25 września 2009

Galerianki

Byliśmy dziś z Anią na "Galeriankach". Prosto z kina udaliśmy się (rzecz jasna) do Galerii Krakowskiej i jakoś obydwoje nie mogliśmy się powstrzymać za wyglądaniem wystrzałowo ubranych, wulgarnych gimnazjalistek. Co mijaliśmy jakąś supermodną laskę, zastanawialiśmy się, czy ona przypadkiem się za te ciuchy nie puściła...

To robi z ludźmi film Katarzyny Rosłaniec. Usłyszałem o nim jakiś miesiąc temu. Zobaczyłem trailer, potem obejrzałem etiudę filmową pani Rosłaniec pod tym samym tytułem, półgodzinną, nakręconą jako praca dyplomowa na zakończenie Warszawskiej Szkoły Filmowej (jest dostępna za darmo choćby na Youtube). Wiedziałem wtedy, że na film pójdę do kina, jak tylko się pojawi.

Film kinowy stanowi raz że adaptację etiudy na coś o większej precyzji wykonania i większym budżecie, przeznaczonym na większy ekran, a dwa, że rozwinięcie i domknięcie wątków. Etiuda była jakby ekspozycją i pierwszym punktem zwrotnym – opisem, jak bohaterka wchodzi w ten świat. Pełen metraż dawał nadzieję na pokazanie, że można z niego wyjść. Z taką myślą poszedłem do kina i właściwie nie zawiodłem się.

Podczas seansu w pewnym momencie poczułem, że o, w tym momencie ten film mógłby się skończyć i ja byłbym usatysfakcjonowany. Ale się nie skończył, szedł dalej, a ja byłem zaniepokojony, że zaraz coś schrzanią. Nie schrzanili, przyszedł kolejny punkt, w którym myślałem, że to już koniec... ale nie, film szedł dalej. Ciągle bałem się, że kolejne przeciągnięcie tego filmu przyniesie jakieś potężne rozczarowanie, ale na szczęście tak się nie stało – jeden z tych punktów, które się nadawały na zakończenie historii, faktycznie się nim okazały.

Pani Rosłaniec nakręciła film bardzo aktualny i bardzo potrzebny. Temat gimnazjalistek, sprzedających się za nowy ciuch albo komórkę ("Tylko se nie myśl, że ja jestem taka, co za seks biorę sto złotych, bo taki facet wydaje na mnie nawet dwieście, trzysta", mówi jedna z bohaterek, co jest ekwiwalentem powiedzenia, że nie jest jakąś tam tanią dziwką, tylko jest dziwką trochę droższą*), jest żywy i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej, a ludzie zniesmaczeni wulgarnością filmu niech sobie wyobrażą, że w rzeczywistości jest jeszcze gorzej, niż to zostało ukazane – bo jest, jestem o tym więcej niż przekonany.

Ale przy okazji pani Rosłaniec nakręciła film bardzo autentyczny. Bałem się trochę, że film będzie jechał sztucznością na kilometr, ale gra nastoletnich aktorek i aktorów jest doprawdy na niewyobrażalnym (szczególnie w Polsce) poziomie. Dialogi – choć siedzące za nami w kinie dziewczyny (niewiele chyba od bohaterek filmu starsze) twierdziły, że "nikt tak nie mówi" – brzmiały bardzo naturalistycznie i, jak to określiła Ania, "tchnęły Masłowską". To prawda, niedługo po lekturze filmowej "Wojny Polsko-Ruskiej" podobieństwo rzuca się w oczy (a raczej uszy), ale ja myślę, że to nie tyle Rosłaniec brała z Masłowskiej, co obydwie panie brały z codzienności.

