02 czerwca 2008
Trzy taneczne weekendy
Zdałem sobie sprawę wczoraj, że ostatnie trzy weekendy spędziłem oglądając różnorakie występy taneczne. A jako że były one naprawdę BARDZO różnorakie, a przy okazji wszystkie fantastyczne, czuję się zobligowany przez Sztukę herself do napisania o nich kilku ciepłych słów.
Od razu mówię, że specjalistą w żadnym wypadku nie jestem i będę się wypowiadał bardzo po laicku.
***
Zaczęło się dwa tygodnie temu, 18 maja, koncertem otwierającym krakowski Tydzień Flamenco. Występ miał miejsce w Domu Kultury Solvay i w programie, zanim doszło do samego flamenco zaprezentowane były tańce z różnych stron świata, z których Flamenco czerpie inspirację.
Był to taniec indyjski, tradycyjny, czyli ten świątynno-rytualny. W grupie była krewna Ani, niejaka Jagoda, która była fantastyczna, tak samo, jak reszta grupy - a gdybyście mieli kiedyś okazję taki indyjski taniec zobaczyc, koniecznie to zróbcie - to, co te kobiety wyprawiają z mięśniami (potrafią ruszac dowolnym mięśniem ciała nie ruszając żadnym innym - jeśli myślicie, że to jest łatwe, to spróbujcie) przechodzi ludzkie pojęcie. Wygląda to naprawdę świetnie, choc muzyka i śpiew czasami wwierca się w mózg, a wystrojone, przyozdobione i wymalowane dziewczyny czasem wyglądają wręcz demonicznie.
Drugim występem były tańce cygańskie. Zespół Amare Ciawe, który je przedstawiał, tańczył dopiero od roku i był dośc specyficzny - najmłodsza uczestniczka miała może 5 lat, cała była w cekinach i z racji swojego wieku niewiele więcej na tej scenie robiła, tylko się kręciła, ale i tak była urocza. Najstarsze członkinie natomiast miały lat może 14-15 i widac, że tańczą relatywnie od niedawna - grupa nie miała żadnego konkretnego układu tanecznego - za to umieją świetnie improwizowac i naprawdę dobrze odnajdywały się na scenie. No, i jedna z nich śpiewała cygańskie pieśni i była w tym rewelacyjna.
Trzecim występem był taniec brzucha do muzyki stricte arabskiej. Tańczyła jedna dziewczyna, niejaka Kamila Witalimska, i była naprawdę rewelacyjna, a oglądając jej występ utwierdziłem się w przekonaniu, że tancerka tańca brzucha musi trochę tego brzucha miec, nie może byc idealnie szczupła - i to jest dobre, w dobie chorej pogoni za idealną figurą ludzkośc zapomina, że naprawdę idealna kobieca figura nie musi, a nawet nie może byc tyczką, że kobieta powinna miec trochę ciałka i wcale nie powinna się tego wstydzic. Pod tym względem występ miał bardzo pozytywne przesłanie dydaktyczne :) A że było na co popatrzec, to już dodatkowy atut - jak to mówi Blaze, "łakocie i witaminy".
Na koniec pierwszej części wróciły tancerki indyjskie, teraz jednak tańczyły tańce bollywoodzkie, czyli takie rodem z filmów indyjskich. Nie doczekałem się muzyki z "Czasem słońce, czasem deszcz", ale to tak naprawdę wszystko to samo. Dziewczyny, rzecz jasna, były fantastyczne.
Tak skończyła się częśc pierwsza, a ja, choc byłem tak zachwycony, że dowolny z występów dla mnie mógłby trwac wiecznie, to jednak sobie myślałem, że organizatorzy występu po prostu zebrali co się dało, i podpięli pod to ideologię, że z tego wszystkiego wywodzi się flamenco. Druga częśc występu pokazała mi, że się myliłem.
Jako pierwszy wystąpił zespół Arie Andaluz, który był wszechstronny - grał, śpiewał i tańczył. Także pokazywał pewne korzenie flamenco z muzyce hiszpańskiej i meksykańskiej, ale samo
flamenco wystąpiło tu raczej w graniu i śpiewaniu.
Flamenco w formie tańca pokazał ostatni zespół, klu programu, czyli La Pasion. Dziewczyny były, jak zawsze, rewelacyjne, choc nie tak rewelacyjne, jak im się zdarzało wcześniej (na przykład - niezapomniany występ na Wietora), a moja ulubiona Karolina Kursa była daleka od swojej zwykłej formy (prawdopodobnie dlatego, że kilka dni wcześniej wróciła z Korei i była na niewielu próbach). Ale i tak było na co popatrzec i czego posłuchac, zwłaszcza w drugiej części występu, gdzie za muzykę służył tylko wygrywany przez Kaję Będkowską rytm na cajonie, magicznym bębenku do flamenco (w którym zakochał się Viggen).
Generalnie cały koncert był fantastyczny i, jak powiedziałem, dowolny jego fragment by wystarczył za cały występ i było w czym wybierac, a występ flamenco w drugiej części niósł ze sobą echa wszystkich źródeł, zaprezentowanych w części pierwszej - muzyki indyjskiej, cygańskiej, bałkańskiej i arabskiej. I nawet nie najwyższa forma La Pasion (i Karoliny Kursy) nie był w stanie zatrzec tego obrazu.
