16 maja 2009

Faraway, so close

Po tym, jak zlikwidowali Music Cornera, a wraz z nim dział "Komis" w galerii Rynek 13, byłem może nie zdruzgotany, ale przynajmniej nieszczęśliwy - udało mi się tam trafić parę naprawdę świetnych płyt w naprawdę świetnych cenach.

Dzisiaj jednak okazało się, że bardzo fajny substytut dla tego miejsca mieści się bardzo niedaleko mnie. Mieszkam sobie mianowicie kilka minut od Placu Imbramowskiego, i choć co jakiś czas tam zaglądam po warzywa, wędliny czy pieczywo, to jakoś nigdy nie dotarłem do ostatniej jego alejki, która udowadnia, że można na tym targu znaleźć NAPRAWDĘ wszystko, bo nawet meble i kredyty majątkowe ;)

A także bardzo sympatyczne stoisko, na którym pan sprzedaje najróżniejsze starocie i obiekty, które wyglądają na mocno zdobyczne - w tym płyty i filmy na DVD. A że ofertę ma może nie rozległą, ale na pewno nader ciekawą, to oczywiście wydałem u niego trochę kasy.

Przede wszystkim polecam wybrać się do niego fanom Genesis - jest tego u niego pełno. Jest "Calling all stations" i "A trick of the tail" (te akurat mam), są "Abacab", "And then there were three" i koncertowe "Three Sides Live" (te mnie nie interesują) oraz są "Trespass" i "Nursery Cryme", których nie mam i na które poluję, ale że były w formacie SACD+DVDA za 40 zł każda, to się powstrzymałem - po co mi te formaty, jeśli nie mam na czym ich odpalić?

Zakupiłem natomiast wreszcie "Tales from Topographic Oceans" Yesa, "Atom Heart Mother" Floydów (w ciekawej wersji z dodatkowymi sześcioma bardzo wczesnymi utworami Floydów, jeszcze z Barrettem, w bardzo surowych wersjach - chyba bootlegów) oraz dwie pierwsze płyty polskiej grupy Satellite - "A Street Between Sunrise and Sunset" i "Evening Games". Była też digipackowa, rozszerzona wersja ich trzeciej, pięknej płyty "Into the Night", z dodatkowymi utworami, ale że ją mam, to postanowiłem nie dublować - nawet mimo bonusowych utworów. Generalnie pan ma jeszcze parę ciekawostek - "Amused to Death" Watersa czy "Private Collection" Jona i Vangelisa, których zakup też rozpatrywałem - więc polecam się do niego wybrać, zanim Wam wszystko wykupię ;) Pana można znaleść na Imbramowskim we wtorki, czwartki i soboty, a w niedzielę pod Halą Targową.

Ostatnią rzeczą, jaką u niego zakupiłem, było DVD z filmem "Pink Floyd The Wall", z paroma dodatkami w postaci wyciętego fragmentu filmu z piosenką "Hey You" (piosenka absolutnie prześliczna, ale faktycznie, do filmu nie pasowała), teledysku do "Another Brick in the Wall Part 2" oraz paru dokumentów wspominkowych czy z planu filmowego. W tym ostatnim szczególnie mi sie spodobała wypowiedź reżysera, Alana Parkera, nawiązująca do trudnej realizacyjnie sceny nazistowskiego koncertu/wiecu, w której w tłumie zagrali prawdziwi skinheadzi, co wywołało niepokój, czy ironicznej sceny nie odbiorą oni (a także widzowie) zbyt dosłownie. Alan Parker powiedział wtedy:
If you have a clear view of what you want to say, then you have to say it, and say it as strongly as you possibly can.
No, ale po tym wszystkim znowu muszę sobie dać na jakiś czas spokój z zakupami. A więc - żegnajcie, Ayreony i Fool's Gardeny, znalezione na allegro, żegnajcie, pierwsze płyty U2, i żegnaj, ostatnia płyto OSI.

Ale wasz czas jeszcze nadejdzie :)

07 maja 2009

The problem with U2

The Best Ofy to zło. Zapamiętajcie te słowa, weźcie je sobie do serca i unikajcie ich jak ognia, kiedy przyjdzie Wam zapoznać się z twórczością jakiegoś nowego artysty czy zespołu. Można wpaść w fatalną pułapkę utworów, uznanych za "najlepsze" przez kogoś innego.