Autentyczna była w filmie szkoła, autentyczne były relacje rodzinne, autentyczny był chłopak zakochany w głównej bohaterce, cudownie odżywczy był prawie całkowity brak największej chyba zmory polskiego kina komercyjnego ostatnich lat, jaką jest product placement (dostrzegłem go tylko w jednej scenie, i to bardzo się wysilając). Nawet, wbrew wszelkim oczekiwaniom po nowym polskim filmie z nastolatkami w jako bohaterami, wątek – z braku lepszego słowa – lesbijski był bardzo autentyczny i ani trochę nie czułem w nim sztuczności.

"Zachwycony" to złe słowo, bo film jednak jest naturalistyczny, prawie paradokumentalny, i generalnie dość ciężki w tematyce i sposobie jej ukazania. Ale nie wyobrażam sobie, co by w nim można było ulepszyć. Pani Rosłaniec zadebiutowała na niespotykanym poziomie, wspaniale rokuje na przyszłość (czytałem z nią kilka wywiadów i podoba mi się jej artystyczna może nie dojrzałość, co właśnie świadomość niedojrzałości, dzięki czemu możemy mieć gwarancję, że póki nie będzie gotowa, będzie kręciła dobre filmy o rzeczach jej znanych, a nie rzucała się z motyką na słońce w postaci jakiegoś za dużego dla niej jeszcze tematu). Bardzo, bardzo jej gratuluję, bardzo za "Galerianki" i nadzieję z nimi związaną (zarówno dla polskiego kina, jak i dla samych galerianek) dziękuję i bardzo trzymam kciuki.

A film bardzo polecam.


* w Bristolu na murze znalazłem jedną genialną sentencję: "In a rat race you're always a rat. Even when you win the race, you're still a rat."

31 sierpnia 2009

Zmiany (część druga) – Sabre, here I come!

Jutro wielki dzień nie tylko dlatego, że mamy 60. 70. rocznicę wybuchu II Wojny Światowej, ale też dlatego, że obydwoje z Anią wyruszamy na nasze własne, może nie wojny, ale zmagania z przyszłością. Ania zaczyna rok szkolny już jako pełnoetatowa nauczycielka (a nawet ponadetatowa), na szczęście jednak nie ma wychowawstwa. Ja natomiast jutro zaczynam pracę w nowej firmie.

Około miesiąc temu odezwała się do mnie miła pani z Modisa, która postanowiła mnie zarekrutować do Sabre Polska. Proces rekrutacji był długi, żmudny i stresujący – składał się z kilku rozmów telefonicznych, częściowo behawioralnych, ale bardziej technicznych, częściowo też po angielsku. Potem był trzygodzinny test przez sieć (musiałem się zwolnić z pracy, żeby go w spokoju napisać, a i tak Mahomet – nasz PM – zadzwonił do mnie dwa razy ;), następnie dwie godzinne rozmowy na miejscu, a wreszcie godzinna rozmowa telefoniczna z menedżerką projektu, która dzwoniła ze Stanów. Ten ostatni etap, wbrew pozorom, był najprzyjemniejszy z całego procesu – gadało nam się wprost wyśmienicie.

Wreszcie otrzymałem informację o pozytywnym zakończeniu procesu rekrutacji i ofertę pracy jako Java Developer w ciekawie zapowiadającym się projekcie, ale stresom nie było końca – nie dość, że musiałem złożyć pierwsze w życiu i poprawne wypowiedzenie, to jeszcze czekało mnie podpisanie pierwszej w życiu umowy o pracę (dotychczas pracowałem na umowie zleceniu zlecenie – swoją drogą, jak się to pisze i jak się to odmienia?) A z taką umową wiąże się sterta papierów do wydrukowania, wypełnienia, podpisania, i sterta dokumentów do okazania. Byłem przerażony, że po całym tym procesie rekrutacji jakaś durna, głupia, mała sprawa mi zablokuje upragnioną robotę w Sabre – i to już po złożeniu wypowiedzenia. Na przykład fakt, że ze dwa czy trzy lata temu posiałem gdzieś książeczkę wojskową...