***
Tydzień później zostałem przez Lucy zaproszony na jubileusz 35-lecia Zespołu Tańca Ludowego "Krakowiak". Lucy tam występowała, a razem ze mną na widowni siedział Luke, który sam tańczył ludowo przez dobrych 8 lat swojego życia, i gdyby nie jego obecnośc i "komentarze z offu", prawdopodobnie nie byłbym w stanie docenic tak bardzo tego występu. A dzięki niemu, jego znajomości tego wszystkiego, oraz dzięki ogólnemu biesiadnemu nastrojowi na scenie i na widowni mnie także udzielił się ten klimat i bawiłem się przednio.
Lucy zatańczyła w Lublinie i na końcu, w Krakowiaku, a ze wszystkich zaprezentowanych tańców najbardziej porywające były tańce górali żywieckich (chłopaki z laskami rządzą) oraz tańce sądeckie - rewelacja. Naprawdę, takie występy przekonują, że flamenco flamenkiem, ale nasz folklor jest wcale nie gorszy i nie mamy się zupełnie czego wstydzic.
***
A wczoraj byliśmy na występie tańca nowoczesnego. Zaprezentowały się dwa zespoły: Flesz Dance, wywodzący się z tańca cheerleaderek, oraz teatr tańca Forma. Ten pierwszy to był taki "support" na początek i na koniec imprezy. Dziewczyny tańczyły do muzyki z Matrixa, do disco, house i hip-hopu, i generalnie niby wszystko fajnie - ruszają się dobrze, rytmicznie, muzyka ogólnie znośna (oprócz tych momentów, gdy jest nieznośna), ale ogólne wrażenie takie, że przed takim czymś, co one zaprezentowały, ja uciekam, nie oglądając MTV.
Na szczęście przyszły dziewczyny (i jeden chłopak) z grupy Forma (w której tańczy nasza koleżanka Karolina, ale o niej jeszcze będzie) i pokazały klasę, do której pięt nie dorastają (wiem, że to jakiś zawiły błąd frazeologiczny) dziewczyny z Flesz Densu. Cztery przedstawienia teatralno-taneczne:
* "Baby", do genialnej muzyki Kapeli Ze Wsi Warszawa, stanowiły kwintesencję polskiej ludowej kobiecości (tchnęło to klimatami przyśpiewek z zeszłotygodniowego występu Krakowiaka) i były po prostu rewelacyjne. Tańczyła tu też wspomniana Karolina, ale o niej jeszcze będzie.
* "Zwierciadło" opowiadało historię trzech kobiet, które w zwierciadle oglądają swoje pragnienia: jedna, twarda kobieta biznesu, chciałaby był bardziej wyluzowana i dziecinna, druga, starsza pani, chciałaby byc młoda, a trzecia, nieśmiała, chciałaby byc ostrą laską. I właśnie tą ostrą laską była Karolina, która nas po prostu zwaliła z nóg tym, jak wyglądała w czerwonej sukni, i jak tańczyła.
* "Ad Libitum" było jakieś odjechane - muzyczny punktualizm, który ilustrował pierwszą częśc tego tańca, nie jest tym, co w muzyce lubię, dopiero w drugiej części muzyka zrobiła się normalna, coś zaczęło się dziac, i było jakby lepiej, ale bez rewelacji.
* "Cz@towanie na miłośc" na koniec opowiadało o parze, która poznaje się na czacie. Była to częśc najbardziej teatralna, a dziewczynę odgrywała znów Karolina, która ze swoją mimiką i teatralnością gestów była naprawdę przeurocza. Jedyny facet w zespole, który tutaj wystąpił, też był świetny, a końcówka - choc ja wiedziałem, że tak będzie - dośc przewrotna. Ogólnie - rewelacja.
***
Wyczerpałem już chyba asortyment tańców do oglądania na najbliższy czas, ale każde doświadczenie z ostatnich trzech weekendów mnie wzbogaciło i zostawiło ślad, który nie przeminie. Polecam taką rozrywkę, bo to - znów zacytuję Blejza - "łakocie i witaminy", i balsam dla oczu, i dla uszu, i dla duszy.
07 maja 2008
Sens życia
Za każdym razem, gdy napotkam pytanie o sens życia, odpowiadam, że pytanie o to nie ma sensu –zamiast siedzieć i się zastanawiać należy po prostu żyć z sensem.
I już. Koniec problemu. Nie bardzo rozumiem, czemu filozofowie dysputują na ten temat od wieków czy nawet tysiącleci. Zresztą ostatnio natknąłem się na tą samą odpowiedź, tylko ujętą jeszcze zwięźlej i sprytniej, w piosence "The Sixth Extincion" z najnowszego albumu Ayreona:
The meaning of life is to give life meaning
Proste.
No, to jak główny problem egzystencjonalny mamy załatwiony, to niech ktoś mi wytłumaczy, o co chodzi z tym pieprzonym drzewem w tym pieprzonym lesie, co to upada i krzyczy bądź nie krzyczy? Bo znowu nie rozumiem, o co się sprawa rozchodzi, a to pewnie jest równie proste, tylko znowu filozofowie jakoś uparcie nie chcą na to wpaść.
04 maja 2008
JavaFX – WPFie, strzeż się!
Jakiś czas temu dostałem w pracy za zadanie rozeznać się w pewnej nowej technologii, jaką jest JavaFX. Nie, źle zacząłem, mały flashback...
Na jesieni zacząłem uczęszczać na spotkania AGieHowej Grupy .NET z zamiarem poznania tej technologii oraz zabrania się za C#, co by nabrać doświadczenia i mieć atuty przy szukaniu pracy, do którego się przymierzałem. Spotkania te zbiegły się w czasie z wydaniem .NETa w wersji 3.5, który posiadał wszystkie te W_F-y , a przede wszystkim WPF, czyli Windows Presentation Forms.