Weźmy takich Beatlesów - wszyscy znają ich bigbeatowe kawałki, "She Loves You Yeah Yeah Yeah", "C'mon C'mon C'mon Baby Twist and Shout" czy "Awannaholdyahand" bębnią każdemu w głowie, gdy słyszy o kwartecie z Liverpoolu, i tak się też on wszystkim kojarzy - z trzyminutowymi, lekkimi piosenkami o miłości, które tak łatwo wpadają w ucho. A ja tylko zbieram do swojej kolekcji te wszystkie zaskoczone wyrazy twarzy i niedowierzania w oczach, gdy uświadamiam ludzi, że Beatlesi to znacznie, znacznie więcej, niż bigbit, że zdecydowanie ważniejsza dla rozwoju muzyki popularnej była ich twórzość z drugiej połowy lat 60-tych, twórczość mocno psychodeliczna. Ale, niestety, ich zdecydowanie najlepszych utworów - "I'm Only Sleeping", "Being for the Benefit of Mr Kite" czy "A Day in the Life" nie uświadczymy w radiu, ewentualnie ten ostatni znajdziemy na jakimś thebestofie...

Ale, no właśnie. Thebestofy powstają ku zaspokojeniu gustów jak największego "targetu", więc niejako z definicji znajdą się na nim utwory najpopularniejsze. Ale "najpopularniejsze" rzadko tak naprawdę oznacza "najlepsze"...

Przykłady można mnożyć, ale największą niesprawiedliwością dziejową jest dla mnie to, jak zostało potraktowane U2, przede wszystkim przeze mnie. I dlatego to piszę - żeby irlandzkiemu kwartetowi po latach oddać sprawiedliwość.

Oto, jaki obraz U2 miałem jeszcze kilka tygodni temu: jest więc "POP", płyta, którą wychwalam pod niebiosa, którą uważam za najlepszy album nagrany w historii, czym "Deus eX" jest w świecie gier komputerowych, tym "POP" jest dla muzyki.

Jest "Achtung Baby", druga ich płyta, jaką poznałem, zachęcony artykułem z dodatku do "Wyborczej" sprzed 12 lat, wydanym z okazji koncertu z trasy PopMart, opisującemu historię i dotychczasowe osiągnięcia zespołu (jeszcze gdzieś ten artykuł mam...) . Płyta odjazdowa, rockowa, zwariowana, ale jednak nie potrafiła mnie tak całkiem porwać.

Jest "War", który zachwycił mnie surowym brzmieniem wczesnych lat 80-tych, pierwszych trzech utworów ("Sunday Bloody Sunday", "Seconds" i "New Years Day") mógłbym słuchać w kółko, ale cała płyta ma coś, co nazwałem "syndromem U2", o czym za chwilę.

No i jest "Joshua Tree", płyta, która wywindowała zespół na szczyty popularności, z bohaterów zrobiła bogów, którą wszyscy wymieniają jako najlepsze dokonanie zespołu... i której nie znoszę. Po prostu nie mogę. A trio najsłynniejszych utworów, które ciągle słyszę w radiu ("Where the streets...", "Still haven't found..." i "With or without you") jest do siebie tak podobne, że nigdy nie potrafię rozróżnić, który z tych kawałków właśnie słyszę (to jest właśnie syndrom U2).

Do tego trio dochodzą inne utwory, które ogólnie nazywam "jutupodobnymi", pełne motywów, które nazywam "jutuchwytami" (powolna, wręcz leniwa melodia, falsetowe wycie Bono... nie potrafię tego określić), a które też ciągle słyszę w radiu - "Pride", którego mam serdecznie dość, i nudne do wyrzygania "Stuck in the moment you can't get out of" - doprawdy, tytuł doskonale do tej piosenki pasuje.

I to jest obraz U2, jaki mam. Jaki miałem. A miałem go dlatego, że w radiu słyszałem tylko i wyłącznie wspomniane wyżej jutupodobne kawałki, i te same kawałki zawsze były wybierane na thebestofy, by grupę reprezentować, więc nie moja wina, że ja sobie ten obraz z tych paru identycznych, nudnych kawałków, rozciągnąłem na całą ich twórzość, której nie znam, i automatycznie założyłem, że przed "Joshua Tree" wszystkie płyty składały się z różnych odmian "Pride". Bo pierwsza płyta, "Boy", miała być o wchodzeniu w dorosłość, o matce Bono, o dzieciństwie, więc uznałem, że będzie równie mdła i nudna. "October" jest w dużej mierze o religii, więc też będzie mdła i nudna. "War" jest ostrzejsza, bo wymaga tego temat, więc to tylko jednorazowy wybryk. Nie miałem ŻADNYCH podstaw, żeby wierzyć, że jest inaczej.