Na szczęście jednak wszystkie moje stresy okazały się bezpodstawne (tutaj ukłon i podziękowania dla Lil, która mnie uspokoiła), badania lekarskie szybkie i bezbolesne, a podpisanie umowy przebiegło jak z płatka.

I tak, po tygodniowym odpoczynku na Mazurach, jutro zaczynam nowy etap w swoim życiu – pracę w Wielkiej Korporacji. Będzie to wielka różnica w stosunku do pracy w Małej Firmie, jaką było JCommerce – inne procedury, cała ta inercja, zupełnie inne środowisko... Już miałem ze dwa koszmary senne na temat mojego pierwszego dnia w Sabre. Tak czy inaczej – będzie to doświadczenie, a te zawsze są cenne. A pierwszych dni nie mam się co martwić, bo wszystko zaczyna się od szkoleń i zapoznania ze środowiskiem pracy. Nie mniej jednak trzymajcie za mnie kciuki.

21 sierpnia 2009

Zmiany (część pierwsza)

Krótko, bo za pół godziny wyruszam na upragnione żagle...

Od prawie dwóch tygodni mieszkam w nowym miejscu :) Jako, że mój (teraz już były) współlokator, Krzysiek, postanowił opuścić zacne towarzystwo kawalerów i zaplanował ślub na te wakacje, musiałem zacząć szukać nowego lokum, gdyż moje miejsce miało przypaść w udziale Pannie Młodej i/lub jej siostrze. Pierwotnie miało to być już w lipcu, ale szczęśliwie przesunęło się na wrzesień, więc miałem jeszcze kilka tygodni w zapasie na szukanie czegoś nowego.

Postanowiliśmy z Moją Lepszą Połówką poszukać już czegoś dla nas. Czyli – nie pokoju, a osobnego mieszkania, w którym sobie zamieszkamy nareszcie razem. Nie trwało to długo – drugie bodaj miejsce, które obejrzeliśmy, już nam się tak spodobało, że je wybraliśmy. Jest to mieszkanie w sam raz – 40 metrów, dwa pokoje (dzienny i sypialnia) oraz kuchnia, świeżo zrobiona przez właścicieli. Bardzo przyjemna też łazienka, z przestronnym, stanowczo dwuosobowym prysznicem :)

Jako, że Ania wyruszyła na wojaże ze swoim Tatą i dwa tygodnie spędza wśród ludożerców na Andamanach oraz w kontynentalnych Indiach, na mnie spadła techniczna strona urządzania mieszkania, czyli – zakup, transport, złożenie i ustawienie mebli, a także opracowanie infrastruktury elektroniczno-komputerowo-sieciowej. Na szczęście wszystko dało się bardzo szybko i sprawnie załatwić, z wielką pomocą Konrada i mojego ojca, który przy okazji nauczył mnie podstaw elektryki oświetleniowo-kontaktowej oraz w prezencie urodzinowym sprawił mi piękny komplet profesjonalnych narzędzi.

Tak więc krok po kroku, mebel po meblu, dziura w ścianie po dziurze w ścianie i kabel po kablu, mieszkanie jest od strony funkcjonalnej gotowe na przyjęcie Ani, która wkroczy i pełną parą zabierze się za nie od strony estetycznej. I wtedy, gdy już dotknie go swoją kobiecą ręką, przyjdzie czas na zapraszanie gości :) Bo atutów mamy parę – przede wszystkim, wielka biała ściana i projektor naprzeciwko, z którego będziemy mogli wreszcie wyświetlać filmy na długo wyczekiwanych wieczorkach filmowych.

Tak więc, drodzy przyszli goście – we wrześniu wyczekujcie otwarcia eXowego Sezonu Filmowego :)

A teraz zmykam na Mazury...

O kolejnych zmianach – w następnych odcinkach.

17 sierpnia 2009

Under the red and white sky...