WPF zostało nam zademonstrowane przez jednego z szefów koła naukowego, prawdziwego entuzjastę tej technologii. Dla tych, co nie wiedzą – WPF wprowadziło zupełnie nowatorskie podejście do budowania graficznych interfejsów użytkownika: zamiast pieczołowitego układania formatek i kontrolek na okienku (jak dotychczas w Visual C++ oraz w NetBeansie) albo karkołomnego i – nie ukrywajmy – upierdliwego korzystania z różnych layoutów w Javie, tutaj opis wyglądu aplikacji sprowadzał się do ujęcia wszystkiego w XMLowym dokumencie z formacie XAML. Dawało to ogromne możliwości – nie było specjalnie ograniczeń co do zawartości kontrolek (elementem menu mógł być obrazek, a na przycisku mógł zostać wyświetlony filmik), ponadto wszystko było renderowane sprzętowo, przez co było naprawdę szybkie, można było zastosować mnóstwo efektów (gradienty, przezroczystości, deformacje), a na koniec – niektóre wartości można było zbindować z innymi, dzięki czemu część funkcjonalności można było zawrzeć w samej warstwie prezentacji, nie ruszając w ogóle prawdziwego, podpiętego pod to wszystko kodu.
A wisienką na szczycie tego tortu, jakim był WPF, była możliwość tworzenia obiektów trójwymiarowych, na których ścianach umieszczać można kontrolki. Bajer bajera bajerem pogania, dosłownie.
No, ale smutna codzienność doprowadziła do tego, że nigdy nic nie napisałem w siszarpie (najbardziej odstraszały mnie tzw. Małe różnice – wyobrażałem sobie, że siadam do napisania najprostszej siszarpowej aplikacji, i wykładam się na pierwszej linijce – bo co mam napisać? Include? Import? Czy jeszcze co innego?) i doszedłem do tego punktu w życiu każdego młodego człowieka, że musi się określić (hetero- czy homo-? Lewica czy prawica? Coca-cola czy pepsi?) i ja też wtedy się właśnie określiłem, wyszedłem z szafy i powiedziałem głośno: JESTEM JAVOWCEM. Potem znalazłem pracę (albo praca znalazła mnie) i tak już zostało.
A teraz nasz klient zapragnął przebudować warstwę prezentacji pewnej dość skomplikowanej aplikacji, którą rozwija (często z pomocą kolegów z naszej firmy) i szukał do tego jakiejś technologii. Generalnie najbardziej zależało mu właśnie na czymś takim, czego dostarcza wspomniany WPF (czyli kontrolki GUI na obiektach 3D), ale koniecznie w Javie. Pobawiłem się więc nieco JOGLem, Javą 3D oraz LWJGL (bodajże) i doszedłem do wniosku, że to jest nie do zrobienia. A wtedy on podrzucił mi – jako zamiennik – właśnie Javę FX. Przechodzę więc do meritum notki.
Java FX jest bardzo nową technologią, wciąż w fazie rozwoju i testowania. Służy ona mniej więcej temu samemu, co WPF, czyli tworzeniu interfejsów graficznych, jednak podejście ma nieco inne. Przede wszystkim do opisu komponentów nie używa żadnej odmiany XMLa, a własnego języka skryptowego JavaFX Script, który z wyglądu przypomina trochę JavęScript. Od strony funkcjonalnej JavaFX polega na wymieszaniu technologii Java2D ze Swingiem – i to w obie strony, co daje możliwości takie same, a może większe, niż WPF (tutaj także wszystko jest komponentem, płótno Javy2D może zawierać kontrolki Swinga, a kontrolki mogą zawierać elementy graficzne). Ponadto możliwa jest nie tylko grafika statyczna, a też dynamiczna (animacje), mnóstwo różnych efektów graficznych (jak w WPFie – deformacje, przezroczystości, gradienty...), rewelacyjne możliwości bindowania wartości oraz – co najważniejsze – możliwość pisania kodu w samym JavaFX Scripcie, dzięki czemu można napisać całą aplikację, nawet dosyć skomplikowaną, bez używania niczego z prawdziwej Javy. Zainteresowanym polecam obejrzenie paru przykładowych aplikacji tutaj: https://openjfx.dev.java.net/downloads.html#demos.
Technologia nadal jest tworzona i daleka jest jeszcze od finalnej wersji. Twórcy zapowiadają jeszcze więcej możliwości – nawet, jak w WPFie, możliwość tworzenia obiektów trójwymiarowych. Już teraz z jej pomocą można tworzyć bardzo ładne aplikacje o szerokich zastosowaniach – technologia nadaje się zarówno do aplikacji desktopowych, jak i appletów, stron internetowych oraz do wykorzystania na urządzenia mobilne. Pozwala wykorzystywać grafikę rastrową z plików, a także generować grafikę wektorową (kapitalną sprawą jest aplikacja do przetwarzania plików w formacie SVG na kod w JavaFX Scripcie – przejrzyjcie sobie wspomniane dema). Działa bardzo sprawnie (choć nie wiem, czy korzysta z renderowania sprzętowego) i wygląda wręcz świetnie – możliwość stworzenia programu z warstwą prezentacji napisaną w Javie FX z podpiętą pod nią logiką biznesową napisaną w Javie powoduje u mnie przyjemny dreszczyk podniecenia ;)
Ja osobiście nie mogę sie doczekać, aż będzie w ogólnym użyciu, bo pisanie w tym to prawdziwa przyjemność. Takiej frajdy nie miałem już dawno.