Właśnie dlatego thebestofy są złe.

Bo przed sierpniowym koncertem zabrałem się wreszcie za posłuchanie ich wszystkich płyt. Wszystkich, w całości. I jestem, kurna, zachwycony. Okazuje się, że nie tylko "War", ale wszystkie trzy pierwsze płyty są równie rockowe, z tym ukochanym przeze mnie surowym, gitarowym brzmieniem (a'la wczesna Republika czy Bauhaus). Nie tylko "I Will Follow", ale cały "Boy" pełen jest porywających i energicznych utworów, a uznawany za gorzy "October" moim zdaniem wcale mu nie ustępuje.

Ale na tym nie koniec. Czwarta płyta grupy, "The Unforgettable Fire" zawiera znacznie więcej, niż tylko "Pride" - choćby otwierający "A Sort of Homecoming" czy świetny utwór tytułowy, oraz śliczne, nastrojowe (wpływ producentów, Briana Eno i Daniela Lanoisa, którzy zmienili surowość na delikatne, ambientowe brzmienie) "Bad" i "Indian Summer Sky".

Teraz nawet "Joshua Tree" zaczyna mi się podobać. Nie dość, że okazuje się, iż trzy identyczne utwory wcale nie są takie identyczne, i teraz nie mogę znieść już tylko jednego z nich, to jeszcze za nimi na płycie kryje się kilka perełek (kocham "Bullet the Blue Sky").

Idąc dalej, dzięki temu wszystkiemu na nowo odkryłem "Achtung Baby", którego należy słuchać w połączeniu z "Zooropą" i wieńczącym nieformalną trylogię "Popem". Kto wie, może nawet jeszcze przekonam się do płyt numer 10 i 11...

Ale to też jeszcze nie wszystko. Poza słuchaniem płyt mnóstwo oglądam i czytam i dowiaduję się, że cholera jasna, ten irlandzki kwartet to jednak znacznie, znacznie więcej, niż tych 12 płyt, które wydali. Pal sześć, że mają mnóstwo świetnych teledysków, do niektórych piosenek nawet więcej, niż jeden ("One" ma ich pięć!), to jeszcze na uwagę zasługują setki b-side'ów, EPów, alternatywnych wersji, nagrań koncertowych, coverów innych wykonawców (U2 naprawdę dużo czerpali z Beatlesów), wreszcie - ich trasy koncertowe. Wiedziałem o całej filozofii, która stała za "POPem" i trasą PopMart, od naklejek na płytach po wystrój sceny koncertowej, ale gdy dowiedziałem się o niewyobrażalnie wręcz złożonym i dech w piersiach zapierającym multimedialnym przedsięwzięciu, jakim była megatrasa koncertowa ZooTV, to nadal nie mogę wyjść z podziwu, że ten - jak mi się zdawało - skromny zespół z Irlandii porwał się na coś takiego...

Morał z tego taki - patrzę teraz na U2 zupełnie inaczej, coraz bardziej ich podziwiając i chwaląc (bo na to zasłużyli, zwłaszcza po tym, jak po nich przez ostatnie lata jeździłem), ale to wszystko no thanks to The Best Of.

Powtarzam jeszcze raz - trzymajcie się z dala od The Best Ofów. Nikt nie powinien za Was wybierać, które utwory są "najlepsze". Słuchajcie wszystkiego, słuchajcie uważnie i sami szukajcie tego, co Wam się w muzyce podoba.

Gwarantuję, że to się opłaca.

02 maja 2009

Krew lepsza od wolności

OSI wydali nową płytę. W sam raz by się zgadzało, bo wydają jedną co trzy lata ("Office of Strategic Influence" w 2003, "Free" w 2006).

Kilka słów o OSI: jest to projekt muzyczny (tzn. wydają tylko płyty, nie grają – niestety – koncertów), założony przez Jima Matheosa, Kevina Moore (były, moim zdaniem najlepszy, klawiszowiec Dream Theater) i Mike'a Portnoya (perkusista DT), z niewielką pomocą Stevena Wilsona (Porcupine Tree i wiele innych). Do pierwszej ich płyty, "Office of Strategic Influence" ("Biuro Oddziaływań Strategicznych", podobno jest to nazwa autentycznej organizacji, oddziału amerykańskiego MONu, powstała po atakach 11 września w celach szerzenia propagandy w wojnie przeciw terroryzmowi) przekonywałem się długo, ponad rok. Ale gdy się wreszcie przekonałem, płytę tą pokochałem i uwielbiam do dziś.