Z jakiegoś powodu najtrudniej mi na tym blogu pisać o sprawach największych – jakichś wielkich wydarzeniach z mojego życia, czy jakichś poważnych przemyśleniach. Nie wiem, czemu tak jest – może gdzieś w głębi boję się, że w swojej grafomanii przy przelewaniu ich na słowa te wydarzenia spłaszczę, przemyślenia wypaczę i nie oddam w pełni tego wszystkiego, co się we mnie kotłuje.

Postaram się jednak z tym powalczyć, bo ostatnio dzieje się wiele, i dziać się będzie. Zacznę jednak od wydarzeń mniejszych, co by nabrać wprawy.

***

Wydarzenie pierwsze, o którym chciałbym napisać, samo w sobie jest dosyć wielkie (uczestniczyło w nim, z tego, co słyszałem, około 80 tysięcy osób), ale w porównaniu z pozostałymi – naprawdę miałkie.

Byłem więc na U2 w Chorzowie.

(tu mała przerwa, bo chłopcy z pracy zorientowali się, że zamiast coś robić ja klepię notkę, więc muszę trochę poudawać ;)

W ramach przygotowań do koncertu – o czym pisałem – postanowiłem zapoznać się z wcześniejszą twórczością zespołu i o nareszcie odkrytych i zachwycających wczesnych płytach. Przed samym wyjazdem postanowiłem jeszcze dać jedną, ostatnią szansę dwóm dziełom sprzed "No Line..." a po niedoścignionym po wsze czasy "POPie".

I tak po raz kolejny po "All That You Can't Leave Behind" nie zostało mi w głowie NIC interesującego. Ta płyta jest po prostu słaba, zła i kiepska. Bardziej nawet niż "Joshua Tree", gdzie jednak są porywające kawałki (ach, "Bullet the Blue Sky"...) – "All That You Can't..." nie ma NIC do zaoferowania. Kiedyś podobało mi się "Elevation", "Beautiful Day" porwało mnie tylko w połączeniu z teledyskiem, "Walk On" jest fajnie przez pierwszych 30 sekund wersji albumowej, i tyle – reszta to porażka.

Jednak muszę przyznać, że "How To Dismantle An Atomic Bomb" odkryło przede mną swoje sekrety. Po fatalnie tragicznym, otwierającym "Vertigo", które jest najgorszym łajnem, jakie U2 kiedykolwiek popełniło, już od drugiego kawałka, "Miracle Drug" robi się naprawdę fajnie, i tak zostaje do końca. Płyta pełna jest zapadających w ucho kawałków – jest ładne, singlowe "City of Blinding Lights", jest utrzymane w najlepszej tradycji irlandzkiego kwartetu "Crumbs From Your Table", ale przede wszystkim zakochałem się w Przyczajonym Tygrysie tej płyty, jakim jest skromny, bardzo w stylu Madrugady utrzymany kawałek "A Man and a Woman", który jak się w mojej głowie rozpanoszył, tak nie może jej za Chiny opuścić (co widać po moich statusach na gTalku czy Skypie ;):

Wiedząc, że na chorzowskim koncercie pełno będzie – prócz, rzecz jasna, pewniaków w postaci największych hitów zespołu – utworów z tych dwóch płyt oraz, co smutne, NIC z "Popa", jechałem na koncert w miarę przygotowany repertuarowo, choć nie oczekiwałem zachwytu.

***

Po koncercie jednak byłem zachwycony. Uczestniczenie w takim wydarzeniu z 80 tysiącami fanów (a musieli to być fani zaprzysięgli, bo ceny za bilety były zaporowe – 450 zł za miejsce na widowni) jest przeżyciem, które na zawsze zostanie mi w pamięci. Było pełno magicznych momentów:

  • była, rzecz jasna, gigantyczna polska flaga podczas wykonywania "New Year's Day", tym bardziej widowiskowa, że widownia była obsadzona w całości, dookoła sceny, więc z każdego punktu było ją widać;
  • Edge miał urodziny akurat w dniu koncertu, więc na scenie zespół napił się szampana, a 80 tysięcy gardeł zaśpiewało mu "Sto Lat";
  • Bardzo piękna była wizualizacja przy piosence "Walk On";
  • Wreszcie – najbardziej magiczny moment: ostatnia piosenka przed bisami, "One", Bono z gitarą akustyczną na scenie prosi, by zgaszono wszystkie światła z infrastruktury koncertowej (scena, wszelkie konstrukcje, lampy stadionowe), a wszyscy, którzy mają komórki, żeby je wyciągnęli i nimi świecili. I tak powstała ogromna konstelacja tysięcy światełek... wyglądało to absolutnie niesamowicie, znowu z powodu tego, że trybuny były obsadzone w całości, dookoła sceny.

Nie miałem aparatu, ale tysiące innych miało, więc w sieci jest pewnie pełno zdjęć. Mogłem dzięki temu bez krępacji chłonąć koncert i dobrze się bawić, i nawet "Vertigo" i trzy identyczne kawałki z "Joshua Tree" mi się na nim podobały. Chłopcy z U2 dali nam kawał solidnej muzyki i solidnej zabawy.

***

Ale zachwyt jakoś długo się nie utrzymał. Już następnego dnia stwierdziłem, że w sumie nie było wcale jakoś przełomowo. Owszem, nie żałuję kasy wydanej na ten koncert, nie żałuję, że tam pojechałem i tam byłem, ale też nie był to na pewno najlepszy koncert w moim życiu. Nie był nawet w pierwszej piątce. A na następny koncert U2 w Polsce wcale nie wiem, czy pojadę... Słowem – U2 mam odhaczone. Byłem, widziałem, słyszałem, bawiłem się świetnie, ale nie wiem, czy to powtórzę. No, chyba, że następna płyta mnie powali na kolana.

Bo zdecydowałem się na ten koncert głównie dlatego, że nowa płyta mi się spodobała. Jest naprawdę dobra, nie ma na niej słabych momentów, a jest kilka rewelacyjnych. Czuję jednak – i nie ja jeden, podobne opinie słyszałem od znajomych i nieznajomych w sieci – że U2 się skończyli. Nie mam im tego za złe, grają już ok. 30 lat i co mieli do dania muzyce, to już dali. Pierwsze trzy płyty były szczytowymi osiągnięciami New Wave i Post-Punka, na następnych trzech U2 literalnie odkrywali Amerykę, a kolejna trylogia z lat 90-tych stanowiła genialne podsumowanie i pastisz muzyki rozrywkowej, z kumulacją na wiekopomnej i niedoścignionej płycie "POP".

Po czym, nagrywając płytę numer 10, "All Taht You Can't Leave Behind", U2 powiedzieli o sobie, że ponownie aplikują na stanowisko najlepszej grupy świata ("reapplying for the job of the best band in the world"). Dla mnie jest to dziwne, że mówią tak po wydaniu najlepszej płyty w historii muzyki rozrywkowej (moim zdaniem), a jeszcze dziwniejsze, że wydają po tym taki koszmarek... A po nim kolejną płytę, niezłą, a następnie ostatnią, dobrą, ale też bez rewelacji. Wniosek jest jeden – po dwóch wielkich, ryzykownych i eksperymentalnych zmianach stylu (1984 i 1991, "Unforgettable Fire" i "Achtung Baby"), które dały muzyce coś zupełnie nowego, w 2000 roku U2 przeszli na komercję, wracając muzycznie do tego okresu ich twórczości, który zyskał im największą sławę i największą rzeszę wyznawców. Dlatego na ostatnich trzech płytach tak dużo jest klonów "Pride" i "With Or Without You" ("Stuck in a moment...", "Miracle Drug", "Moment of Surrender"), kilka typowo radiowych, "chwytliwych" kawałków ("Get On Your Boots" czy to cholerne "Vertigo") i tylko kilka eksperymentów formalnych ("Fez – Being Born" czy "Cedars of Lebanon"), które ratują wizerunek zespołu i dają nadzieję.