03 maja 2008
Wieści ze świata filmu – maj 2008
Na podstawie majowego numeru FILMu, a dokładnie – jego pierwszych kilku stron. Poczytam dalej, to pewnie i dopiszę więcej.
Ridley Scott ("Gladiator", "Thelma i Louise", "American Gangster", "Legenda", "Obcy", "Blade Runner" – naprawdę muszę tłumaczyć, czemu to najzajebistszy reżyser świata?) w następnym swoim filmie opowie nam historię Robin Hooda. Główną rolę ma zagrać Russel Crowe. Będzie to ich bodaj czwarty wspólny projekt.
***
"Valkyrie", nowy film z Tomem Cruisem, przedstawiający kulisy nieudanego zamachu na Hitlera, boleśnie się opóźnia (premiera miała być w maju, potem w październiku, na razie będzie w lutym 2009, a może jeszcze później), co nie wróży dobrze filmom (zwykle oznacza to, że zebrał kiepskie oceny na pokazach próbnych i będzie przemontowywany albo wręcz będą dokręcane sceny).
***
Kręcą znowu "Wichrowe Wzgórza", po raz siedemnasty (i nie jest to taki figer of spicz – naprawdę będzie to około siedemnasta ekranizacja). Rolę Cathy ma zagrać Natalie Portman. Poprzednio grała ją Juliette Binoche, a Heathcliffa zagrał Ralph Fiennes, najfajniejszy aktor świata.
***
Drugi najfajniejszy aktor świata, Edward Norton ("Fight Club", "American History X") w tym miesiącu pojawi się w filmie "Incredible Hulk", o czym zapomniałem wspomnieć wczoraj, przy okazji pisania o filmach komiksowych – widziałem trailer i dochodzę do wniosku, że Hulk to taki Hamlet świata amerykańskich opowieści obrazkowych, bo grają go zawsze świetni aktorzy (w ekranizacji Anga Lee z 2003 roku był nim Eric Bana), którzy chyba chcą tchnąć w zielonego potwora nieco człowieczeństwa. Szkoda tylko, że niezły trailer zakończył się zapowiedzią walki potworków, podobnej do opisywanej wczoraj walki egzoszkieletów, która jednak będzie dłuższa i, obawiam się, nudniejsza. Pamiętacie walkę Neo z Agentem Smithem w ostatnim Matriksie? Przecież tego nie szło wytrzymać, a jednak były to postacie (przynajmniej z wyglądu) ludzkie...
***
Innego potworka, prezydenta George'a W. Busha, Jr. w filmie skandalisty Olivera Stone'a zagrać ma Josh Brolin (ostatnio znany z "To nie jest kraj dla starych ludzi" braci Coen). Stone, który ostatnio trochę zatracił swój pazur ("WTC", "Aleksander"), może wróci do formy.
***
Pod adresem www.polskaszkolafilmowa.pl uruchomiono serwis, w którym dostępne są najbardziej klasyczne polskie dzieła filmowe. W tej chwili jest ich pięć (w tym "Kanał", "Popiół i diament" czy "Ostatni dzień lata" Konwickiego), a ma być ich w sumie 20 (m.in. "Pętla" Hasa czy genialna "Eroica" Munka), a potem może jeszcze więcej. Filmy można pobrać za cenę od 3 do 6 zł i obejrzeć w ciągu 72h (potem będzie trzeba znów zapłacić) – coś jak internetowa wypożyczalnia. Jak jestem wrogiem całego DRMu (w znaczeniu "nikt nie będzie mi mówił, czego, kiedy i na czym mogę lub nie mogę słuchać lub oglądać"), tak ta inicjatywa podoba mi się niezmierne, bo daje wszystkim chętnym bardzo wygodny dostęp do prawdziwych perełek za naprawdę rozsądną cenę (porównywalną przecież z normalnymi wypożyczalniami VHS czy DVD).
***
Zacząłem od najzajebistszego reżysera świata, na koniec zostawiłem sobie najgorszego, a chcę podkreślić tą informację, bo to ważne jest bardzo – Uwe Boll, pożal-się-Boże-twórca ekranizacji gier komputerowych jak "Far Cry", "Bloodrayne" i "Alone in the Dark" (tej profanacji gościowi nie wybaczę), obiecał, że przestanie kręcić filmy, jeśli poprosi go o to milion osób. W Internecie jest więc petycja – pod adresem http://www.petitiononline.com/RRH53888/petition.html, aktualnie widnieje pod nią 232496 podpisów. Proszę, podpiszcie i wy, to bardzo ważne, tu chodzi o życie i zdrowie psychiczne milionów widzów i fanów gier komputerowych, które ten podły, przekonany o swoim geniuszu człowiek tak niemiłosiernie katuje, wypacza i molestuje, zaspokajając swoje niezdrowe żądze i wyobrażenia o swojej wartości i swoich umiejętnościach, gdy próbuje przenieść je na srebrny ekran.
Proszę, zróbcie to dla przyszłości kinematografii, żeby nie umarło marzenie o Dobrej Ekranizacji Gry Komputerowej!
02 maja 2008
„Iron Man” i kino komiksowe
Wróciłem właśnie z kina z filmu "Iron Man" z Robertem Downeyem, Jr. w roli tytułowej oraz Gwyneth Partlow (tak dawno jej nie widziałem, że przez cały film zachodziłem w głowę, kto to jest – niby podobna do Kirsten Dunst, ale jednak jakby ładniejsza) i Jeffem Bridgesem (tego z kolei podejrzewałem, że jest Williamem Hurtem – co się ze mną dzieje? ;) Wyszedłem z filmu zadowolony – nie oszukujmy się, że jest to głębokie arcydzieło, ale w swoim gatunku filmów komiksowych, prezentuje się bardzo dobrze. Ale co to właściwie znaczy "film komiksowy"?