Szczególnie ujęły mnie na niej ten rządowy, szpiegowski klimat – jeśli ktoś kojarzy grę "Splinter Cell", szczególnie misję, w której wkradamy się do siedziby CIA w Langley w pierwszej części, doskonale wie, o czym mówię – nie znam dwóch dzieł, które lepiej by do siebie pasowały, niż ta płyta i ta gra. Ostatecznie może być film Tony'ego Scotta "Wróg Publiczny". Klimat zawarty jest nie tylko w muzyce i efektach specjalnych (płyta przesiąknięta jest nagraniami rozmów, część brzmi jak rozkazy wydawane podczas tajnych operacji, część jak nagrania audycji radiowych czy telewizyjnych na temat wszechobecnej inwigilacji, a część brzmi jak nagrania z podsłuchów telefonicznych czy w pomieszczeniach), ale i w tekstach – tytułowy utwór "OSI" mówi wprost, jaka jest agenda tytułowej organizacji:

Hate it when the truth unravels
Hate it when we don't get a spin
Hate it when the enemy travels
'cause it's awfully un-american

Inne piosenki mają bardzo podobny wydźwięk ("When You're Ready", "Hello Helicopter"), nawet utwory instrumentalne nie są takiego klimatu totalnej inwigilacji pozbawione ("Horseshoes and B-52s" – tytuł pochodzi od dwóch "mitycznych" szpiegowskich samolotów). A wśród tych wszystkich utworów mamy też perłę w postaci dziesięciominutowego kawałka autorstwa i z wokale Stevena Wilsona – "shutDOWN", bardzo w stylu jego Porcupine Tree. Jest to miła odmiana na całej płycie także dlatego, że wokal Moore'a jest fajny, ale na dłuższą metę może być męczący.

W całą tą atmosferę świetnie wkomponowuje się okładka i książeczka płyty, stylizowana na paszport ze wszystkim, co trzeba (jest strona z danymi personalnymi Biura, są pieczątki i wizy) oraz dołączony do płyty teledysk do jednego z instrumentalnych utworów.

Trzy lata później grupa wydała album "Free", który także potrzebował trochę czasu, żeby do mnie trafić, i choć teraz go już w całości bardzo lubię i cenię, to jednak do świeżości i nastroju debiutu jest mu daleko. Brakuje mi na nim instrumentalnych utworów i gościnnych występów – krótko mówiąc, choć płyta jest dobra, to jednak mam po niej przesyt wokalu Moore'a. Ale nie brakuje na nim prawdziwych perełek – jest piękne, singlowe "Go", jest śliczna ballada "Home Was Good", no i jest mój ulubiony "Bigger Wave" z tekstem, który już kiedyś tu zamieszczałem, ale powstrzymać się nie mogę, więc powtórzę:

I was hoping we could walk on the water
and still find reasons to swim inside

Braki płyty wynagradza nieco bonusowy dysk "re: free", dodawany do niektórych wydań albumu – zawiera kilka utworów spokojnych, nastrojowych i instrumentalnych ("Communicant").

A teraz, w 2009 roku, projekt OSI wydał album numer trzy, "Blood", pierwszy ich album, który mnie wciągnął od pierwszego przesłuchania, właściwie od pierwszej piosenki – już słuchając "Escape Artist" piałem z zachwytu, tylko, żeby przy następnym, "Terminal", piać jeszcze głośniej.

Dziewięć utworów, z których nie wszystkie zachwycają – właściwie najbardziej podobają mi się te spokojniejsze, nastrojowe (jak dwa pierwsze, przepiękny "Radiologue", "Stockholm" z gościnnym wokalem Mikaela Åkerfeldta z grupy Opeth, którego ja znam bardziej jako Fear z "Human Equation" Ayreona, oraz zamykający płytę utwór tytułowy). Słabsze są te głośniejsze, bardziej łomotliwe ("False Start", "Be The Hero"), ale równoważy je obecność utworu instrumentalnego w starym, dobrym, rządowo-szpiegowskim klimacie ("Microburst Alert").

Generalnie – "Blood" wchodzi i przyswaja się dużo lepiej, niż "Free", dużo bardziej skłania do słuchania w kółko i bardziej zostaje w pamięci.