Kto wie, może zamiłowanie grupy do zmiany stylu co trzy płyty nie przeminie, i następne ich dzieło będzie znów czymś świeżym i odkrywczym, może Bono, Edge i reszta nas jeszcze czymś zaskoczą, ale osobiście w to nie wierzę. Myślę, że U2 już się skończyli. Nie mówię, że to źle, i nie mam im tego za złe – co zrobili, to zrobili, a zrobili wiele, i zasługują na odpoczynek, sławę i pamięć...

...Ale po prostu nie bardzo wierzę, że na następny koncert będzie po co iść.

***

A, mimo wszystko, nadal wolę koncerty, gdzie czwórka ludzi na moich oczach śpiewa i gra na instrumentach, niż dwudziestka tancerzy, choćby nie wiem, jak pięknych i wysportowanych, tańczy i rusza ustami do playbacku. Nie tego na koncertach szukam.

Tak, to jest pstryczek w nos Madonny ;)

11 sierpnia 2009

Czarny Etap

Już dawno miałem to wrzucić...

Ostatni tydzień maja w pracy upłynął nam na ponad sześciedzięciu godzinach pracy - mieliśmy deadline w nocy z niedzieli na poniedziałek i trzeba było skończyć etap, więc pracowaliśmy w poprzednią niedzielę, w tygodniu po 10-12h dziennie, w sobotę (siedziałem 14,5h, wyszedłem po północy) i drugą niedzielę.

Z tego wszystkiego wpadła mi do głowy piosenka na ten temat - na melodię szanty "Czarna Rafa":

Kiedy pracę kończyliśmy,
Była ciemna, głucha noc
Klient musiał dostać wersję
żeby przetestować ją

Ref.:
Hej, do kodu, chłopcy, wraz
Hej tam ster, LSI-DIP
Widmo zwolnień bliskie było
Lecz Mahomet łaskaw był

Lecz na kursie coś się czerni,
sterczą z kodu bugi trzy
Rafał pobladł, gdy to ujrzał,
lecz nie stracił zimnej krwi

Każdy sprężał się jak mógł
i choć Eclipse spływał krwią,
nikt z nas czasu nie żałował,
tylko klepał słuszny kod

Jeszcze tylko kilka chwil,
jeszcze tylko testy trzy,
jak NullPointer nie poleci,
wystawimy wersję w mig

Projekt wrócił na swój kurs,
bugów cień za rufą znikł,
wszyscy chłopcy legli w łóżkach,
ale zasnąć nie mógł nikt.


Dzisiaj grozę tamtych chwil
Czasem widzę w swoim śnie
I dziękuję za to Panu
(i panu, i pani, i Tobie, Kamilu ;)
że wyrobiliśmy się :)

18 lipca 2009

Zabójcy Albumów

Poprzednio w dziale muzycznym pisałem o rolach, jakie czasem na płytach przypadają różnym piosenkim - o Hiciorach, Balladach i Przyczajonych Tygrysach. W swoich muzycznych wojażach (tu ukłon w stronę Xavexa i Viggena, bez których być może nigdy w takie wojaże bym nie wyruszył) natknąłem się jeszcze na jedną rolę, wartą opisania.

Jest ona, na szczęście, dość rzadka. Na szczęście, bo jej sama nazwa mówi, że należenie do tej grupy nie jest dla piosenki niczym dobrym. Są to Zabójcy Albumów.