Jako fan i domorosły znawca zagadnień popkultury poświęciłem temu zagadnieniu trochę czasu, badań i rozmyślań, i doszedłem do wniosku, że określenie to nie jest wcale takie jednoznaczne. Taki np. William Goldman, którego bardzo cenię (o czym już pisałem) określa mianem "filmów komiksowych" dzieła, w których uwaga skierowana jest i skupiona wokół nieskrępowanej akcji i przygody (niestety, nie zacytuję jego definicji dokładnie, bo nie posiadam książki "Przygody scenarzysty" na własność, ale stamtąd właśnie ja zaczerpnąłem). Wymienia wśród przykładów takie klasyki jak "Gunga Din" albo "Karmazynowy pirat" oraz nowsze filmy – "Gwiezdne Wojny", "Indianę Jonesa" (weźmy poprawkę na to, że książka ta została wydana w 1983 roku), ale także np. "Blade Runnera", co nieco podważa całą definicję (inna sprawa, że to było świeżo po premierze, a ten film nie od razu został odpowiednio odebrany).
Ja, po rozważeniu i obejrzeniu tematu z wielu stron, doszedłem do wniosku, że słowo "komiksowy" w odniesieniu do filmu może oznaczać trzy różne rzeczy:
- Najprostsze do zrozumienia są filmy komiksowe ze względu na pochodzenie (nazwijmy je O-komiksowe, od "origin"), czyli filmowe adaptacje komiksów. Właściwie nie powinienem tutaj ograniczać, że mają to być komiksy amerykańskie, czy nawet – jeszcze bardziej zawężać, i stwierdzać, że tylko amerykańskie o superbohaterach. Od tego jest następna kategoria. Filmy O-komiksowe to po prostu adaptacje powieści obrazkowych – przykładami mogą być np. "Historia przemocy" czy "Droga do Zatracenia", albo – spoza amerykańskiego podwórka – filmy Enki Bilala ("Immortal", "Tykho Moon") albo duży odsetek japońskich anime, powstałych na bazie mang (choć tutaj obraz może zaburzać fakt, że to jest animacja, nie filmy aktorskie).
- Drugą kategorią, zapowiedzianą powyżej, są filmy komiksowe ze względu na tematykę (T-komiksowych), czyli właśnie filmy o superbohaterach na modłę (ale nie tylko) tych amerykańskich – Superman, Spider-man, Batman, Kapitan Ameryka, Iron Man, X-Men.... wyliczać tu można w nieskończoność. Ale zauważyć trzeba, że tu chodzi tylko o tematykę, czyli opowiadać mają one o superbohaterach, natomiast niekoniecznie muszą powstać na bazie komiksu czy konkretnych bohaterów – dobrymi przykładami są np. "Iniemamocni" czy "Niezniszczalny" Shyamalana. Ten ostatni film jest szczególnie ciekawym przypadkiem filmu, który należy tylko do tej kategorii, nie należąc ani do poprzedniej, ani do następnej...
- ...którą jest kategoria filmów komiksowych ze względu na konwencję (C-komiksowych), albo, jak kto woli, poetykę. Tej definicji jest najbliżej do definicji Goldmana – chodzi tutaj o filmy, postawione na akcję, i to akcję dość specyficzną, co najmniej trochę odrealnioną, oderwaną od rzeczywistości. Nie chodzi tutaj nawet o istnienie supermocy czy niesamowitych wynalazków, co o pewną dowolność w interpretacji rzeczywistości. Tylko, że ja osobiście bym definicję Goldmana nieco zawężył i nie zaliczał do tej kategorii wszystkich filmów przygodowych jak leci – np. nie pasuje mi tutaj ani Indiana Jones, ani "Gwiezdne Wojny", ani "Powrót do przyszłości" (innymi słowy – nie stawiam znaku równości pomiędzy filmem komiksowym a Kinem Nowej Przygody). Dla mnie filmy C-komiksowe to filmy, które nie są ekranizacją komiksu, ale spokojnie mogłyby być (np. "Van Helsing" czy "Sky Captain and the World of Tomorrow"), bo posiadają pewną dozę odrealnienia, na którą nie pozwalają sobie nawet beztroskie filmy przygodowe (czyt. bywają głupie takie, że Jezus).
Mało który film należy tylko do jednej z powyższych kategorii – wspomniane powyżej tytuły ("Historia przemocy", "Niezniszczalny", "Van Helsing") są takimi właśnie wyjątkami. "Iniemamocni" przedstawiają szerszą grupę filmów, które łączą dwie z trzech podanych kategorii (w tym wypadku są komiksowe pod względem tematyki i konwencji); niektórzy twórcy ekranizacji komiksów o superbohaterach starają się także wykluczyć ze swoich dzieł ostatnią kategorię i zrobić dzieło mniej rozbuchane, a bardziej ludzkie, co wychodzi im ze skutkiem mniejszym ("Hulk" Anga Lee) czy większym ("Batman – Początek" Christophera Nolana). Filmy, które należą do wszystkich trzech kategorii – przykłady są zbyt liczne, by je wymieniać – to są właśnie te najczystsze filmy komiksowe, i to właśnie do tej kategorii zalicza się dzisiejszy "Iron Man".