Tylko wkurza mnie, że skoro na "Free" wydałem tych 70 złotych, to nie ma rady – będę musiał "Blood" kupić, i to szybko...

30 kwietnia 2009

The Matrix Reevaluated

Minęło właśnie 10 lat od premiery pierwszego "Matrixa", który, co tu dużo mówić, zrewolucjonizował w jakimś stopniu kino i odbił się bardzo szerokim echem w popkulturze, bardzo szybko urastając do rangi dzieła kultowego. Nie oszukujmy się – tak było, i dowody tego wciąż widzimy naokoło – w wielu miejscach jeszcze można zauważyć spadający kod Matriksa i efekt bullet-time (choć najczęściej używany w celach parodystycznych), a ilekroć ktoś stwierdzi, że ma Deja Vu, zawsze znajdzie się ktoś inny, kto skomentuje, że to "Matrix coś tam zmienił".

Potem, jak wiadomo, były dwa sequele, o których pisałem jakiś czas temu, które rozczarowały ogół tak bardzo, że niektórzy wolą udawać, że ich wcale nie było. Ja sam byłem srogo rozczarowany i czułem się przez braci W. oszukany, ale przyznam, że widziałem sequele tylko raz i tylko w kinie – od tego czasu, od 2003 roku ani razu nie obejrzałem ani ich, ani – sadly – pierwszego Matrixa.

Ale teraz, chyba nawet trochę zainspirowany wyżej zlinkowanym komiksem z XKCD, postanowiłem obejrzeć jeszcze raz, i to nie tylko jedynkę, ale całą trylogię. Zobaczyć, czy to rzeczywiście jest takie złe...

...i stwierdzam niniejszym: nie jest. Nie jest! Po oglądnięciu całej trylogii część po części, z mózgiem na najwyższych obrotach i z możliwością skonfrontowania tego, co się dzieje z tym, co było wcześniej mówione (albo odwrotnie) widzę, że ta trylogia naprawdę trzyma się kupy. Oczywiście, jest to kupa (hmm...), do zrozumienia której trzeba zawiesić niewiarę na dość solidnym haku i dać się ponieść wewnętrznym zasadom Matriksa, ale jeśli się te zasady opanuje, zrozumie i przyjmie, filmy naprawdę nie rozczarowują.

To znaczy jasne, rozczarowują, jeśli ktoś się spodziewał, że sequele będą dorównywały oryginałowi. Nie dorównują, są gorsze, ale nie są w żadnym wypadku złe. Uważam nawet, że w wielu miejscach są dużo lepsze i dogłębne, niż się ludziom wydaje, a bracia Wachowscy podeszli do nich naprawdę bardzo odważnie. Ich błędem było to, że było to wszystko zbyt zaciemnione dla szarego człowieka, i ciężko to było skumać za pierwszym razem. Złośliwi twierdzą, że takie zaciemniające zabiegi (np. Architekt, używający cholernie wyszukanego słownictwa) były użyte specjalnie, żeby ukryć niedociągnięcia fabuły, ale gdy słuchałem jego gadki bardzo uważnie, to jednak ciężko sie do czegokolwiek przyczepić.

Co mi się w sequelach podobało: przede wszystkim ironia, związana z Agentem Smithem. Jedynka kończy się jego "śmiercią", po czym zaraz na początku "dwójki" dowiadujemy się, że Neo przez przypadek nie tylko go nie zniszczył, ale wręcz go uwolnił spod władzy Matriksa, tworząc niebezpiecznego wirusa, który zaraża wszystkich w Matriksie, a nawet potrafi się z niego wydostać i przejąć kontrolę nad osobami w świecie realnym. Ironia numer jeden – Neo zamiast niszczyć, tylko potęguje władzę swojego przeciwnika. Ale w "trójce" pojawia się ironia numer dwa, która wywraca ta pierwszą do góry nogami. Mianowicie – maszyny ruszają na ostateczną bitwę przeciw ludziom, a tymczasem, wewnątrz Matriksa, Agent Smith przejmuje nad wszystkim kontrolę, i jedyne, co go może powstrzymać, to Neo. A raczej - nie powstrzymać, tylko niejako "wydać" samemu Matriksowi, żeby zrobił z nim porządek i go wykasował całkowicie. A Neo, rzecz jasna, robi to za cenę pokoju. Więc najpierw zamiast zniszczyć, powiększa potęgę swojego przeciwnika, ale potem wykorzystuje ten fakt, żeby doprowadzić do rozejmu.

