument "Dangerous Days", opisujący bolączki powstawania tego arcydzieła. Dokument składa się z kilku części, a ja mam z nim podobnie, jak z ostatnim Harrym Potterem albo z serialem "Californication" - jednocześnie chcę to połknąć od razu, na raz, w całości, a jednocześnie chcę się delektować, poznawać tą historię powoli, po trochu, małymi kęskami... Zdarza mi się nawet robić stopklatkę i napawać się pojedynczymi obrazami.

Na razie oglądnąłem pierwszą część dokumentu, o powstawaniu scenariusza, i zastanawia mnie, czy to zawsze tak było, że najwspanialsze dzieła powstawały w tak trudnych warunkach, w ciężkiej atmosferze, tworzonej przez wielu bardzo utalentowanych ludzi, którzy są zbyt wielkimi osobowościami, żeby móc bez zgrzytów ze sobą współpracować... W takiej atmosferze Beatlesi nagrali genialną płytę "Abbey Road", podobnie też było w studiu, gdy Pink Floydzi tworzyli swoje dwa największe dzieła - "Ciemną Stronę Księżyca" i "The Wall".

W przypadku Blade Runnera w jednym miejscu zebrali się pierwszy scenarzysta, Hampton Fancher, który nadał filmowi nastrój poetycki i mroczny, ale gdy nie mógł znieść konieczności ciągłego nanoszenia poprawek ("Spróbuj tego, spróbuj tamtego...") został odsunięty i zastąpił go David Peoples, który jego - niezły, choć przegadany i nieco nieskładny fabularnie - tekst przerobił na coś bardziej filmowego, szybszego i brutalniejszego (nie tylko w znaczeniu fizycznej przemocy, ale generalnie wizji). A nad wszystkim czuwał Ridley Scott, który polał wszystko dużą ilością futuryzmu i uraczył
szczyptą mistycyzmu i filozofii.

(szczegóły odnośnie fabuł filmu i książki zostawiam na kiedy indziej - już niedługo, bo właśnie sobie przypomniałem i do niej powróciłem - gdy będę pisał o grze "Blade Runner")

Fascynujące jest poznawanie kulis powstawania takich fenomenalnych dzieł. Odkrywanie, że coś tak doskonałego powstawało w takich trudach i takich bolączkach, w tak trudnej atmosferze. Ale może gdyby nie było tego bólu, to teraz nie byłoby tego piękna i tej magii?

03 stycznia 2008

Ostatnie muzyczne zakupy

Przed sylwestrem zagadałem się z XaveXem, który opowiadał mi, że właśnie przeprowadza ostatnie muzyczne zakupy przed pewnym okresem czasu, kiedy nie będzie sobie mógł na takowe pozwolić z powodów różnych pożyczek, kredytów, nowych mieszkań i pewnie ślubów. Postanowił więc wydać trochę kasy w internetowym sklepie Rock Serwisu w celu zakupienia kilku płyt, które zawsze chciał mieć w oryginale – tak, jak ja mam takich kilka(dziesiąt), z których część wisi na liście po lewej. Gdy tak sobie rozmwialiśmy, udało mu się namówić mnie do kupienia kilku razem z nim.

1. Postanowiłem jednak najpierw sprawdzić, czy nie ma lepszych ofert na allegro. Po krótkich poszukiwaniach znalazłem "Close to the Edge" Yesa za 16 zł, więc niewiele myśląc zakupiłem. Xav podrzucił mi tą płytę relatywnie wcześnie – mniej więcej na początku mojej podróży ścieżką Jedynej Słusznej Muzyki, zaraz po tym, jak poznałem pierwsze płyty Marilliona, Pendragona i Pink Floydów. Moim zdaniem wręcz za wcześnie – nie jest to łatwy zespół i stanowczo nie jest to łatwa płyta, w związku z czym na początku zupełnie mi nie podeszła, tak samo, jak na początku nie podeszła mi "Dark Side of the Moon", do której musiałem przekonywać się ponad rok. Z Yesem było jeszcze gorzej, bo zanim w pełni poznałem i pokochałem tą płytę minęły co najmniej dwa lata...

Teraz natomiast tytułowego, osiemnastominutowego utworu mogę słuchać dosłownie w kółko, za każdym tak samo rozkoszując się tym, co kiedyś potrafiły wyczyniać Prawdziwe Zespoły – pięciu ludzi, którzy potrafili grać tak niebywale skomplikowane melodie w tak nietypowych metrach, ze zmiennym tempem, rytmem, linią melodyczną... Progresja tego utworu jest absolutnie fenomenalna, a fragment między 15 a 16 minutą zawiera absolutnie najgenialniejszą solówkę na klawiszach w historii muzyki... każdej. Żadne Chopiny czy Liszty nie mogą się równać z Rickiem Wakemanem, prawdziwym wirtuozem klawiszy.

Drugi utwór "And You and I" nie jest specjalnie porywający, przynajmniej na początku – jest trochę zbyt spokojny. Jeśli jednak pozwoli mu się rozwinąć, to naprawdę okazuje się być tego wart. Płytę zamyka także świetny, dziewięciominutowy "Siberian Khatru", podobnie energiczny i dziki jak utwór tytułowy. Całość składa się na jedno z największych arcydzieł (jeśli nie największe w ogóle) muzyki progresywnej – wydaną w 1972 roku płytę, którą gdy się już pozna, to nigdy się o niej nie zapomni.