W tej kategorii jest on naprawdę bardzo fajny – mamy Tony'ego Starka (Robert Downey, Jr.), prawdziwą gwiazdę wśród producentów broni, który zostaje schwytany przez afgańskich terrorystów, którzy karzą mu zbudować dla siebie superbroń. On, zamiast budować im rakiety, buduje sobie stalowy kostium z mnóstwem broni oraz rakietą, która pozwala mu zwiać z ich obozu. Będąc w ich niewoli, pod wpływem współwięźnia i pomocnika przeżywa przemianę (wiarygodną) i po powrocie do cywilizacji postanawia rzucić w diabły produkcję broni, i całą energię poświęca stworzeniu takiego samego kostiumu, tylko już pełnego technicznych bajerów. I bardzo dobrze, bo okaże się, że jego współpracownik (który stał tak naprawdę za jego porwaniem) zdobędzie plany i na ich podstawie zbuduje sobie też taki egzoszkielet i postanowi się zabawić kosztem niewinnych cywilów.
Film jest idealnie wyważony pomiędzy akcją, humorem i powagą, dotyka paru poważnych tematów, ale nie wpada w obrzydliwy patos, którym rzyga każdy, kto widział dowolnego "Spider-mana". Fantastycznie poprowadzony jest wątek chemii pomiędzy Downeyem a jego asystentką Gwyneth Partlow, bardzo fajną postacią jest też jego kumpel z armii (Terrence Howard) i pewien śmieszny agent organizacji o przydługiej nazwie "Strategic Homeland Intervention, Engagement and Logistics Division" (dopiero na końcu skracają ją do SHIELD; nie czytałem nigdy komiksów o Iron Manie, ale spodziewam się, że jako że Stark zaczął z nimi współprace na końcu filmu, to pewnie doczekamy się kontynuacji). Najsłabszą sceną filmu jest ta, na którą – tak myślę, ale jako, że nie jestem fanem ani żadnego nie znam, to nie wiem – czekali pewnie wszyscy miłośnicy Iron Mana, czyli scena pojedynku egzoszkieletów. Niestety, walka dwóch maszyn (czy też zakutych w maszyny ludzi, to naprawdę bez znaczenia), która polega na rzucaniu sobą nawzajem w ściany budynków, albo rzucaniu w siebie samochodami, czy wreszcie ostrzeliwanie się z różnych wypasionych broni, za bardzo pachnie mi "Transformersami" (zwłaszcza dokładając do tego te tubalne, metaliczne głosy, jakimi panowie do siebie przemawiają z wnętrz kombinezonów). Na szczęście scena jest dostatecznie krótka, a Dobry załatwia Złego nie brutalną siłą, a Sprytem i Sposobem.
Downey, jako wielki fan Iron Mana zapowiedział, że jak będzie trzeba, zagra nawet w 15 częściach historii o egzoszkielecie. Może 15 to nieco za dużo, ale ja nie mam nic przeciwko jeszcze kilku. Naprawdę jest to kawałek akcji na niezłym poziomie i nie żałuję, że obejrzałem to na dużym ekranie, co polecam też wszystkim, którzy lubią kino komiksowe ze wszystkimi tego aspektami.
O wyższości wtyczek nad kombajnami
W odpowiedzi dla Leszcza i Xavexa - tyle tych notek naprodukowaliście, że odpowiadanie w komentarzach nie ma sensu, muszę to wszystko zebrać ;)
Ja też kiedyś nie lubiłem Eclipse'a, z dokładnie tej samej przyczyny, z której trzymałem się na dystans of Firefoksa i bałem się Linuksa - z wygody, o której wspominasz w sąsiedniej notce. Po prostu wolałem programy-kombajny, które sie raz zainstaluje i mają w sobie wszystko: NetBeans do Javy, Opera do internetu oraz Windows jako system operacyjny.
Teraz jednak powoli przekonuję się do aplikacji opartych na wtyczkach. Tak samo, jak Ty, Leszczu , przekonałeś sie do C# "bo tak się w życiu ułożyło", tak ja z podobnych przyczyn się przekonywałem do wspomnianych narzędzi: z prawdziwym bólem serca przerzuciłem się z Opery na Firefoksa, gdy okazało się, że aplikacje Google'a, z których korzystam coraz szerzej, z Operą za nic nie chcą współpracować. Ale gdy to zrobiłem, natychmiast poszukałem całej masy wtyczek, które nadają Firefoksowi funkcjonalność, za jaką pokochałem Operę:
- All-In-One-Sidebar – operowy pasek z lewej strony, zawierający wszystko, co istotne (skróty, historię, pobierane pliki, wtyczki...) na wyciągnięcie jednego kliknięcia;
- All-In-One-Gestures – z gestów myszy zacząłem tak naprawdę korzystać po przeczuceniu się na firefoksa;
- Download Statusbar – świetny manager pobierań, zamiast tego pieprzonego firefoksowego okienka;
oraz wiele innych, które od tego czasu odkryłem, a których nie ma nawet w samej Operze, a ja nie wyobrażam sobie teraz bez nich życia:
- Delicious Bookmarks – najważniejszy ze wszystkich dodatek, niezbędne narzędzie w momencie, gdy posiadam dwa komputery po dwa systemy na każdym, plus jeden w pracy, a do tego często korzystam z obcych komputerów, np. na zajęciach na studiach. Pozwala ono przechowywać swoje zakładki w jednym miejscu w sieci – na koncie na stronie http://del.icio.us – i mieć do nich dostęp poprzez stronę z każdego miejsca na świecie, a na własnej maszynie ten dostęp jest jeszcze prostszy dzięki tej właśnie wtyczce, połączonej ze wspomnianą All-in-One-Sidebar;
- Tab Mix Plus – kapitalne narzędzie, rozszerzające funkcjonalność zakładek (np. wyświetlanie ich w wielu rzędach);
- Web Developer i Firebug - potężne narzędzia developerskie.