Drugą sprawą, która mi się bardzo podoba, jest podejście do Morfeusza. W jedynce ze świata realnego widzimy tylko statek Nabuchodonozor i jego załogę, o mieście ludzi i innych statkach tylko słyszymy. Więc Morfeusz, jako jego kapitan, jawi się nam (i samemu Neo) jako masta haka, prawdziwy guru, który wie, co się dzieje, i jest niejako orędownikiem wolnej ludzkości. A w następnych częściach, gdy mamy szansę zobaczyć go w kontekście całej społeczności Syjonu oraz innych kapitanów, dostrzegamy, że Morfeusz jest tylko jednym z wielu, na dodatek przez innych postrzegany jako oszołom, który święcie w Neo wierzy – czego wcale nie podzielają wszyscy w Syjonie, szczególnie inni kapitanowie.

No i sam Neo, który okazuje się być którąś kolejną generacją Wybrańca. Architekt i Wyrocznia do bardzo dokładnie tłumaczą – raz na jakiś czas rodzi się w Matriksie ktoś, kto ma w mózgu jakąś anomalię (tak do Neo na początku "dwójki" zwracają się agenci, gdy go widzą: "Anomalia"), która sprawia, że niektóre sygnały są przez Matriks interpretowane jako rozkazy zmiany, no, czegokolwiek. Jak boczne furtki czy rozkazy administratora – i właśnie dlatego Neo i poprzedni wybrańcy mogli robić, co im się żywnie podoba. Za pierwszymi dwoma razami skończyło się to dla maszyn katastrofą, więc utworzyli program Wyrocznia, który miał takimi wybrańcami manipulować. Tylko, że Wyrocznia postanowiła tym razem zamanipulować nim do tego stopnia, żeby zakończyć wojnę – i to też ma sens, bo Wyrocznia wcale nie musiała być zbuntowanym programem, który zyskał świadomość i postanowił zadziałać przeciw maszynom. Może Wyrocznia, tak jak pozytronowe mózgi z "Konfliktu do uniknięcia" Asimova, działała dokładnie zgodnie ze swoim oprogramowaniem, i doszła w swoim rozumowaniu, że tym, co tak naprawdę pomoże maszynom w ostatecznym rozrachunku, będzie zakończenie wojny i zawarcie rozejmu z ludźmi.

Wreszcie – sequele się po prostu dobrze ogląda. Naprawdę – jest to miód dla oczu. I ja wiem, że wiele osób zarzuca np. scenie walki Neo z setką Smithów, że jest niezamierzenie autoparodystyczna, i że Neo wyprawia tam z prawami fizyki co mu się żywnie podoba, ale for crying out loud, on jest WYBRAŃCEM, on MOŻE wyprawiać z prawami fizyki co mu się żywnie podoba. On może LATAĆ, jak babcię kocham! Podobnie ze sceną ratowania Trinity – ot, po prostu wyłącza kolizję obiektów między swoją ręką a jej ciałem i wyciąga z niego kulkę, a potem generuje ładunek elektryczny, który działa jak defibrylator. To naprawdę jest zgodnie z wewnętrznymi zasadami Matriksa!

W podobny sposób można wyjaśnić wszystkie inne nieścisłości trylogii Matriksa i jeśli ktoś ma coś, czego nie rozumie – zapraszam do dyskusji, chętnie odpowiem, chętnie wytłumaczę.

A jeśli są osoby, które uważają, że nawet mimo tego wszystkiego walka Neo ze Smithami i tak jest głupia, i w ogóle bez sensu, że on lata, a tak w ogóle to jak działa ta cała sprawa z byciem Wybrańcem – to są tetrycy. Ludzie, którzy po prostu Nie Czują Klimatu. Ci sami, którzy stwierdzają, że "Gwiezdne Wojny" są głupie, bo w kosmosie nie słychać wybuchów. Szkoda mi ich, bo z własnej woli pozbawiają się masy przyjemności, jaka płynie z oglądania takich filmów :)

22 kwietnia 2009

Zagraniczna płyta, polska cena, badziewna jakość

A więc kupiłem sobie nowa płytę U2. W Epiku, jak należy, i w ogóle. Wydań jest kilka - od dużego boksu, z filmem, książką, albumem fotograficznym i nie wiem jeszcze jakimi bajerami za dwie stówy, poprzez wydanie CD+DVD, przez zwykłą płytę aż do płyty z serii "Zagraniczna płyta, polska cena" za faktycznie polską cenę 36 zł.