Wyobraźcie sobie, że macie płytę, na której wszystkie utwory są dobre, bardzo dobre, a nawet genialne, a nagle, wśród nich, natykacie się na jeden, który jest ni w dupę, ni w oko, pasuje do płyty jak pięść do nosa i w ogóle nie wiadomo, jakim cudem się nia niej znalazł. I nie jest on średni, kiepski czy słaby - na każdej płycie trafiają się utwory słabsze czy odstające od reszty. One są po prostu Złe. Tak tragiczne, że ryją się w pamięć i nieodparcie już kojarzą się z danym albumem, i to kojarzą się bardzo negatywnie - do tego stopnia, że nie chce nam się wracać do danego albumu, bo wiemy, że on tam jest, a wolelibyśmy go uniknąć.

Stąd nazwa - Zabójcy Albumów. Po angielsku Album Killer, albo krócej - Hitman, co nomen omen jest tytułem pierwszego przykładu, jaki przychodzi mi do głowy.

"Innuendo", ostatnia wydana za życia Freddiego Mercury płyta Queen, jest pełna piosenek od fajnych ("Delilah") przez rewelacyjne ("All God's People") po genialne ("The Show Must Go On"), ale są wśród nich aż dwa Album Killery - rzeczony "Hitman" oraz "I Can't Live With You", co też przypadkowo świetnie pasuje do samego utworu - ja go po prostu nie mogę zdzierżyć ;)

Innym wartym wspomnienia przykładem jest utwór z pierwszego albumu legendarnej grupy King Crimson. Są na niej niekwestionowane arcydzieła - "Epitaph", "21st Century Schizoid Man" czy tytułowy "In The Court of the Crimson King", ale jest też "Moonchild". Pieprzony w dupę kopany "Moonchild". To są utwory, które pomija się w playlistach w odtwarzaczach mp3...

Pisałem jakiś czas temu o nowej płycie Comy. Zawiera ona piosenki, a pomiędzy piosenkami są różne dźwiękowe wstawki, i te wstawki (zwłaszcza "Stosunek do Służby Wojskowej") są takimi Album Killerami - można je posłuchać raz, drugi, i są zabawne, a potem zaczynają męczyć, i chciałoby się ich z płyty pozbyć.

Niektóre zespoły mają zmysł i potrafią takich potencjalnych Zabójców Albumów odsiać w trakcie sesji. Jeśli im ich żal, to potem wydają płytę typu "odrzuty z sesji", które czasem da się jakoś przełknąć, przynajmniej w części (Dream Theater "Awake"), a czasem faktycznie okazują się być stosem szitu strasznego (Therion "Deggial") i tylko się cieszyć, że kawałki z nich nie znalazły się na oryginalnych wydawnictwach (odpowiednio - "Images and Words" i "Vovin").

Jeśli Zabójca jest na płycie, czasem występuje w pojedynkę, a czasem jest ich więcej (na "The Miracle" Queen jest ich co najmniej trzech). Jeśli jednak jest ich więcej niż połowa, trudno tu mówić o Zabójcach - mamy do czynienia po prostu ze Złą Płytą (Queen "Jazz" - oni generalnie mieli do nich pecha), którą należy omijać szerokim łukiem.

Może ktoś z Was natknął się kiedyś na jakiegoś Zabójcę Albumów?

17 lipca 2009

Terminator In Love

Byłem na "Ocaleniu". Czwarty ten film o Terminatorach i wojnie ludzi z maszynami odróżnia się od poprzednich dość poważnie, nie tylko brakiem Arnolda Schwarzeneggera, który wybrał karierę jako inny "*nator" i więcej się (przynajmniej osobiście) w filmach z tej serii raczej nie pojawi. Chociaż w sumie, czemu nie? W sumie co mieszkańcy Kaliforni mieliby mieć przeciwko temu, żeby ich gubernator od czasu do czasu pojawił się jeszcze na ekranie?