Do tego stopnia sie już na ognistego lisa przestawiłem, że zwyczajnie nie potrafię już wrócić pod Operę, choć próbowałem.
Z Eclipse'a zacząłem korzystać, bo z niego korzystamy w pracy, i też pracę z nim zawsze rozpoczynam od pobrania potrzebnych mi wtyczek (Subclipse, Maven Integration) i może nie jest to łatwe, ale za to jakie daje możliwości – sam pisałeś o kapitalnych udogodnieniach developerskich, jakich to środowisko dostarcza. A jeśli chodzi o zasobożerność – czy Vista, przepraszam bardzo, nie jest zasobożerna? Nie jest, pod warunkiem, że się ma tych zasobów w ch*j ;)
Linuksa spróbowałem z przyczyn studyjnych, poza tym powiedziałem sobie, że kiedyś trzeba, ale o tym już pisałem.
A teraz pojawiło się to całe IE7Pro, które w znaczący sposób, jak piszecie, udoskonala działanie przeglądarki Microsoftu, ale tak, jak nie potrafię już wrócić do Opery, tak wątpię, żeby mi się chciało bawić z Explorerem od nowa.
27 kwietnia 2008
“Nie kupuję płyt w ciemno”, czyli Prawo Autorskie a Kohabitacja
Gadałem właśnie z Grzesiem na tematy okołomuzyczne, a dokładnie – na temat kupowania płyt. Widzicie, ostatnio (od kiedy zacząłem zarabiać) wydaję strasznie dużo kasy na płyty. Naprawdę dużo – jak kiedyś z wielkim bólem serca (i portfela) zdarzyło mi się kupić jedną płytę na trzy miesiące, tak tylko dzisiaj kupiłem ich pięć (dwie w sklepie internetowym Rock Service, dwie w Cornerze, jedną na Allegro). Ale mimo wszystko kupuję i tak tylko te płyty, które Bardzo Chcę Mieć. A to, że je bardzo chcę mieć, wiem po tym, jak je już przesłucham, często wielokrotnie. A przesłuchuję, rzecz jasna, z empetrójek, podczas gdy Grześ kupuje płyty, owszem, znanych i sprawdzonych przez siebie wykonawców, ale jednak same płyty zna tylko z jednego czy dwóch singli (które słyszał na Youtube) albo nie zna ich w ogóle i kupuje w ciemno.
I taka mnie refleksja naszła w trakcie tej rozmowy – prawie olśnienie. Przyrównałem sobie tą sytuację do tematu, który poruszałem kilka miesięcy temu, mianowicie – mieszkania razem przed ślubem. Oraz generalnie tego, jak zmieniło się zarówno podejmowanie decyzji matrymonialnych na całe życie i poznawanie i kupowanie muzyki przez ostatnich kilkadziesiąt lat.
Kiedyś słyszało się w radiu jeden albo kilka singli z nowej płyty i na ich podstawie szło się (albo się nie szło) kupić płytę. Sam tak robiłem w czasach, kiedy sie jeszcze nie znałem za bardzo na muzyce – kasety kupowałem wtedy, gdy z radia znałem co najmniej dwie piosenki, które mi się podobały. Nie powiem, to był niezły system – dzięki temu kupiłem kilka prawdziwych pereł (np. Genesis "Calling All Stations" czy U2 "Pop"), a przejechałem się tylko kilka razy (Texas "The Hush", kilka soundtracków, choć to można zwalić na moją ówczesną nieznajomość delikatnej materii muzyki filmowej).
To był muzyczny odpowiednik randkowania, które kończyło się decyzją o ślubie. Decyzji podszytej ryzykiem – czy będę zadowolony, gdy poznam wszystko to, czego nie znałem, słuchając tylko singli w radiu? Czy może sie przejadę, rozczaruję, nie posłucham tej płyty już nigdy więcej? Albo będę omijał nielubiane kawałki? Wtedy może mnie to zadowalało, ale teraz, gdy odkryłem Jedyną Słuszną Muzykę, której nie słucha się piosenkami, ale całymi albumami, które stanowią więcej niż sumę pojedynczych utworów, takie coś już nie wystarcza. Przeskakiwanie utworów nie jest rozwiązaniem. Jedna słaba piosenka może rzucić się cieniem na odbiór całości ("In the Court of the Crimson King" albo "Innuendo" Queena – gdybym się ożenił z "Innuendo", byłbym bardzo nieszczęśliwy ;).
A przecież – teraz to wiem – istnieją genialne płyty, absolutne arcydzieła, które stanowią doskonałą całość, których mogę słuchać w kółko, które mają w sobie ogromną głębię, odkrywaną przeze mnie wciąż na nowo, poznaną już ze wszystkich stron, ale wciąż potrafiącą zaskoczyć i zachwycić. Są takie płyty, ale żadnej z nich nie poznałem i nie poznałbym tradycyjną, "radiową" metodą albo moją "dwie fajne piosenki = fajna płyta". Odkryłem je dzięki empetrójkom ściągniętym po chamski z sieci. Znalazłem płytę – czasem ktoś mi ją polecił, czasem zasugerowałem się wykonawcą, stylem, czasem, miejscem powstania, czasem nawet okładką, a czasem zupełnie waliłem w ciemno – i okazało się, że jest to coś wspaniałego, że jest to doświadczenie dające mi ogromną radość w odpowiedzi na moje emocjonalne zaangażowanie. Słuchałem więc tej płyty i coraz bardziej się w niej zagłębiałem, wiedząc, że nigdy bym jej w inny sposób nie poznał. A wtedy, gdy po milionie przesłuchań płyta nie przestawała mnie zachwycać, podejmowałem decyzję o kupieniu jej. I choćby nie wiem, jak płyta była egzotyczna czy trudna do dostania – musiałem ją mieć, bez względu na koszty. To była właśnie przemyślana decyzja o małżeństwie z płytą, z którą żyłem już jakiś czas. Czasem miłość wymagała dużo poświęcenia i wzajemnego poznawania i dużo cierpliwości, zanim się odkryło te wszystkie cudowne cechy – jak z "Dark Side of the Moon" albo "Close to the Edge" – a czasem była dzika i namiętna, jak "Misplaced Childhood" albo ostatnio "No World for Tomorrow".