Wybrałem więc tą ostatnią opcję, bo bardzo akcję popieram... i okazało się, że za polską cenę otrzymałem też typowo polską jakość.
Nie dość, że oryginalna okładka płyty została otoczona oszpecona wianuszkiem z nazwą akcji, a jej logo bezczelnie widnieje na grzbiecie płyty, to jeszcze to, co najważniejsze, czyli książeczka, zwyczajnie nie istnieje - zawiera ledwo "cast and crew" płyty, nawet nie ma listy utworów, nie mówiąc już o tekstach...

Szkoda bardzo, bo już myślałem, że wydawcy naprawdę pójdą na rękę melomanom i poważnie obniżą ceny, a nie będą wystawiać takie cyrki.

***

Ale z dobrych wieści - dzisiaj wszedłem sobie do Empiku i w drzwiach powitała mnie informacja, że Depeche Mode właśnie wydali nową płytę. Ciekawy zbieg okoliczności, bo dosłownie dzień-dwa temu sobie o nich przypomniałem, że "Ultra" w 1996, na "Excitera" trzeba było czekać 5 lat, a od 2001 roku nic, przez osiem lat ze stajni królów New Romantic (no, obok U2, rzecz jasna) nie było ani słówka. U2 przez ten czas wydali jedną płytę i kilka "pobocznych" piosenek, a Depeche Mode milczą. A tu dzisiaj plakat, reklamujący "Sounds of the Universe".

Wszedłem więc, spojrzałem na półkę z nowościami, i zobaczyłem - na szczycie właśnie nowe DM (w kilku wydaniach), półkę niżej, oczywiście, nadal U2, a jeszcze półkę niżej...
Tak, zgodnie z oczekiwaniami, kilka miesięcy po wydaniu w Polsce pierwszej płyty Tesco Value, zespołu Czesława Mozila, z którym grał w Danii, przyszła kolej na drugą, "Songs for the Gatekeeper". Podczas, gdy "Debiut" Czesława jest zabawny i fajny, a "Tesco Value" jest interesująca, "Songs for the Gatekeeper" jest po prostu zajebista. Genijalna, jak to niektórzy mówią ;) Absolutny must-have, o którym pisałem już jakiś czas temu.

I dlatego wyszedłem ze sklepu o parę groszy na koncie lżejszy ;)

14 kwietnia 2009

Cedry Libanu

Cały wczorajszy dzień spałem
Obudziłem sie w ubraniu na stercie brudów
Całą noc starałem się zdążyć przed terminem
Wtłoczyć komplikacje życia w prosty nagłówek

Twoją twarz mam tu na starym zdjęciu
Sprzątasz na nim dziecięce ubranka i zabawki
Uśmiechasz się do mnie, zabrałem je z lodówki
Nie pamiętam, co potem robiliśmy

Czuję, jakbym od lat nie był z kobietą
Cały czas myslę o Tobie i Twoich słonych łzach
Ten gówniany świat czasem wyda piekną różę
Jej zapach unosi się w powietrzu, a potem zanika

Oddzwoń do domu

Najgorsi z nas produkują malownicze wyznania
Najlepsi są geniuszami lakonizmu
Mówisz, że nie zostawisz prawdy samej
Jestem tu, bo nie chcę wracać do domu

Dziecko pije brudną wodę z koryta rzeki
Żołnierz przynosi z czołgu pomarańcze
Czekam na kelnera, trochę trwa zanim przyjdzie
Patrzę na zachód słońca nad Libanem

Oddzwoń do domu

Moja głowa jest jak zapalony papieros
Pogańskie chmury odbijają się w minarecie
Jesteś tak wysoko, wyżej niż ktokolwiek
Czy jesteś też wśród cedrów Libanu?

Wybieraj wrogów rozsądnie, bo to oni cię określają
Niech będą interesujący, bo w pewien sposób ich obchodzisz
Nie ma ich na początku, ale gdy opowieść dobiegnie końca
Zostaną z tobą na dłużej, niż przyjaciele
Przepiękna jest ta piosenka.

05 kwietnia 2009

Same śmiecie w Internecie

Informatyka w szkole podstawowej, zanim będzie uczyć tajników Windowsa, Worda czy Power Pointa, przede wszystkim powinna uczyć młodzieży umiejętności wyszukiwania informacji w Internecie. Nie bez powodu jedną z najważniejszych umiejętności w "Zewie Cthulhu", jaką powinien posiąść gracz, jest Korzystanie z Bibliotek – jest to pewien znak naszych czasów, że bez umiejętności korzystania z Googla wiele się nie osiągnie.