No, ale wróćmy do filmu. Czego w nim nie ma, poza Arniem? Nie ma podróży w czasie - akcja po raz pierwszy nie dzieje się "współcześnie" w stosunku do daty wyprodukowania filmu, a zamiast tego - "współcześnie" w stosunku do samej wojny z maszynami. Widzimy ją wreszcie w całej okazałości, a nie tylko jako sceny ekspozycji. Mamy więc rok 2018, niedobitki ludzkości zorganizowane są w grupy ruchu oporu, rozsiane po całej planecie i kierowane przez scentralizowane dowództwo w podwodnej, mobilnej kwaterze głównej. John Connor nie jest bynajmniej wysoko postawionym generałem - ot, zwykłym, może trochę bardziej uzdolnionym dowódcą oddziału - ale wśród przetrwałych, którzy widzieli go na własne oczy albo słyszeli jego nadawane na cały świat komunikaty, ma status prawie że mesjasza. Cały ten obraz nasuwa skojarzenia z drugim i trzecim Matriksem, gdzie podobnie ludzkość Syjonu reagowała na Neo. Tyle tylko, że tutaj jest to fajniej oddane - Bale bardziej przekonuje, niż Reeves, także na poziome chemii między nim a zjawiskową Bryce Dallas Howard, w porównaniu do Romantycznego Guza (zwanego także Historią Miłosną W Stylu George'a Lucasa) między Neo a Trinity.

Pojawiają się też nowe elementy: spotykamy nowy typ Terminatora, który jest krzyżówką człowieka z maszyną - w znacznie większym stopniu, niż T-800 (czyli Arnold z części 1-3), który był tylko maszyną przyobleczoną w ludzką tkankę. Nowy Terminator ma ludzkie trzewia, ludzki mózg i ludzkie serce (nie tylko w znaczeniu mięśnia pompującego krew), wspomożone tylko mechanicznym szkieletem i kończynami. Dodaje to do historii wątek bardzo dickowski ("co jest ludzkie? co odróżnia człowieka od maszyny? czy jestem człowiekiem, czy tylko mnie zaprogramowano, żebym myślał, że nim jestem?"), co ja osobiście w dziełach S-F uwielbiam (niedoścignionym wzorem w tej dziedzinie jest "Impostor").

Na koniec mamy też elementy znane i lubiane: "I'll Be Back", głos Lindy Hamilton na taśmach, które zostawiła w spadku synowi, wizualne wizytówki serii: mechaniczne stopy zgniatające ludzkie czaszki, no i wszechobecne gasnące czerwone ślepia... Dla uważnych mamy nawet product placement - dosłownie wybuchłem śmiechem, gdy na zbliżeniu wyraźnie dostrzegłem, że urządzenie, z którego korzystał Connor, miało markę Sony Vaio - tak, jakby po piętnastu latach wyniszczającej wojny marki miały jeszcze jakieś znaczenie... Mniej widoczne jest logo firmy ABB - kolega ze studiów, który tam pracuje, opowiadał, że maszyny, zaprojektowane i zaprogramowane przez ich firmę, będą grały w "Ocaleniu", i faktycznie, można dostrzec logo ABB na ramionach, składających terminatory w fabryce.

"Ocalenie" zawiera w sobie najlepsze elementy serii - z pierwszego "Terminatora" powrócił przerażający motyw walki zmęczonych i delikatnych ludzi ze stalowymi, potężnymi i niezmordowanymi maszynami, które nie śpią, nie jedzą, nie odpoczywają, tylko cały czas dążą do zniszczenia ludzkości. Z "Dnia Sądu" czwarta odsłona pożycza i rozwija wątek ludzkich uczuć u Terminatorów - z tym, że tutaj są one naprawdę ludzkie, nawet z jakimś zalążkiem miłości (stąd tytuł notki). Z finału "Buntu Maszyn" do "Ocalenia" przedostało się poczucie (wbrew tytułowi) beznadziei. Jest to film bardzo dobry, żegnający się z dawną formą serii, a w zamian oferujący nowe do niej podejście, wreszcie - obiecujący bardzo wiele w ciągu dalszym, który - nie wątpię, a i mam wielką nadzieję że - nastąpi.