Tak to teraz wygląda. Można się z tym nie zgadzać, można twierdzić, że to jest zła droga, ale ja z doświadczenia wiem, że nawet jeśli kiedyś jakaś płyta poznana w radiu mnie tak niesłychanie zachwyciła, to jednak najwspanialsze poznałem w ten "zakazany" sposób. Doprawdy, nie wiem, jak kiedyś ludzie poznawali muzykę – w czasach Floydów, Gentle Gianta czy Genesis. W tamtych przypadkach rolę singli odgrywały koncerty, a czasem niektóre stacje radiowe (były takie) puszczały całe płyty albo obszerne ich fragmenty. Czasem impulsem mogła być sama okładka (sam tak kupiłem np. "The City", najlepszą płytę Vangelisa, albo ostatnio "Into The Night" Satellite), ale na tym też można się przejechać (to, że na okładce widnieje naga Shakira o alabastrowej cerze albo trzy seksowne Murzynki w skąpym stroju nie znaczy, że zawartość się do czegokolwiek nadaje, nie?). Tak czy inaczej, kupienie płyty zawsze było jakimś ryzykiem.
Śluby kiedyś były aranżowane przez rodziny (w większej części świata nadal są) i dyktowane względami materialnymi, politycznymi czy kulturowymi, a małżonkowie poznawali się dopiero po ślubie, i nikt sie z rodziny nie zastanawiał, czy oni będą ze sobą szczęśliwi. W sytuacjach, kiedy narzeczeni spotykali się ileś razy, w sytuacjach obleczonych konwenansami, z przyzwoitkami i w kontrolowanych przez otoczenia warunkach – nie mogli się nigdy poznać wystarczająco, żeby wiedzieć, że będą ze sobą szczęśliwi. Bardzo niedawno dopiero przyszła rewolucja, jedna z drugą, która zmieniła postrzeganie tej dziedziny życia – i teraz ludzie sami ustalają reguły i na pierwszym miejscu stawiają swoje szczęście i pod tym względem próbują sie dopasować z drugą osobą na całe życie (pomińmy w tej chwili smutny temat powszechności rozwodów i tego, jak to w dzisiejszych czasach przysięgi małżeńskie tracą na znaczeniu). Analogiczna rewolucja przychodzi teraz w muzyce – kupuje się te płyty, które się poznało wystarczająco (czasem jedno przesłuchanie wystarczy, żeby pokochać, czasem kilka, a czasem potrzeba kilku lat), ale gdy się już tak właśnie poznało i pokochało, kupuje się je no matter what, a wtedy
pozostają one już na zawsze.
Analogie można ciągnąć w nieskończoność. Ktoś może powiedzieć, że niebezpieczeństwem wspólnego mieszkania przed ślubem jest to, że ten ślub nigdy nie nadejdzie, że para tak dobrze będzie się czuła w dzieleniu ze sobą codzienności bez ślubu, że nie poczuje potrzeby sformalizowania związku. A ja to widzę tak, że mogę słuchać muzyki z empetrójek, poznawać ją i sie nią cieszyć w tej formie, ale zawsze będzie to plik na dysku, i to na dodatek w jakichś 192 kilobitach na sekundę – a jak kupię płytę, będę miał piękny krążek z muzyką wspaniałej jakości i na dodatek w ładnym pudełku z książeczką z obrazkami.
Ktoś inny może powiedzieć, że takie wspólne mieszkanie nie wzmacnia wcale związku, że jest to tak nieformalne, że dopuszcza nawet w pewnym stopniu rozwiązłość partnerów. Ja to natomiast widzę tak, że nowa płyta, której single są puszczane aktualnie w radiu, i którą ktoś po ich usłyszeniu kupi, za jakiś czas przebrzmi i zastąpi ją następna nowość ze swoimi singlami, którą być może ten ktoś wtedy będzie chciał kupić, a do tej pierwszej być może już nie wróci, więc doprawdy nie wiem, co jest większym niebezpieczeństwem.
Ktoś może powiedzieć, że decyzja o ślubie po mieszkaniu razem też może być nie do końca przemyślana albo poparta jakimś oszukiwaniem siebie samego lub siebie nawzajem. Jasne, ja też mogę na playliście w winampie zmienić kolejność piosenek albo wręcz wywalić te, których nie lubię – ale to by było takie właśnie oszukiwanie siebie. Decyzję o tym, czy to robić, czy nie, każdy musi podjąć w zgodzie z własnym sumieniem.
Wreszcie - ktoś może powiedzieć (i nawet powiedział) że małżeństwo poprzedzone kohabitacją ma większą szansę na zakończenie się rozwodem – ale przecież nie po to kupuje się płytę, żeby jej nigdy więcej nie słuchać, prawda?