I nie jest to takie proste – znam osoby, które po dwóch minutach rezygnują albo się poddają. A potem wzywają mnie do pomocy, choć odrobina umiejętności wpisywania zapytań, filtrowania wyników oraz cierpliwość zupełnie by im wystarczyła.

Dlatego podzielę się z Wami kilkoma fajnymi adresami, które ostatnio trafiły mi w ręce, a które są diablo przydatne w wyszukiwaniu specyficznych informacji.

http://www.findjar.com/
- szukacie rozwiązania jakiegoś problemu w Javie. Znajdujecie kilka przykładowych fragmentów kodu w sieci, ale nie wiecie, w jakiej bibliotece to się znajduje, czego potrzebujecie, żeby to zawrzeć w Waszej aplikacji, albo jakie zależności wpisać do mavenowego POMa, żeby wszystko grało. Z pomocą przychodzi ta kapitalna strona – wystarczy wpisać nazwę klasy czy pakietu, a strona zwróci nam listę jarów, w których możemy daną klasę znaleźć. Od razu z linkami do miejsc i repozytoriów, z których dane jary możemy pobrać. Z mavenem jest trochę kłopotów, bo czasem przełożenie adresu repozytorium na odpowiednie wpisy w POMie może nie być całkiem intuicyjne, ale takie problemy też da się zawsze rozwiązać.

http://www.rhymezone.com
– na tą stronkę natrafiłem wczoraj, przy pisaniu piosenki dla Clair – wpisałem w googlu "words that rhyme with friends" i dostałem w odpowiedzi ten kapitalny serwis. Znaleźć na nim można nie tylko rymy, ale też definicje, synonimy, antonimy, homonimy – generalnie jest tego pełno. Polecam wierszokletom i piosenkopisarzom.

Na koniec moje ostatnie odkrycie – http://www.tvtropes.org. Jest to wiki, więc są z nią takie same problemy, jak z każdą wiki – wchodzę na nią na chwilę i spędzam tam całe godziny, ale nie żałuję, bo jest to wiki dokładnie na tematy, które mnie bardzo interesują. Generalnie jest to encyklopedia... hm... tropes. Nie wiem, jaki jest polski odpowiednik tego słowa, i czy w ogóle takowy istnieje. Ja mówię na to "motyw fabularny". Jak antropolog James Campbell napisał "Bohatera o tysiącu twarzach", gdzie przeanalizował tysiące mitów i legend i wyciągnął z nich powtarzające się elementy, archetypy postaci, szkielety fabularne, rodzaje przyczyn, powodów, celów czy pułapek, na jakie można natrafić w wielu, jeśli nie wszystkich dziełach (swoiste fabularne wzorce projektowe) – to były właśnie tropes, to były właśnie motywy fabularne.

I ta strona zbiera wszystkie możliwe motywy ze wszystkich dzieł, jakie posiadają fabułę – książki, sztuki teatralne, filmy, seriale, gry komputerowe, komiksy, manga i anime, komiksy webowe – dosłownie każde medium, jakie tylko istnieje. Można tu znaleźć doskonale znane i ogólne motywy (zabiegi fabularne*: MacGuffin, Red Herring, albo archetypy postaci: Mary Sue czy Dziwka o Złotym Sercu) jak i motywy bardzo specyficzne (np. Ucieczka Szybami Wentylacyjnymi czy Gra w Ja Nigdy). Dodatkowo hasła opisywane są bardzo nieformalnie i zabawnie, ilustrowane są dosłownie tysiącami przykładów i są kapitalnie ponazywane (np. pary postaci jak Rosencratz i Guilderstern czy C-3PO i R2-D2 to są Ci Dwaj Kolesie albo motyw, jak wszyscy przeciwnicy Bonda, gdy go schwytają, zamiast go zabić jedzą z nim obiad, nazwany jest No Mr Bond, I Expect You To Dine).

Gigantyczna (i przezabawna) baza wiedzy, przydatna wszystkim przyszłym pisarzom, scenarzystom, ale też myślę, że miłośnicy i analitycy literatury znajdą w niej mnóstwo przydatnych informacji.


  • - chodzi mi o plot device – nie znalazłem lepszego polskiego odpowiednika tego pojęcia.