2. Przy okazji szukania płyty powyższej postanowiłem poszukać także innego dzieła Yesa – wcześniejszej o rok płyty "Fragile", jeszcze z Brufordem na perkusji (na "Close..." zastąpił go już Alan White – Yes chyba nie nagrał nigdy dwóch płyt w tym samym składzie*), bo choć doceniam i wielbię "Close..." jako prawdziwe arcydzieło, to jednak to właśnie "Fragile" pozostaje moją ulubioną ich płytą – taką, do której wracam najczęściej, której mogę słuchać w każdym nastroju, taką płytą-pewniakiem. "Fragile" składa się z dziewięciu utworów. Cztery z nich to pełnoprawne, rzekłbym "pełnometrażowe" piosenki, będące wspólnym dziełem wszystkich członków zespołu, każda z nich rewelacyjna, a najbardziej otwierająca "Roundabout" i zamykająca "Heart of the Sunrise", gdzie w pięciominutowym wstępie gitarzysta Howe i basista Squire wyczyniają rzeczy niesamowite w idealnej harmonii.

Tych pięć "dużych" utworów przetkanych jest pięcioma mniejszymi, z których każdy opiera się na talencie jednego z członków zespołu – w "Cans and Brahms" Wakeman daje czadu na klawiszach, w "We Have Heaven" Anderson śpiewa pięć partii wokalnych na raz, "Five Per Cent For Nothing" to zabawa Bruforda perkusją, a "Mood For a Day" to lekka melodyjka grana przez Howe'a na gitarze akustycznej. Z tych małych dzieł najlepsze jest zdecydowanie "The Fish (Schindleria Praematurus)", gdzie – z wyjątkiem perkusji w tle i wokalu pod koniec – wszystkie linie melodyczne grane są przez Squire'a na basie – rewelacja.

"Fragile" znalazłem na allegro, ale z zakupem jeszcze się wstrzymałem do nowego roku. I dobrze, bo wczoraj przechodziłem przez rynek z forsą, która mi dosłownie wypalała kieszeń – miałem okrutną chcicę trochę jej wydać. Wstąpiłem więc do komisu w Music Cornerze (polecam – kupiłem tam kiedyś za 20 zeta "Pop" U2, najlepszą płytę wszech czasów) z myślą, że jak znajdę tam mojego wymarzonego Yesa, to z nim wyjdę. I znalazłem. I wyszedłem. Ach, marzenie...

3. Ale "Fragile" nie był jedyną płytą, z którą stamtąd wyszedłem. Przeglądając pobieżnie półki komisu dostrzegłem jeszcze jedną płytę – Grzesiu przed świętami wspominał mi o płycie nowego polskiego zespołu progresywnego Satellite
"Into the Night". Oczywiście śpiewają po angielsku, bo rock progresywny po polsku zwyczajnie nie brzmi dobrze (jedyna grupa, której to wychodzi, to Coma, a i to tylko przypadkiem), ale płyta jest bardzo nowa (2007 rok – co to robiło w komisie?), ma fantastyczną, gotycko-klimatyczną okładkę (nie pierwszy raz kupuję płytę dla samej okładki – swego czasu z podobnej przyczyny kupiłem "The City" Vangelisa i były to najlepiej wydane pieniądze w moim życiu, gdyż okazało się to być jego najgenialniejszym dziełem ever), świetną cenę (20 zł), a przesłuchanie paru fragmentów przed kupieniem dawało nadzieję na coś fajnego (w większości brzmi oczywiście progresywnie, ale czasem zaciąga Future Sound of London, a ja ich bardzo lubię). I tak, wydawszy 40 złotych, wyszedłem zadowolony z dwoma nowymi płytami do płytoteki.

Satellite podobno grali jako support na koncertach Riverside'a, ale muszę przyznać, że chyba podchodzą mi nawet bardziej niż Rzekibrzeg, który niestety zbyt często brzmi pretensjonalnie, a niektóre kawałki są po prostu kiepskie ("Artificial Smile"). Po kilku wstępnych przesłuchaniach muszę stwierdzić, że "Into the Night" brzmi fantastycznie – gotycki klimat okładki bardzo oddaje nastrój utworów, a delikatne melodie gitary i basu, ze świetnym podkładem rytmicznym i wokalem przypominają mi najwspanialszą płytę polskiej muzyki – ukochane przeze mnie po wsze czasy "Kolory" grupy Firebirds. Ogniste ptaki nie tworzą już od dawna, ale ja na płytę w klimacie ich debiutu czekam nieświadomie już od wielu lat, a wszystko wskazuje na to, że mogłem ją dostać właśnie od Satellite. I kto wie, może nawet zaśpiewane po polsku nie brzmiałoby to tak źle...


* oczywiście, że nagrał – choćby wspomniane "Close to the Edge" i późniejsze o rok monumentalne dzieło "Tales from Topographic Oceans" w swoim najlepszym składzie Anderson-Wakeman-Howe-Squire-White.